Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Caveat bloger, czyli o niecnych zakusach na (nie)obiektywność recenzenta

W swoim wpisie o zarabianiu na blogu wspominałem o tym, jaki wpływ ma otrzymanie czegoś za darmo na nastawienie otrzymującego. Moje rozważania dotyczyły jednak różnorakich akcji promocyjnych, a przecież głównym dobrem otrzymywanym przez blogera książkowego jest sama książka. Nie wszyscy blogerzy przyjmują książki od wydawnictw, część zaopatruje się w pełni samodzielnie, ale własnooczne obserwacje pokazują, że jest to mniejszość. Taki obserwacje nie są może i wiarygodnym źródłem danych, ale i bez dokładnych cyferek warto sprawie się przyjrzeć.

trust000

Na początek odrobina psychologicznego zaplecza. Proces psychologiczny, o którym wspomniałem we wstępie, nazywa się regułą wzajemności. Na podstawowym poziomie brzmi ona dość niewinnie: jeśli ktoś coś dla nas zrobi/nam podaruje, należy się odwzajemnić. Reguła ta ma też swe negatywne odbicie (czyli: jeśli ktoś zrobi nam coś złego, należy mu odpowiednio natrzaskać po czaszce), a jednym z jej pierwszych formalnym odzwierciedleń był Kodeks Hammurabiego. Nie będę tu przynudzał teoriami dotyczącymi źródeł tej reguły – dodam tylko, że jest to reguła powszechna, bardzo silna i pojawiająca się na wczesnym etapie kształtowania się ludzkiej psychiki. Wspomniane cechy sprawiają, że jest ona jednym z ulubionych narzędzi (proszę o pochwałę, gdyż potrzeba było ogromnych pokładów silnej woli, by powstrzymać się od wpisania tu całej serii niecenzuralnych epitetów) marketingowców. Z mniej szkodliwych mistrzów tej techniki wymienić można też Vito Corleone.

Najprostszym i najbardziej oczywistym spojrzeniem i samoobroną przed tą regułą jest stwierdzenie, że recenzent/bloger nie otrzymuje książki za darmo. Reguła wzajemności jest tu niejako automatycznie spełniana poprzez poświęcenie czasu na przeczytanie książki, napisanie recenzji oraz opublikowania jej na blogu. Co prawda wszystkie te czynności służą też samemu blogerowi, gdyż bez nich blog traciłby rację bytu, lecz przecież bloger nie musi czytać akurat tej książki. Można zresztą kłócić się, że to bloger jest tu stroną, która daje od siebie dużo więcej, ale to już zupełnie inna kwestia. Z drugiej strony, chłodno sprawy oceniając, wpływ recenzji blogowych (oraz w mniejszym stopniu portalowych) jest marny w porównaniu z mediami głównego nurtu oraz reklamą. Uśredniając te wypadkowe, można więc w miarę bezpiecznie stwierdzić, że układ książka za recenzję jest akceptowalnie zrównoważony. Warto jednak wspomnieć o jednej ważnej anomalii – czasem recenzja bywa tak marna, że nie licuje z wartością książki.

 trust001

Ja sam powziąłem nieco przewrotną strategię, gdyż (poza nielicznymi wyjątkami) sam zgłaszam się po egzemplarze do recenzji i staram się to robić rzadko. Może to też kwestia tego, że blog mój zauważany przez wydawców raczej nie jest, więc sam muszę machać im swym urlem przed nosem, ale nie jest też tak, że żadne propozycje nie wpadają mi do skrzynki. Może to odwrócenie kolejności ma znaczenie głównie symboliczne, ale w psychologii i symbole są bardzo ważne. W dodatku jestem na tyle bezczelny, że cenię swój czas. W przypadku mej recenzenckiej przeszłości dochodziła jeszcze kwestia pośrednika – „wzajemność” kierować mogłem w stronę portalu – oraz pracy z redaktorem. Natomiast większość recenzowanych na blogu książek pochodzi ze źródeł „własnych” – cudzysłów stąd, że bibliotekę publiczną czy biblioteczkę znajomego trudno uznać za coś własnego. By być wrednym i zwiększyć ferment wspomnę jeszcze o tym, że kupowanie książek za własnoręcznie (ciężko lub nie) zarobione pieniądze też niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Wredne mózgowie nasze sabotuje nas tym razem poprzez efekt wspierania decyzji czy też racjonalizację pozakupową. Innymi słowy – jak już wyda się na coś kasę lub też poświęci dużo czasu, a okazuje się to być niezbyt satysfakcjonujące, to zaczynamy nieświadomie szukać dowodów na to, że to jednak było cudne, piękne i w ogóle.

Jeszcze niedawno w tym miejscu skończyłbym swoje paranoiczne elukubracje, lecz internetowo świadomy BoingBoing wepchnął me łapska całą tonę niezwykle ciekawych, konkretnych cyferek. ReviewMeta, czyli niezależny serwis zajmujący analizowaniem internetowych ocen różnej maści, przeanalizował 7 milionów recenzji w serwisie Amazon i odkrył, że recenzje zachęcane (z braku lepszego słowa, po angielsku zwane są „incentivized„) są średnio o 0,38 gwiazdki wyższe niż te niezachęcane (4,36 versus 4,74). By było jasne: pierwszego typu ocen było nieco ponad 5 milionów, a drugiego nieco ponad 2 miliony. Różnica z początku wydawała mi się nie tak wielka (choć znacząca), ale okazuje się, że w amazonowym światku ma ona całkiem sporą wartość: w amazonowych czeluściach „średni” produkt ma ocenę w okolicach 4,4, a to oznacza, że zachęcony skok przenieść go może w sfery produktów najwyżej ocenianych. Wiem, wiem – Amazon to nie blogosfera, a książki pewnie stanowiły niewielki ułamek tych milionów, ale zachodzące procesy są podobne. Można oponować, ale mam wrażenie, że jest tu podobnie jak z reklamą – większość ludzi uważa, że jest skuteczna, ale na nich akurat nie działa. A tak poza tym Amazon to pod wieloma względami zło wcielone.

amazonempire

Na końcu tekstu powinien się znaleźć akapit prezentujący cudowne rozwiązanie wszelkich bolączek powyżej wymienionych. Niestety, nic takiego w tym tekście nie nastąpi. Nie ma żadnego wspaniałego panaceum. Można rozważyć pełną rezygnację z egzemplarzy recenzenckich, ale według mnie to rozwiązanie ekstremalne. Choć może tylko bronię swoich własnych wyborów i ścieżek? Z drugiej strony: może to tylko ma paranoja? Jeśli po tym tekście Wasze wątpliwości się zintensyfikują, to… dobrze. Jedynym sensownym rozwiązaniem, które mi przechodzi do głowy, jest bowiem krytyczne zwątpienie. Sparafrazuję tu słynne zdanie pewnego Człowieka z Ładnymi Dłońmi: „Nie ufaj nikomu, pani(e) Bloger„.

Bo cóż ważniejsze jest od słów, wszystko się ze słów bierze, i nawet najkrwawsza bitwa toczy się o słowa, które po niej zostaną.
[Wiesław Myśliwski, Widnokrąg]

Poprzedni

Krew jej dawne bohatery, czyli „Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego

Następny

Rozdwojenie subiektywne i niezwykle długi tytuł, czyli „Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata” Jacka Vance’a i „Pieśni Umierającej Ziemi” pod redakcją George’a R.R. Martina i Gardnera Dozois

Komentarzy: 10

  1. Beata

    Patrząc na miniaturkę, myślałam że będzie coś dla fanów „Z archiwum X” 🙂 no ale niech ci będzie:) post przeczytalam z dużym zainteresowaniem, mimo że problem mnie nie dotyczy. A cytat na końcu sprawił, że serce me zatrzepotalo (słownik w telefonie podpowiada, że pasowałoby tu słowo „zastrzeliło”…), ponieważ w czasach wczesnostudenckich (i lekko patetycznych, co ze wstydem przyznaję) wypisalam sobie te słowa na jakimś plakacie i całe studia mi towarzyszyły. I uruchomiles całą lawinę wspomnień.

    • pozeracz

      To jeden z moich ulubionych cytatów w ulubionego polskiego pisarza. Choć dla mnie to akurat czasy postudenckie i biblioteczne wizytacje. Myśliwskiego, o dziwo, odkryłem przypadkiem. Byłem świadomy jego istnienia, ale wtedy nie śledziłem żadnych literackich wieści i siedziałem raczej w prozie angielskiej oraz fantastyce. „Traktat o łuskaniu fasoli” znalazł się w odpowiednim miejscu bibliotecznej półki i skusił skutecznie.

      Mam nadzieję, że wspomnienia pozytywne były, a i lawina – wbrew nazwie – pozytywne skutki miała.

  2. Czyli wychodzi na to, co już od dawna było wiadomo – nie ma czegoś takiego, jak recenzja obiektywna. Bo w końcu nie tylko otrzymanie od wydawnictwa może „podbić” ocenę ksiązki w naszych oczach. Możemy na przykład nie chcieć zrobić przykrości przyjacielowi, który nas usilnie namawiał na lekturę i niestety czyta naszego bloga. Wygląda na to, że najuczciwiej byłoby recenzować ksiązki wyłącznie wypożyczone z biblioteki.;)

    Z drugiej strony nie za bardzo zgadzam się ze zdaniem „Warto jednak wspomnieć o jednej ważnej anomalii – czasem recenzja bywa tak marna, że nie licuje z wartością książki.” Bo smutna prawda jest taka, że dla wydawcy nie liczy się poziom (literacki, merytoryczny czy jakikolwiek inny) recenzji, ale jej zasięg. W związku z czym jeśli nawet bloger kopiuje tylko opis z okładki, ale ma odpowiednio duży zasięg, to ciągle się opłaca.

    Oraz sama raczej z egzemplarzami recenzenckimi nie mam problemu (tak sądzę przynajmniej). Problem za to mam, jeśli osobiście lub internetowo znam autora. Bo jak takiej sympatycznej osobie napisać, że totalny szit stworzyła? No serca trzeba nie mieć… Na szczęście nie znam zbyt wielu autorów i raczej pisują sensownie.

    • pozeracz

      To prawda. Recenzować obiektywnie to można karte graficzną, ale wtedy to nie jest recenzja, a raczej opis techniczny. Recenzent powinien być tego świadom, ale

      jednocześnie starać się zachować obiektywizm na tyle, na ile to możliwe. A o sytuacji z przyjacielskimi polecankami nawet nie pomyślałem. Na razie się nie zawiodłem

      na takowych (na pewno nie w czasie blogowym), ale rzeczywiście jest to pewne ryzyko.

      Uderzyłaś w czułą strunę – mało co mnie tak irytuje, jak recenzja, w której niemal nie ma recenzji. Często napotykam teksty, w których jest wstęp, dwa-trzy akapity rozwodzące się nad fabułą i parę słów podsumowania w zakończeniu. Ja wiem, że moje recenzje są schematyczne, ale staram się, by były recenzjami. I przyznam znów racje – w sieci królem jest klik.

      Dobrze, że znam tylko jednego autora i do tego dobrze pisze.

  3. Masz świętą rację. Zachodzą takie procesy i zależności w naszym mózgu i bycie miłym/okazywanie zainteresowania/bezinteresowność/poproszenie o drobną przysługę to strategie polecane przez podręczniki do manipulacji ludźmi i szybkiego zdobywania uznania przez otoczenie. Dla blogera, szczególnie mniej znanego, każda propozycja darmowej książki jest postrzegana za dobry znak i nobilitację, więc tym bardziej recenzja może być w większym lub mniejszym stopniu nieobiektywna. Mam nawet przykład z życia: gdy dostałam książkę, która mi się nie podobała i wręcz ją wyśmiewałam we wpisie, jedna blogerka mnie skarciła – dlaczego w ogóle tę książkę brałaś, skoro wiedziałaś, że będziesz o niej źle pisać. Są też wydawnictwa, które są gotowe pozywać blogerów piszących źle o książce, którą wysłali do recenzji, ale to już zupełnie inna bajka… *ekhu ekhu* http://spisekpisarzy.pl/2014/06/novae-res.html

    • pozeracz

      Awersja do krytyki to, według mnie, jeden z poważniejszych problemów blogosfery. Są osoby, które stronią od pisania źle o książkach i nawet bezpośrednio się do tego przyznają. Nie chodzi tu o to, by się wyżywać na książce/autorze, ale takie pozytywne skrzywienie to zakłamywanie rzeczywistości. Nie wspominając o tym, że wypuszczenie książki na rynek oznacza wystawienie jej na krytykę. To naturalne. Ale, o czym się czasem zapomina, z tym samym wiąże się opublikowanie recenzji. Tu jest chyba jeszcze gorzej, bo w światku blogowym krytyka jest niemal zawsze odbierana osobiście. Tu też często pada argument „skoro Ci się nie podoba, to nie czytaj”. Zamknięcie się na głosy krytyczne to najlepsza droga do stagnacji.

      Co do anomalii, to nie mogę nie wspomnieć o Konradzie T. Lewandowskim, który lubi nawiedzać niepochlebne lub niepasujące mu recenzje i w niezbyt wybrednych słowach rugać autorów, a nawet i całe redakcje.

  4. Przeczytałam ten post z uwagą. Bardzo dobrze napisany, z kilku punktów widzenia. Nie wiem jak to jest z wpływem blogów na sprzedawalność książek, ale w sumie jeśli mogę ocalić książkę od zapomnienia, to czemu nie? Ja czytam książki recenzenckie i wybieram je według swojego gustu. Sądzę, że należy w takiej recenzji napisać coś o gatunku, w jaki ona się wpisuje. Recenzent musi wiedzieć takie rzeczy. Z drugiej strony znam wielu wysublimowanych czytelników, którzy oceniają książki intuicyjne i ich intuicja zazwyczaj się nie myli.

    • pozeracz

      Ocalenie od zapomnienia to bardzo chlubny cel, ale według mnie wiąże się raczej ze starszymi tytułami. Przerób na rynku książkowym jest bardzo duży i tylko „duzi gracze” mogą się cieszyć automatycznym zainteresowanie, niemal niezależnym od promocji.

  5. Ja jestem jednym z tych, co recenzują tylko swoje/biblioteczne. Ale znając siebie, i fakt, że jestem popsuty, otrzymanie czegoś za darmo wcale mnie nie zachęca do wystawiana wyższych ocen. Nawet jak zainwestuję czas i swoje pieniądze, nadal to nic nie zmienia. Nie szukam pozytywów. Wydane i tyle. Życie. Po co doszukiwać się na siłę pozytywów? Bez sensu. Po co udawać, że człowiek w życiu ma tylko dobre wybory? Przecież te złe/nietrafione też nas uczą/kształtują.
    Nie potrzebuję nobilitacji. Robię to co robię i chcę robić to dobrze, po mojemu. Jak dostanę książki od wydawnictwa, będzie to plus. Jak nie, nie zapłaczę.

    • pozeracz

      Bardzo dobre podejście, a uczenie się na błędach i nie wypieranie się ich, to ważna umiejętność. Bez tego nie ma postępu.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén