Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Z nietoperzem przez apokalipsę, czyli wywiad z Bartkiem Biedrzyckim

Lato było czasem wywiadowczego rozprężenia, który to rozciągnął się na jesienne początki. Pora jednak zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Do rozmów zapraszałem osoby zajmujące się pisanie, wydawaniem książek, tłumaczeniami, a do tego interlokuję z blogerkami i blogerami. Nie było jednak chyba jednak na blogu gościa, który zajmowałby się tym wszystkim… i jeszcze kilkoma innymi rzeczami. Ten wszechstronny osobnik to Bartek Biedrzycki.

bartek biedrzycki

Bartek Biedrzycki jest z wykształcenia anglistą, ale pracuje w jakże adekwatnej dla science-fiction branży IT. Jego ostatnia aktywność literacka powiązana z jest z Fenixem, którego to reaktywował wraz z Krzysztofem Sokołowskim. W ramach tego projektu wydany został zbiór jego opowiadań zatytułowany Kołysanka stop. Swoje opowiadania publikował też między innymi w Nowej Fantastyce, ale jest także autorem trylogii postapo, której pierwszą częścią jest powieść Kompleks 7215. Swe publikacyjne ścieżki zaczynał jednak od pisania o komiksach, a do tego był jednym z pionierów polskiego podcasterstwa (i został nawet za to międzynarodowo nagrodzony). O komiksach nie tylko pisał, ale pisał je (jako scenarzysta) oraz wydawał (współzałożyciel wydawnictwa Dolna Półka, dziś części timof i cisi wspólnicy). No i może najważniejsze: jest honorowym dawcą krwi.

█║▌│ █│║▌ ║││█║▌ │║║█║ │║║█║

Pożeracz: Historia twoich publikacji zaczyna się od artykułu o przemocy w komiksach na przykładzie Batmana. Co Cię pociągało wtedy w Mrocznym Rycerzu i czy po ponad 20 latach ta inklinacja jest nadal silna?

Bartek Biedrzycki: O rany. A co nas wszystkich pociąga w Batmanie? Zastanawiałeś się kiedyś? Batman, Robin, to są wszystko postaci, którymi moglibyśmy być. Oczywiście, nie każdy ma wiadra dolarów, ale to jest możliwe. Bycie kosmitą, który rozbił się u jakichś chłopków na polu kukurydzy, albo lamusem ugryzionym przez napromieniowanego pająka, czy nierzetelnym dziennikarzem, który połączył się z istotą z obcej planety – to nie jest możliwe.

Drugą sprawą jest to, że w Polsce zaczęliśmy Batmana z grubej rury, z wysokiego C, nie wiem, czy nie najwyższego. Scenariusze pisał Alan Grant, a rysunki robił niedawno zmarły Norm Breyfogle. To jest duet odpowiedzialny za przywrócenie Mrocznemu Rycerzowi świeżości pod koniec lat 80. Można ich porównać do duetu Dennis O’Neil / Neal Adams. To był Batman niejednoznaczny, rozdarty między swoim szaleństwem a poczuciem sprawiedliwości, balansujący na krawędzi  i czasem tracący równowagę. No i, cholera, miał te piękne długie uszy.

Nie śledzę aktualnych przygód Batmana. Odkąd Grant Morrison wysłał go na „wyspę Gibraltar” a DC zaczęło co dwa lata resetować uniwersum i wywaliło do kosza wszystko, co kiedykolwiek było bliskie mojemu pokoleniu, to straciłem zainteresowanie tą postacią. To już nie jest mój Batman. I powiem to z perspektywy 30 lat czytania tej postaci – tamten był fajniejszy…

Cóż, ja mam słabość do lamusa dziabniętego przez pająka. Sam zresztą trafiłem na końcowe akordy pewnej epoki komiksowej, czyli na łabędzi śpiew TM-Semic, gdy to we wszystkich wydawanych przez siebie seriach wytoczyli ciężkie działa: jednocześnie Carnage masakrował wszystkich, Batmanowi Bane przetrącił kręgosłup, a Superman śmiertelnie prał się po pysku z Doomsdayem.

Ale wracając do Batmana – czy była jakaś jedna seria/historia, która ugruntowała Twoją fascynację ta postacią?

Końcówka TM-Semic to nie był wcale dobry moment. Saga o Carnage’u ciągnęła się jak symbiot rozjechany walcem, Knightfall to już zupełnie, a przygód Supermana nie czytywałem.

Jakaś konkretna historia… Na pewno jest team, który sprawił, że przygody Batmana było warto czytać i to byli właśnie Alan Grant przy piórze i Norm Breyfogle na ołówku. Spośród kilkuset komiksów z Batmanem jakie mam na półce historie tego duetu na pewno plasują się w czołówce. Najważniejszy był chyba Śnieg i lód bo to tak naprawdę była moja pierwsza historia z Gackiem, ale jak patrzę na te publikowane przez TM-Semic pojedyncze historie z Detective Comics to tam było dużo dobra – Wizerunki, Śmieci, szczególne miejsce w moim sercu mają też Obrzęd przejścia i Kryzys tożsamości, bo one wprowadziły na scenę nowego Robina, Tima Drake’a. Nie zrozum mnie źle, bardzo lubię i cenię Dicka Graysona, jego rewitalizacja jako Robina w serialu Teen Titans GO! jest całkiem udana, a mój syn go wielbi (natomiast obaj zgodnie nienawidzimy Damiana, czy to w komiksach czy w ekranizacjach) i w sumie chyba nawet Robina ceni bardziej od Batmana jako postać. Ale dla mnie to zawsze Tim był Cudownym Chłopcem i retconowanie go w obecnym continuity (przynajmniej ja zatrzymałem się z moją wiedzą na temat DC Universe na tym etapie) było jednym z powodów, dla których przestałem śledzić bieżące wydarzenia z rodziny nietoperza.

bartek biedrzycki

Natomiast komiks z Batmanem, którym mnie zaorał to było z pewnością Night Cries. Był szczególny z wielu względów, po pierwsze dostałem go osobiście od Marcina Rusteckiego, szefa TM-Semic. Wiesz, to był początek lat 90., ja byłem nastolatkiem, a on szefował firmie, która dostarczała nam wiadra marzeń. W tamtych czasach nie było internetu w obecnym kształcie, ledwo co raczkowały nowe kanały w telewizji jak Top Canal czy NTW, ogólnie transformacja dopiero wchodziła w rozpęd i świat był szary niczym w Strefie. I nagle bach, ojciec załatwił mi wizytę w redakcji, spotkanie z Rusteckim, wiesz, to było coś. Niezłe pierdolnięcie. I dostaję od tego faceta, poważnego, dorosłego gościa – a ja sam mam pewnie z 13? 14 lat? (na pewno jeszcze podstawówka) komiks. Komiks niewiarygodny pod każdym względem. Po pierwsze namalowany w sposób absolutnie przepiękny akwarelami przez Scotta Hamptona, którego wielkim fanem stałem się natychmiast i nieodwołalnie. Po drugie, cóż, to jest cholernie przykry komiks. Batman ma to do siebie, że otacza go pewien bolesny mrok – jego historia, to, że jest sierotą, przemoc stale obecna w jego życiu, fakt, że styka się na co dzień ze zbrodnią, te wszystkie rzeczy sprawiają, że jest postacią bardzo niejednoznaczną i świetnie pasującą do trudnych tematów. No i w Night Cries Archie Goodwin, legendarny scenarzysta i redaktor konfrontuje Batmana z przemocą wobec dzieci. Z biciem, z pedofilią, i wykorzystywaniem. Zajęło mi parę lat, zanim do końca ogarnąłem ten komiks. Myślę, że dopiero jakoś pod koniec liceum, trzecia-czwarta klasa, przy kolejnym czytaniu, wszystko to co tam było, całe to niewiarygodne gówno wsiąkło do końca. Nie bez powodu zresztą akurat Night Cries to jeden z dwóch albumów, o jakich piszę w swoim debiutanckim artykule na łamach Guliwera.

Batman zresztą parokrotnie jeszcze wykorzystywany był do przybliżania takich spraw, chociażby Andrew Vachss napisał książkę o siatce pedofilskiej, którą Batman rozpracowuje, jest też kilka innych albumów – pisałem o nich parę lat temu na łamach Motywu Drogi w artykule Jeszcze mroczniejszy rycerz.

Jak tak sobie teraz myślę, to Goodwinowi i Hamptonowi zawdzięczam wiele. Na przykład to, że zrobiłem takie rzeczy jak Klaster, Jak smakuje benzyna? czy Najlepsza

To ciekawy zbieg okoliczności… Ja Batmana nie znam zbyt dobrze, ale jedna z tych ważnych historii, które znam – Venom – zaczyna się od śmierci dziewczynki. Zawsze miałem też słabość do Scarecrowa. Choć motyw wykorzystywania czyichś leków jest zgrany, to i tak bardzo nośny. No i przypomina mi się Judgment on Gotham i lęki Judge Deatha.

Wspomniałeś jednak o pewnym ciekawym, kontrowersyjnym zjawisku – o retconach. Takie retrospektywne zmiany zdarzają się w innych mediach (np. Blizzard lubi zmieniać lore swoich gier tak, by pasował do nowych części), ale na tak szeroką skalę mają one miejsce chyba tylko w komiksach. Jak myślisz: dlaczego tak jest?

Jak odpowiem, że liczy się kasa, to wystarczy? Pewnie nie, bo to żadna odpowiedź.

Teraz, widzisz, mam wrażenie, że się już nie retconuje. Po prostu robi się reset, zresztą to wszystko straciło sens. Status Quo jest bogiem, Jean Grey musi ożyć dziewiąty raz, wszystko zawsze jest takie samo, jak się nawet okazuje, że Iron Man jest czarną nastolatką, to i tak jest to na Ziemi-666, czy gdzieś indziej.

bartek biedrzycki

Kiedyś retcony miały pewien cel, utrzymywały spójność. Tak było na przykład z Blind Justice. DC przerwało run Grant / Breyfogle i puściło historię, którą napisał Sam Hamm a zilustrował Denys Cowan. O co chodziło? Pięćdziesięciolecie Batmana, Detective Comics #600, a Hamm był scenarzystą Batmana Tima Burtona. Co-co-combo breaker. Tyle, że Hamm odpłynął. Napisał historię, w której Bruce Wayne trafia na wózek inwalidzki (ciekawe, w kontekście kilka lat późniejszego Knightfallu) a następnie za pomocą prototypowej aparatury podłączanej do mózgu korzysta z ciała młodego mężczyzny, żeby nadal być Batmanem. Zdalnie przesyła myśli na odległość, aby sterować cudzym ciałem. Srogo, nie? Jacek Dukaj opisał taki proceder w wiele lat później w jednym z tekstów w tomie Król bólu. I w tej historii ta marionetka, ten chłopak, którego ciała Wayne używa – ginie.

No i teraz mamy taką historię – całkiem niezłą zresztą, chociaż rysunki z dzisiejszej perspektywy już trochę nie dają rady. I to wsadzone w sam środek naprawdę mrocznego runu z Gackiem, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów, mrok, gorycz, zagryzione wargi, Krzyżowiec w pelerynie, w dodatku to jest ten moment tuż przed Lonely place of dying, zanim pojawił się nowy Robin, gdzie Batmanowi po trochu odjeżdżał peron. I ona nie pasuje, chociaż ten trup to w sumie najmniej przeszkadza – w końcu Wayne ma na rękach krew Jasona Todda (gówno, nie krew, przecież okazało się, że Todd żyje – to dopiero był szczyt dziadowskiego retconu). No, ale maszyna do kontroli umysłu i ciała?

Oczywiście tu są wiadra dolarów, scenarzysta naprawdę dobrze przyjętej kinówki, okrągły numer, okrągła rocznica. Tyle, że to pasuje jak pieść do oka. Więc to zretconowali.

Teraz jest to samo. Tim Drake nam nie pasuje, to zrobimy reset i w tym akurat resecie Drake nigdy nie był Robinem, dzięki. Ale mamy nowe uniwersum, dla nowych czytelników, „hajs się zgadza”. Tylko ostatnio jakby się przestał zgadzać, bo chyba coraz więcej ludzi z pokolenia z siłą nabywczą zaczęło być zmęczonych tym wszystkim. A nowi nie sięgają po komiksy, bo jak wracają z kina i tam jest Downey Jr. a w komiksie Iron Manem jest kolorowa nastolatka, a Thor ma cycki z gatunku Pameli Anderson, no to idzie zdurnieć. Najlepszym przykładem głupich rozwiązań jest wspomniana Jean Grey. Umarła. Ale się odrodziła jako Phoenix. Umarła. Ale się okazało, że jej zamrożone przez Phoenix ciało czekało na orbicie. Umarła. Po drodze jeszcze gdzieś był jej klon, z którym Cyclops miał dziecko, które nie jest Cablem. W ogóle to chyba od Jean Grey wzięło się powiedzenie, że śmierć w Marvelu to drzwi obrotowe, wpadasz i wypadasz.

Przy czym, wiesz, czasem retcon jest konieczny i czasem można go ładnie podać. Zwróciłeś uwagę na testrale ciągnące powozy w Hogwarcie? To był rodzaj retconu. Nie było, a potem nagle były i to nawet było wytłumaczone w miarę sensownie. Ja zresztą sam mam w Dworcu Śródmieście retcon – dotyczy stopnia wojskowego ojca Borki. Musiałem to poprawić – na szczęście w Kompleksie 7215 ta informacja pojawia się mimochodem w jednym zdaniu, więc to nie jest rażące.

To nie jest jakaś straszna praktyka, o ile nie służy do łatania nieudolności i nie jest nagminna.

A najfajniejszym w ogóle retconem jaki znam jest Macross: Do You Remember Love?. Wersja wydarzeń w tym filmie jest różna od wersji znanej z seriali. I w jednym z nich jest pokazane, że w telewizji leci właśnie DYRL – został więc osadzony w uniwersum tak, żeby pasowało. I wszystko się ładnie zgodziło.

Z drugiej strony tak marudzę na tę maszynę do kontroli umysłu, a był album, w którym Batmana porwało UFO. A w jego drugiej części stoczył walkę z Brucem Lee. Rysował to też nieodżałowany Norm Breyfogle.

Ja pamiętam jeszcze Supermana walczącego z ksenomorfami. Nie było to wcale wielka tragedia, ale już starcie Lobo z Maską było przesadą nawet dla mych komiksowo niewyrobionych gustów i sympatii dla Czarnianina, kurde bele. Jean Grey to rzeczywiście dobry przykład na tymczasowość śmierci w tym świecie, a X-Meni to w ogóle mistrzostwo w mnożeniu bytów na potęgę.

Wspominasz o Dworcu Śródmieście, więc ja pozwolę sobie przekierować dyskusję na tory pisarskie. Biorąc pod uwagę Twój staż około-fandomowy, pisać zacząłeś dość późno.  Cóż Cię podkusiło po latach felietonowania i podcastowania?

Z tamtego zestawu to najlepszy był pierwszy Batman vs Predator – i scenariuszowo i pod względem rysunkowym to była najwyższa klasa. Kontynuacje już nie miały tej mocy.

Co mnie podkusiło? Wiesz, to nie jest tak, że kiedyś trzaskałem tylko audycje mówione i teksty o komiksach, chociaż oczywiście w pierwszej dekadzie XXI wieku, a nawet trochę później, to był trzon moich literackich działań. Natomiast ja sporo pisałem wcześniej. Zacząłem w szóstej albo siódmej klasie podstawówki zafascynowany Opowieściami o pilocie Pirxie. Potem, w liceum, cały czas coś tłukłem w klawisze – dostałem od rodziców używaną maszynę do pisania i klepałem po nocach siedząc w kuchni z kubkiem rosołu instant.

bartek biedrzycki

Tyle, że to były całkiem inne czasy. Produkowałem te maszynopisy, kserowałem i dawałem do czytania znajomym w teksturowej teczce. Krążyło to po ludziach, ale ile osób naraz może przeczytać naręcze odbitek na papierze? Internet wtedy praktycznie nie istniał, była połowa lat 90., mało kto miał z nas w ogóle maila, a dostęp do wdzwanianego 0-20 21 22 to był szczyt marzeń. Miałem więc jak na dzisiejsze czasy zerowe zasięgi. Potem, już na studiach, kupiłem swojego pierwszego peceta za pieniądze zarobione w czasie wakacji i wszystko się zmieniło. Pisałem dalej, ba, miałem nawet własną stronę www, na której można było te teksty czytać. Całkiem szczerze – to nie wszystko były całkiem złe rzeczy. W zbiorze „Kołysanka stop” znalazły się dwa teksty, które są wersjami rozwojowymi opowiadań napisanych wtedy. Pierwszy szkic do Jak smakuje benzyna? powstał jeszcze w XX wieku, podobnie Czarne światło, błękitny lód to kolejna z rzędu wersja tekstu, który napisałem na studiach – to akurat ciekawie wyszło, bo po redakcji merytorycznej został w nim ten feel, atmosfera starego cyberpunka z czasów, zanim świat przeskoczył wizje autorów gatunku.

Potem w pewnej chwili zrobiłem sobie parę lat przerwy od beletrystyki, skupiłem się na działalności publicystycznej i popularyzowaniu komiksu, na pisaniu scenariuszy, wydawaniu komiksów – Dolna Półka, która powstała jako oddolna inicjatywa wskutek parcia na papier twórców webkomiksowych, a którą prowadziliśmy z Jankiem Mazurem i Robertem Sienickim umożliwiła debiut kilku osobom, które teraz są bardzo cenionymi twórcami. Mnie z tym było dobrze, pozycja scenarzysty i redaktora bardzo mi odpowiadała. Oczywiście gdzieś tam w środku nadal miałem ochotę opowiadać fabuły, po prostu robiłem to inaczej, robiłem to rzadziej.

Aż pewnego dnia kumpel pożyczył mi Ołowiany świt Michała Gołkowskiego. No i coś mnie trafiło. Pomyślałem sobie – przecież ja też tak mogę. To nie tak, że miałem plany na książkę czy w ogóle na publikację w głównym obiegu. Ot, postanowiłem napisać sobie opowiadanie. Coś, czego od paru lat nie robiłem, a co przecież zawsze było frajdą. Zacząłem dziergać po jednym rozdziale i wrzucać na bloga. Przyjęcie było dość ciepłe, a potem to chyba wiadomo, jak się to potoczyło – Michał zaniósł pierwszą, krótką wersję do Fabryki Słów, w Fabryce ktoś stwierdził, że to ma potencjał, dali mi redaktora, kazali przepisać, żeby spełniało jakieś standardy i wydali. Przy okazji wyszło, że pisanie to jest ciągle taka sama frajda, a ja po latach mam już dużo lepszy warsztat i trochę więcej wiem na ten temat, więc po prostu pociągnąłem sprawę.

Nie można więc powiedzieć, że zacząłem późno pisać – miałem po prostu długą przerwę, a tak się złożyło, że po drodze nastąpiła rewolucja techniczna. Gdybym powiedzmy był rocznikiem 98 a nie 78, to zamiast dawać znajomym ksero do czytania, pisałbym do sieci. W pewien sposób to dobrze, że tak się nie stało. Jako nastolatek miałem wielkie plany i parcie na papier, na „bycie pisarzem” – to całkiem naturalne i cholernie hamujące uczucie, bo sprawia, że chcesz wszystko szybko, teraz, już. Obecnie żądanie natychmiastowej gratyfikacji jest bardzo silne, dostępne narzędzia natomiast dają nam mnóstwo iluzji.

A kiedy debiutuje się jako trzydziestokilkulatek, człowiek dorosły z pewnym wyrobionym charakterem i spojrzeniem na życie – to łatwiej uniknąć pułapek, w które wpędza człowieka brak doświadczenia. Pojawiła się okazja, więc wróciłem do tego, co zawsze lubiłem robić. I robię to z prawdziwą frajdą, a fakt, że wydałem cztery książki, że moje opowiadania ukazują się w Nowej Fantastyce, że mam kilkutysięczną grupę czytelników pozwala mi sądzić, że chyba dobrze się stało tak, jak się stało. Spełniam jedno z nastoletnich marzeń – spełniałem ich zresztą więcej: robiłem komiksy, wydawałem, teraz jestem redaktorem pisma fantastycznego, to jest naprawdę coś niesamowitego.

Końcówka Twojej wypowiedzi nasunęła mi od razu dwa pytania, ale po kolei… Piszesz o pułapkach. Nie wiem, czy mojego bloga czytają osoby mające podobne marzenia czy też ambicje, ale nie mogę nie zapytać: jakie to są pułapki? Przed czym przestrzegałbyś osoby zaczynające z wydawanym pisaniem?

Jest ich kilka, ale wszystkie wynikają z jednej wspomnianej sprawy, która w ostatnich latach jest bardzo silnie zaznaczona. Jest to potrzeba natychmiastowego sprzężenia zwrotnego. Kiedyś tekst się pisało, wysyłało pocztą, czekało… Teraz wystarczy wrzucić do internetu i w ciągu kilku godzin masz jakąś reakcję – komentarz, lajk, wiesz, cokolwiek, ale jest to natychmiastowe.

Ludzie łakną natychmiastowej informacji zwrotnej i mówię tu także o sobie. Kiedy piszę tekst i on spędza potem dwa lata w szufladzie wydawcy czekając na druk, to jest to sytuacja bardzo niekomfortowa dla twórcy, a typowa. Nawet, jak czekam na druk w Nowej Fantastyce, która ma stosunkowo krótkie terminy, to i tak mówimy tu np. o okresie pół roku. Branie udziału w antologiach z konkursem to są terminy jeszcze dłuższe. A tymczasem twórca chce już, teraz wiedzieć, że się czytelnik zachwycił.

Wpada więc w pułapkę wybrania opcji – w druku natychmiast. Zabawne skojarzenie – pierwsza grupa amerykańskich kosmonautów nazywała się In Space Soonest – a wiadomo, kto pierwszy poleciał na orbitę.

Kiedy miałem 16-17 lat i pisałem opowiadania, dużo znajomych je chwaliło. Częściowo dlatego, że one były niezłe jak na licealistę, a częściowo dlatego, że na ludziach w ogóle robiło wrażenie, że ktoś coś pisze. To zresztą nie jest nic niezwykłego – dzisiaj moi rówieśnicy, dorośli ludzie z dwójką dzieci, nadal są pod wrażeniem. Kiedy w rozmowie wypływa gdzieś, że napisałem kilka książek to budzi to zaskoczenie i zdziwienie, bo jednak to jest mało popularna profesja i ten obraz „pisarza” znany z mediów sprawia, że jej taki efekt WOW trochę. Taki odbiór sprawia, że człowiek ma wrażenie, że jego pisanina jest coś warta. Moje teksty napisane przed rokiem 2000 to jednak w 95% przypadków gówno. Nawet czasem straszne gówno. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie wydał.

bartek biedrzycki

W tej sytuacji wchodzę ja, cały na biało… A nie, czekaj. W tej sytuacji wchodzą firmy vanity i biorą od ciebie kasę za sformatowanie dokumentu w wordzie, za druk + 100% marży. W zamian za to wstawiają ci książkę do sklepu internetowego i dają 10 egzemplarzy. I młody albo stary człowiek, nieobyty z sytuacją, myśli, że tak się to robi i zaraz będzie drugim Mrozem. Może i będzie, ale co najwyżej pod względem opanowania warsztatu, a nie sprzedaży. I nie powołujmy się tu na casus Kominka czy Finansowego Nindży, bo szczególnie ten drugi w swoich opowieściach o sukcesie uporczywie pomija pewien fakt, że startując z książką miał już markę, na którą pracował ciężko wiele lat i ogromną bazę odbiorców. Zresztą gdy mówimy o sukcesie finansowym to trzeba też wziąć pod uwagę, że oba wymienione produkty znacząco różniły się ceną od przeciętnych książek.

Sama działalność firm vanity tak w ogóle to nie jest żadne wydawanie, tylko biznes, biznes, biznes. Robiłem różne kalkulacje bo od wielu lat wydaję komiksy i książki i sam koszt podstawowy – druk, normalna redakcja (a nie studentka + word), okładka ze stocka – to wszystko ledwo doskakuje po połowy kosztów, jakie zwykle vanity press sobie woła. Tyle tylko, że ja mam 10+ lat doświadczenia w wydawaniu i mogę sobie obciąć koszta, np. sam złożył tekst (nie będzie może to materiał do nagrody branżowej, ale nadal lepszy romans niż w „Zmierzchu”… znaczy ten, nadal lepszy niż „skład” w Wordzie), sam sobie zrobię ebooka z tego (i on nawet będzie się nadawał), znam wielu grafików, którzy mi dadzą zniżkę i znam redaktorów, którzy mnie wcisną w kolejkę. Jestem w stanie wydać książkę po kosztach, które nie pokrywają nawet marży vanity press i za to mieć np. 200 sztuk książki, a nie 10. Ale to ja. Ja mam 40 lat, siedzę w tym od dawna i mam doświadczenie.

Gdyby w moich czasach licealnych istniało vanity press, to istnieje niezerowa szansa, że dałbym się wydymać na kasę bez mrugnięcia okiem, co robi obecnie mnóstwo ludzi.

Przed czym bym przestrzegał? Cóż. Po pierwsze sam fakt, że piszesz, nie znaczy nic. Fakt, że kumple to chwalą, nie znaczy nic – chyba, że masz za kumpli redaktorów literackich albo literaturoznawców. Za książki płaci wydawca autorowi – z odroczeniem – a nie autor wydawcy z góry. Fakt, że napisałeś trzy opowiadania nie znaczy nic, co najwyżej, że czeka cię długa droga. Wyjątki potwierdzają regułę. Fakt, że napisałeś od razu powieść na milion znaków nie znaczy nic – polecam Kryształy czasu. Czytanie ich nie jest wcale taką beką, jak chciałoby środowisko, to smutne doświadczenie wielkiego marzenia. Nie wiem, czy spełnionego.

Pytać, rozmawiać. Nie opierać się na opiniach znajomych. Jeżeli jesteś skłonny wydać pieniądze, to wydaj je na redaktora, który od razu ci powie, co robić dalej, a nie na druk. Nie korzystać z pośredników, tylko od razu pytać w drukarni (zakładając, że dzieło się jednak do druku tak czy inaczej kwalifikuje) – ale najpierw rozesłać je do wydawców. Rynek jest trudny, ale zdarzają się przypadki. Ja sam jestem takim przypadkiem. Oczywiście szansa była znikoma, a jednak się udało – czasem trzeba mieć szczęście i się wstrzelić.

Przypominam jednak, że ja nie jestem do końca hudefakiem z ulicy. Kiedy z Fabryki Słów dostałem telefon, że oni byliby potencjalnie zainteresowani tym tekstem, który dostali, miałem na koncie jakieś dwadzieścia lat pisania, kilkanaście opowiadań, kilkaset tekstów publicystycznych, jako-taki warsztat, pewne rozeznanie i ukończone studia językowe. Fakt, że tekst akurat wpasował się w profil to był ten łut szczęścia, który zwieńczył stertę ciężkiej pracy.

Pracy, którą trzeba wykonać, warto wykonać, nie należy jej pospieszać. Czasem trzeba żyć z myślą, że wyjdzie nam szesnaste opowiadanie, czwarta powieść, że dopiero szósty milion znaków ze spacjami będzie tym czymś. Gigantyczny szmat czasu i roboty, które nie dają gwarancji sukcesu, ale naprawdę nie warto ich zaniedbać, bo można zostać z zawiedzionym marzeniem, długiem na siedem tysięcy i dziesięcioma sztukami książki.

Z ciekawostek – można z wydaniem książki zamknąć się w 2-3 tysiącach złotych bez problemu. Z zastrzeżeniem, że bez dystrybucji. Dystrybucję najlepiej jednak robią profesjonalni wydawcy i samodzielny twórca, o ile nie ma latami wypracowanej bazy odbiorców ma z tym na początku ogromny problem. Chociaż nie mówię, że to niemożliwe. Fenix Antologia na przykład sprzedaje nam się dobrze, chociaż nie ma nas w Empikach. Na tyle dobrze, że warto kupić teraz numer premierowy, bo za chwilę już go nie będzie.

Przyjąłem swego czasu do recenzji egzemplarz zbioru opowiadań humorystycznego fantasy wydanego właśnie vanitowo. Było to sporo czasu przed założeniem bloga, ale nauczyło mnie to, żeby więcej nie przyjmować takich pozycji. Książka ta nie widziała korekty ni redakcji, mimo że autor za nie zapłacił. Wartość literacka też była marna, ale to niejako sprawa drugorzędna. Nie miałbym takich oporów względem takich wydawnictw, gdyby rzeczywiście solidnie wykonywały swoją robotę. No i na szczęście nie mam ambicji literacko-twórczych.

bartek biedrzycki

Właśnie… Wspomnianą drugą kwestią, którą chciałem poruszyć jest Fenix. Czytałem historie założycielskie tego odrodzenia, ale nadal jestem pełen podziwu, że wam się udało. Mój podziw zresztą rośnie wraz z kolejnymi inicjatywami. Nie będę pytał o początki, ale ciekaw jestem: czy był jakiś jeden konkretny moment, po którym stwierdziłeś, że się udało?

Nie umiem odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Bo co to znaczy, udało się? Pierwsze „udało się”, to było jak Jarek Grzędowicz odstawił szkło i powiedział „użyczę wam tytułu”. Drugie „udało się” było, jak Krzysiek napisał, że ma komplet tekstów i poszły do redakcji. Trzecie, takie z tych ważniejszych, było jak w magazynie rozdzierałem papier i wyciągałem pierwszą sztukę patrząc na grafikę Piotrka Michalaka na froncie. Fenix Antologia to nie jest jedno „udało się”, to jest ciągłe udawanie się. To druk trzeciego numeru, to odebranie z magazynu czwartego numeru, to nerwowe oczekiwanie, czy statuetka Fawkesa dotrze na czas z LewKoru, to potwierdzenie, że Kołysanka stop przyszła z drukarni, to informacja, że do zamknięcia piątego numeru brakuje tylko dwóch tekstów i to mail od Marka Turka z komiksem do szóstego numeru. A po drodze były takie „udało się” jak ostatnia strona tłumaczenia Hutchinsona – takie moje prywatne. Albo nerwowe sprawdzanie, jak w druku wyszły rastry na grafice do „nagrodowego” opowiadania. Ta inicjatywa to jest ciągły ruch i jeszcze kilka mniejszych i większych „udało się” jest przed nami, zanim będziemy mogli powiedzieć, że wpadliśmy w koleiny. Mam nadzieję, że to w sumie nigdy nie nastąpi i zawsze to będzie dobra zabawa. Mamy ten komfort, że nie mamy nikogo nad sobą, nie musimy się niczym wykazywać, nic z góry brać i nikomu raportować. Chociaż nie ukrywam, że jak szykowaliśmy się na Bachanalia i powiedziałem „to jest już ostatnia paczka z numerem premierowym” i położyłem ją na podcieniu i popatrzyliśmy na nią, to też było takie „udało się”. Bo jednak Fenix Antologia powstaje dla czytelników i fakt, że nakład się wyprzedał jest sygnałem, że robimy to dobrze.

Ja się bardzo cieszę, że się udaje, bo to dobry prognostyk. Ale, ale… Nie mogę nie spytać: jakie macie dalsze plany? Jak daleko w przyszłość wybiegacie?

Na tym etapie pracujemy jeszcze na bieżąco, obecnie (październik) zaczęły się prace nad numerem szóstym. Prowadzimy też prace nad kolejnymi dwoma pozycjami z Biblioteki Fenixa. To w zasadzie wszystko, co mogę obecnie zdradzić otwartym tekstem. Plany są takie, żeby dalej prowadzić Antologie, wydawać Bibliotekę i trochę rozruszać Archiwum. Są jeszcze trzy projekty w trakcie, jeden ledwo co ruszył, to seria opowiadań Dominiki Węcławek Na żywo z F300 na naszej stronie, drugi z nich pokażemy już za moment (przełom października i listopada), trzeci na razie jest w fazie testów.

Czekam więc na informacje oficjalne. Nim przejdę do tematu kolejnego, zapytam jeszcze krótko: a czy Ty masz jakieś plany literackie? Coś rozgrzebane?

Ohoho, czego ja nie mam rozgrzebanego. Cały czas pracuję nad serią Serca gwiazd – to ta o kosmonautach. Mam na warsztacie czwarty tekst, o tyle fajny, że będzie rodzajem kontrapunktu do Połowy nieba. Roboczo nazywa się Jeszcze chwilę pożyć.

Mam na tapecie „zieloną” książkę z Fabrycznej Zony, ale za wcześnie o tym mówić, taki to jest etap.

bartek biedrzycki

I cały czas coś piszę. Dzisiaj rano napisałem krótkie opowiadanie na przykład, które kiedyś tam się ukaże. Z rozgrzebanych to mam jeszcze Podróż bohatera czyli fantasy i cały czas szukam wydawcy dla komiksu o kosmosie.

O reszcie na razie nie ma co mówić.

Rozumiem i dziękuję. A teraz pozwolę sobie zboczyć w stronę stałego punktu moich rozmów, czyli kwestii czytelnictwa. Jako autor, wydawca, podcaster i w ogóle osoba z rynkiem wydawniczym zaznajomiona od stron wielu jesteś pewnie stanem czytelnictwa zainteresowany niejako programowo. Odrodzony Fenix pokazuje, że można w Polsce z powodzeniem wystartować nawet z ambitnym, małym projektem. Ale jak oceniasz stan rynku w Polsce, może na początek tego fantastycznego?

Odpowiem całkiem szczerze: stan polskiego rynku czytelniczego nie tyle mnie nie obchodzi, co zasadniczo całe to zjawisko jakim jest niskie czytelnictwo w Polsce niewiele mnie przejmuje. Ma ono, oczywiście, swoje bardzo złe strony, jak chociażby kiepska sprzedaż, niskie nakłady i – niezależnie od poziomu czytelnictwa nieco – okropnie krótki cykl życia książki. Po kwartale nowość znika praktycznie, przynajmniej jeśli mówimy o jakiejś znaczącej sprzedaży, bo oczywiście tantiemy spływają nadal.

Biorąc pod uwagę te dwie sprawy – niska liczba czytelników i krótki okres życia książki dochodzimy do sytuacji, w której trudno jest dotrzeć do większej ilości czytelników. I to dla autora jest kłopotliwe.

Jako czytelnik kompletnie jestem niezainteresowany faktem, że tak dużo ludzi nie czyta. Nie mam w zwyczaju wdawać się w metrze w pogawędki o książkach z przypadkowymi osobami, a w mojej bańce jednak ludzie czytający są.

Natomiast wszystkie akcje w stylu „Nie czytasz nie idę z tobą na zakupy”, „Kto nie czyta ten z policji”, „Każdy inteligentny człowiek czyta książki” zwykle są katastrofami. W większość robią odwrotną robotę. Bo jak można na przykład sądzić, że mówiąc komuś „jesteś głupi, przestań być głupi i bądź fajny tak jak my (bo nie jesteśmy głupi)” można osiągnąć jakikolwiek cel. A cała masa takich kampanii do tego się sprowadza i taki ma odbiór – wiem, bo mówią o tym nie tylko moi nieczytający znajomi, ale też sami zainteresowani sprawą – pisarze, publicyści.

Czytanie stało się snobistyczne dla niektórych. Tak jak zdjęcia stosów książek, co to ja nakupiłam na tych targach u blogerek – która ma dłuższego, przepraszam, wyższego stosika. Pomijam, że bywa, że to „literatura” pokroju Kasi Michalak, czyli ja bym się tym nie chwalił. Istnieje także takie przekonanie, że ludzie, którzy czytają, są jakoś lepsi. Nie bardzo wiadomo jak, ale pewne jest jedno – kto czyta, ten elita (w razie czego można kraść ten slogan).

Stan rynku jest kiepski, ale winę za to w dużej mierze ponosi nie baza czytelnicza, tylko mechanizmy rynkowe. Takie jak hegemonia pośredników, ograniczone kanały dystrybucji itp. I obieg informacji, który zamknięty jest w wąskich bańkach. Od wydania premierowego numeru nowego Fenixa minęło 10 miesięcy, a na konwentach ludzie są zaskoczeni „Jak to, reaktywowaliście?” – tu by pasował ten mem z Gagarinem rozmawiającym przez telefon. Inna sprawa, że ciężko jest informować, jak wysyła się materiały prasowe – gotowe, tekst, grafika – do dziesięciu portali „branżowych” a notkę na temat zamieszcza jeden, bo ważniejsze jest i tak, że na Comic Con przyjeżdża nastoletni gwiazdor jakiegoś serialu, który wszyscy oglądają.

To trudny rynek. Fakt, że jest mały jest kłopotliwy dla autorów, bo jak coś nie jest bestsellerem albo się nim nie stanie natychmiast, to wydawcy nie zawsze chcą inwestować w twórcę, bo im się to zwyczajnie nie opłaca. Jednocześnie jeszcze jedno kuriozum – co roku powstaje kilkaset nowych opowiadań, które wszyscy mają w dupie. Nikt o nich nie dyskutuje. Oczywiście, redakcje antologii i pism chwalą się, że ktoś dostał jakąś nagrodę, czy był gdzieś nominowany, na forum NF ze trzy osoby zawsze się wypowiedzą o tekście, ale jest też sporo darmowych antologii, do pobrania z sieci, o których poza autorami i krewnymi i znajomymi autorów nikt nawet nie słyszy. Inna sprawa – że o części nie warto nawet słuchać, bo to lektura na jeden wieczór i do zapomnienia.

Nie mam natomiast recepty na poprawę rynku, widzę jedynie drogę przez zmianę mechanizmów. Promocja czytelnictwa itp. akcje to wszystko psu na budę, dopóki książka ma cykl życiowy kwartału, a 50% ceny okładkowej zgarnia pośrednik. Tu nawet odrzucenie retoryki „czytaj książki, nie bądź głupi” nie pomoże.

„Kto czyta, ten elita.” Hmmm…. Nie powinieneś tak szybko zbywać swoich praw. No i koniecznie trzeba tu wymawiać „elyta”. Wtedy będzie cacy. Serio zaś mówiąc – mam takie samo zdanie w temacie większości akcji promujących czytelnictwo. Szansę zaś widzę w pracy u podstaw, ale ta z kolei wymaga kasy z góry.

Ale skoro o snobizmie czytelniczym i promocyjnych akcjach, to nie mogę nie zapytać: co sądzisz o nie tak dawnym krzyku rozpaczy wywołanym przez przeróbki dokonane na Żeromskim ku jego narodowemu czytaniu?

bartek biedrzycki

Fragment rękopisu udostępnionego przez Bibliotekę Narodową

Nie mam zdania.

Z jednej strony rozumiem, że takie uwspółcześnianie może budzić sprzeciw, ale przecież to nie pierwsze – w pewnej lekturze, którą czytałem w liceum były na przykład adnotacje od wydawcy, że została zmieniona ortografia – na aktualnie obowiązującą, np. „óśm” zmieniono na „osiem”. Cytuję z pamięci, ale to jakoś tak szło. Oczywiście czym innym jest pisownia, a czym innym już na przykład warstwa języka. Ale na tyle, na ile się sprawą interesowałem, tutaj poszło to w dużej mierze w uproszczenie tekstu, nie tylko w jego uwspółcześnienie, co nie powinno według mnie mieć miejsca. Książki powinny być napisane językiem literackim, a nie językiem instrukcji obsługi kreta do rur. Krótkie zdania, proste, brak nietypowego słownictwa – to są rzeczy okropne; gdy język jest przezroczysty czyta się to automatycznie i od razu zapomina.

Inną sprawą jest, że lektury nadal obowiązujące w szkołach (ja maturę zdawałem 20 lat temu i nie zmieniło się wiele) nie nadają się dla współczesnego czytelnika. Nawet nie chodzi o język, który siłą rzeczy jest archaiczny, dziwny, nieprzystępny, ale tematyka i fabuły tych utworów są po prostu obce. I tu nie ma znaczenia, że klasyka i w każdym polskim domu ta czy inna książka powinna leżeć pod stolikiem od telewizora zaraz obok Biblii i książki telefonicznej. Próg wejścia – wysoki przez niezrozumiały język – nawet po przekroczeniu nie oferuje czytelnikowi nic atrakcyjnego. I tak jak bardzo jestem zwolennikiem poglądu wyrażanego przez klasyka, że odbiorca dzieła powinien włożyć w jego odbiór pracę analogiczną do pracy twórcy włożonej w stworzenie, tak samo uważam, że nie warto czytać książek, które z obecnego punktu widzenia nie są ciekawe, nie mówią o dotyczących człowieka współczesnego problemach, odnoszą się do spraw niebyłych, obecnie nieistotnych, albo mówią o nich językiem dla obecnego odbiorcy nie do zdekodowania.

Natomiast Żeromskiego nie cierpię szczerze i czytanie go zawsze było dla mnie przykrym doświadczeniem, chociaż oczywiście czytałem – bo musiałem.

Ale książka telefoniczna to do samoobrony, tak? Czy w celach muzealnych? Miałem podobnie z lekturami – byłem grzecznym ich czytaczem, nawet gdy jeszcze sam z siebie nie czytałem tak wiele. Też uważam, że przydałby się solidny remanent albo choćby nieco inny pomysł. Część lektur jest ciekawa i wartościowa, ale z czysto literackiego lub historycznego punktu widzenia, co ucznia niezbyt interesuje. Przydałoby się nieco mniej sadyzmu w tym doborze. Ze mnie jest masochista, który w tekstach dziwnych, trudnych się lubuje, ale nie chce nikogo do nich przymuszać.

Pociągnę jeszcze temat i hipotetycznie zapytam: jeśli byłbyś odpowiedzialny za dodanie jeden pozycji do nowego kanonu lektur, co byś wybrał?

Ta książka to ze starego dowcipu, a w zasadzie dwóch. Pierwszy jest taki, że nowe mieszkanie, parapetówa, goście pytają: „Ale książki gdzie wstawicie, bo tu takie puste ściany, żadnego regału?” Na co pan domu wskazuje na stolik pod telewizor: „O, tu”. No i w parze z tym idzie, że w każdym porządnym polskim domu muszą być: „Trylogia” Sienkiewicza, Biblia i książka telefoniczna. Ten dowcip zresztą jest już od lat nieaktualny, jak lektury z kanonu. Mało kto ma jeszcze stacjonarny telefon.

Nie wiem, co bym wybrał. To jest pytanie, na które od lat nikt nie umie odpowiedzieć, a to są ludzie, którzy się za wiadra pieniędzy nad tym głowią, więc ja tym bardziej. Wszystko zależy tak naprawdę od indywidualnych zdolności czytelniczych danej nawet nie grupy – a jednostki. Wszystko, co mógłbym zaproponować ma jakieś mocno dyskwalifikujące cechy w przypadku masowego wdrożenia.

Nie będę naciskał – choć chodziło mi po prostu o książkę, za pomocą której Ty byś chciał przekonać kogoś o magii czytania.bartek biedrzycki

Na koniec chciałbyś wrócić do Twojej twórczości. Kołysankę stop sam określiłeś jako „naukową fikcję spekulatywną osadzoną w interpolowanej przyszłości” i opisujesz w niej przyszłość niezbyt odległą. Ciekaw jestem, jakie jest Twoje nastawienie względem tej nieodległej przyszłości?

Cóż, książki, które miały magię niekoniecznie będą ją miały dla kogoś innego. Zresztą, niektóre ją już straciły…

Nie mam oczekiwań wobec przyszłości ani nastawienia. Za dużo mam lat, żeby się tak zagapiać. Widzisz, żyję w całkiem przyzwoitej teraźniejszości. Prócz całkiem przyziemnych spraw, które mam opanowane, to jest naprawdę niezły moment – technologia, rozwój cywilizacyjny, mam teraz nie tylko wszystko to, o czym marzyłem jako dzieciak, ale jeszcze z drugie tyle. Jakiś czas temu, kiedy w czasie rozmowy rzuciłem tekstem „Mamy wszystko, o czym pisała fantastyka, cyborgi, bezprzewodowe telefony, dostęp do całej wiedzy ludzkości w kieszeni. My żyjemy w przyszłości” – córka odparła „Może wy, bo dla nas to jest teraźniejszość”.

Moja przyszłość już tu jest. Jeśli chodzi o tę, która nadejdzie, to nie mam co do niej oczekiwań czy uprzedzeń. Teksty ze zbioru „Kołysanka stop” to dokładnie to, fikcja. Spekulacje. Oczywiście nie pozbawione podstaw, ale hej, wizja z Confirmatio Vir Llamki nie ma najmniejszych szans się ziścić. Za to obrazki z Jak smakuje benzyna albo z Najlepszej to tylko podrasowane kadry z dziennika telewizyjnego i wcale nie wczorajszego. I myślę, że takie ekipy jak Cizia, McLaren i Jaszczur to też nie jest zjawisko wyjęte mocno z przyszłości. Ale to jest ekstrapolacja.

Przyszłość, wbrew moim tekstom wcale nie jest taka znów mroczna. Ale to oczywiście kwestia układu odniesienia. Z drugiej strony przyszłość to jedyne co, prócz wspomnień, nam zostało, prawda?

Bardzo podoba mi się ta odpowiedź córki. Ja jednak patrzę w przyszłość z dużo większą obawą. Mam dwóch synów i coraz częściej myślę, że krótkowzrocznością szykujemy im niezbyt wesołe perspektywy. Chciałbym się mylić, ale mam wrażenie, że cyberpunku początki już nastały i zbieramy z niego co najgorsze. Dewastacja środowiska, bezczelne korporacje, karykaturalne kreatury u władzy… Nie spodziewam się co prawda żadnej spektakularnej katastrofy, ale raczej stopniowego pogarszania, które trudno zaobserwować, a w pewnym momencie osiągnie punkt bez powrotu.

Ale dość tego czarnowidztwa. Zapytam w tonie nieco bardziej pozytywnym: patrząc z perspektywy tych dziecięcych marzeń, który element rozwoju technologicznego zaskoczył Cię najbardziej?

Hm, nie tyle zaskoczył, co przekroczył najśmielsze oczekiwania – obrazowanie cyfrowe. Możliwość kręcenia filmów, robienia zdjęć i ich prostej obróbki jest teraz tak niewiarygodna. Gdy byłem w liceum, miałem kamerę na taśmy VHS. Zgrywałem je potem przez tzw. video, do tego miałem podłączony samodzielnie zlutowanym kablem magnetofon kasetowy, z którego dokładałem muzykę. Teraz mogę wyjść z domu ze smartfonem, po powrocie usiąść do laptopa i zmontować film w HD. To jest niewiarygodna sprawa. Tak samo ze zdjęciami – od kilkunastu lat gromadzę zdjęcia z mojego rodzinnego miasta – budynki, ulice, imprezy, mam chyba z 15.000 tysięcy zdjęć, w tym wiele obiektów, które już nie istnieją, miejsca, które się diametralnie zmieniły, dokumentuję taką zwykłą codzienność. I to jest coś, co naprawdę jest niewiarygodne.

Czy coś mnie zaskoczyło? Trudno powiedzieć. W końcu ten cyberpunk, który nie tylko się stał – bo mamy już wszystko, cybernetyczne protezy, sieć informacyjną, ponadnarodowe korporacje, ekrany telewizyjne na całą ścianę – ale i który przeskoczyliśmy w wielu miejscach (może dlatego gatunek odszedł do lamusa), jest naszą codziennością. Stało się jutro i to jest dzisiaj, także moje zwykłe dzisiaj, więc na zmiany patrzę dopiero z długiej perspektywy i wtedy jako całość ogarniam to, co się zdarzyło. Z takiej pozycji trudno to nazwać zaskoczeniem.

bartek biedrzycki

Taka ciekawostka – kiedy byłem w wojsku jakieś 15 lat temu przeczytałem Czarne oceany Dukaja i pomyślałem „Cholera, to się już zaczęło dziać, to się zaraz stanie”. Fast forward o jakieś 5-7 lat, powtórna lektura i konstatacja „Połowa z tego się wydarzyła, połowa nigdy się nie zdarzy”.

Chociaż nadal czekam na prawdziwe nano. I na lądowanie ludzi na Marsie – kiedy mając jakieś 8-10 lat czytałem mocno już wtedy nieaktualnego Arcta i jego wizje podboju kosmosu liczyłem, że utrzymają tempo. Tymczasem złoty wiek kosmonautyki to lata 70. i 80. a potem już tylko spadek formy. Chyba to mnie najbardziej nie tyle zaskoczyło, co zasmuciło. Może stąd trochę uprawiam terapię pisząc Serca gwiazd, gdzie wskrzeszam w fabularyzowanej formie największe ludzkie wyczyny.

To na sam koniec mam jeszcze pytanie powiązane z tymi przewidywaniami. Czy uważasz któregoś z pisarzy za najtrafniejszego z proroków? Czy może po prostu niektórzy mieli trochę nieco szczęścia w swych ekstrapolacjach?

Nie sądzę, żeby był ktoś taki. Wszystko zależy od aktualnych trendów – niektóre ekstrapolacje są, zwykle przypadkiem, słuszne po latach, ale większość takiej prekognicji zdała się psu na budę. Co czasem szkoda, bo mieliśmy mieć w tym XXI wieku naprawdę fajne rzeczy.

Prawdę mówiąc mam nadzieję, że ja się akurat będę bardzo mylił w ocenie niektórych zjawisk, chociaż jak to Tilt śpiewał: we własnym kraju trudno być prorokiem, ale mówię to co widzę ze swoich okien.

Pamiętam tylko dwa takie spektakularne strzały: Wilson w „Pasożytach umysłu” przewidział nazwisko niemieckiego kanclerza, a Dick – nie pamiętam już gdzie – dość precyzyjnie datę upadku ZSRR. Ale to przypadki. Tacy wizjonerzy jak Clarke polegli na wielu polach, z przewidywań Lema dziś można się śmiać. A wielu z nich nie przewidziało wielu rzeczy…

Może to i dobrze? Powinny być jakieś niespodzianki w tej przyszłości, która stałą się teraźniejszością?

█║▌│ █│║▌ ║││█║▌ │║║█║ │║║█║

Ja zaś bezczelnie pozostawię Was, o Ci do końca wytrwali, z tymi pytaniami. Chętnie poznam na nie odpowiedź. Zresztą mam pewność, że i inne przemyślenia Wam do głowy przyjdą.

Some men aren’t looking for anything logical, like money. They can’t be bought, bullied, reasoned or negotiated with. Some men just want to watch the world burn,

Poprzedni

Danie główne i wyborne przystawki, czyli „To, co najlepsze. Tom 2” Harlana Ellisona

Następny

Wypowiadając grozę, czyli „Upiorna opowieść” Petera Strauba

Komentarzy: 5

  1. Ło panie, „która ma dłuższego, przepraszam, wyższego stosika”… Ale pojazd, a „kto czyta, ten elita” jeszcze lepszy. Czemu jeszcze nie ma takiego fanpage’a, trzeba lecieć i zakładać, niech się ten piękny rym nie marnuje!

    Wciągnęło mnie, bo Dolna Półka i przyjemne, czasem gorzkie nerdzenie, choć ja Batmana tyle znam, co z kreskówki i z The Killing Joke. Macie fajną chemię w tym wywiadzie.

    Co do Żeromskiego, zgadzam się, czytanie go było koszmarem. Ciekawe jest to, że obce dzieła zasługują na modernizacje, nowe przekłady, a teksty ojczyste pokrywają się patyną, kurzem, zaczynają trącić myszką i z czasem próg wejścia staje się bardzo ciężki przez sam język i styl, wzięty bardziej z epoki, a nie intencji autora. Może więc warto kultywować modę na przeróbki, przepisywanie, zabawy – wystarczy wrzucić zombie czy wampiry i odświeżenie gotowe.

    Ale to takie wynurzenia spod fotela, z przymrużeniem oka.

    • pozeracz

      Ze mnie to jest jakiś dziwny czytacz, bo właściwie jedyną lekturą, która wiąże się z koszmarnymi wspomnieniami byli „Chłopi”. Jedyna lektura, której nie dokończyłem. Mi się nawet „Nad Niemnem” nawet dobrze czytało. Żeromski mnie nie oszołomił, ale traumy po sobie nie pozostawił.

      Wynurzenia spod fotela, ale mi się taki pomysł podoba. Może i nie jako oficjalno-narodowo-obchodzony kanon, ale taki młodzieżowy skok w bok… Czemu nie? W końcu jest „Duma i uprzedzenie, i zombie”. Ach… Z tą powieścią też miałem wielki problem, ale to była lektura na język angielski w liceum i musiałem przeczytać w krótkim czasie. Jako licealny, nastoletnio ograniczony męczyłem się strasznie.

  2. Korciło mnie chwilę, żeby zrobić fanpage na FB o tej nazwie, dorzucić jadące po bandzie ale prawdopodobne w naszych warunkach hasła i patrzeć jak świat płonie.

    Ale zamiast tego napisałem nowe opowiadanie.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén