Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Komiksowy krach systemu korporacji, czyli „CEO Slayer” Marcina Przybyłka

Zbiegiem okoliczności ten tydzień stał się tygodniem stałych bywalców. Po tegorocznie silnym Żwikiewiczu nadszedł czas na od początku obecnego Przybyłka. Panów obu nie tylko częstość bywania na blogu mym, ale i niestandardowo podobna droga odkrycia. Przypadek starszego z panów autorów wspomniany jest we wstępie do poprzedniego wpisu, a o sięgnięciu po młodszego zadecydowała jego autoreklama na forum czasopisma CD-Action. Udzielałem się tam swego czasu aktywnie bardzo i książkowo (moderatorem nawet byłem), a Marcin Przybyłek zagościł tam na czas jakiś. Początkowo nieufnie podchodziłem do niemal nachalnego promowania własnych dzieł, lecz w końcu uległem i Granicę rzeczywistości nabyłem.

CEO Slayer był pierwszym pełnopowieściowym skokiem w bok od gierczano-detektywistycznej serii o Torkilu Aymorze. Akcja toczy się w połowie XXI wieku, w którym to czasie realizuje się negatywny scenariusz kapitalistyczny. Korporacje dzielą i rządzą, przełożeni gnębią i męczą, a media kłamią. Zupełnie jak dziś, ale bardziej. Na sceną wkracza jednak mściciel godzien swoich czasów – pogromca prezesów, przez dziennikarzy CEO Slayerem ochrzczony. Z nowoczesną opresją walczy uzbrojony w zdobycze techniki, lecz i jego ofiary bezczynne nie pozostają, a zasobami dysponują niemal nieograniczonymi. Cyniczna pani detektyw rusza tropem tytułowego bohatera, który jednak nieświadomie zdobył grono cichych sojuszników.

Dla osób znających prozę Przybyłka powieść ta nie będzie zaskoczeniem. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy wiedzę tę posiada, więc wyszczególnię te niezaskakujące elementy i to mimo tego, że uważam nieznajomość wspomnianą za rażące niedopatrzenie. Pierwszym elementem składowym jest przemyślany i szczegółów pełen świat przedstawiony. Wizja nieodległej przyszłości nie jest tak złożona jak w serii Gamedec, ale i tak czytelnik napotka tu sporo nowych technologii i zmian społecznych. Pomimo tego, że są to jedynie dodatki do fabuły, to odkrywanie tych drobnostek zawsze dawało mi dużo frajdy. Drugi element to intensywna akcja przetasowana celnymi spostrzeżeniami. Tym razem nie ma może filozoficznych dysput, ale autor poprzez bohaterów dzieli się cierpką krytyką tego, jak obecnie świat jest urządzony, koncentrując się na konsumpcjonizmie i tym, do czego prowadzi. Dynamicznych scen akcji nie brakuje, ale tym razem więcej napięcia przypisać można scenom dialogowym. Zwłaszcza sceny konwersacyjnych wojenek podjazdowych z panią detektyw robią wrażenie.

Przyznam jednak szczerze, że czegoś w w CEO Slayerze zabrakło, a winę za to zwalam na swe zachwyty serią Gamedec. Opowieść o pogromcy prezesów z założenia miała mieć komiksowy charakter i to się udało, ale mimo świadomości tego założenia tęskno mi było do złożoności i zaskoczeń. Są tu co prawda wolty i zwroty, ale większość z nich udało mi się przewidzieć, co powiązane jest z inną konsekwencją komiksowości, czyli wyrazistym podziałem na dobrych i złych. Może i niektóre postaci odmalowane są z odrobiną szarości, a pani detektyw nawet nie zaczyna po żadnej ze stron, ale znów: łatwo przewidzieć, po której stronie skończy. Choć akurat kluczowa scena tego wątku rozpisana jest przednio. Trochę wadziła mi też nadmierna wulgarność języka niektórych postaci. Nie chodzi tu nawet o wulgaryzmy same w sobie, ale o to, że rynsztokowy i samczy język są nadużywane. Inteligentny w gruncie rzeczy policjant jest przecież w stanie znaleźć lepsze określenie dla pięknej kobiety niż „sucz”. Ja rozumiem, że autor jest koneserem damskiego piękna, ale takimi zabiegami, moim zdaniem, mu uwłacza.

Marcin Przybyłek określa CEO Slayera mianem komiksu w wydaniu powieściowym i wydaje mi się, że zdecydowanie lepiej sprawdziłby się właśnie jako komiks. Wyraziste postaci i napięcie między nimi oraz sporo scen akcji i ciekawa wizja świata to właśnie zalety sprzyjające temu medium. Zaś porównanie z serią Gamedec w połączeniu z pewną przewidywalnością i mniejszą złożonością świata (konstrukcyjną i moralną) sprawiają, że przygodę z pogromcą prezesów należy raczej traktować jako aperitif albo przystawkę. Dlatego też doradzałbym wybrać danie główne i popędzić do sklepu po wznowioną niedawno Granicę rzeczywistości. Czasu z CEO Slayerem nie uważam za zmarnowany, ale proza Marcina Przybyłka pozwala go spędzić dużo lepiej.

Krew jak śnieg
Opamiętajcie się
Krew jak chleb

Ostateczny krach systemu korporacji
Wizualizuje owszem się
Ma się zacząć kiedy wrócę z wakacji
Na razie nie jest jeszcze całkiem, całkiem źle

[KULT, Krew jak śnieg]

Poprzedni

Mnogość tropów między okrutnymi gwiazdami, czyli „Maszyna” Wiktora Żwikiewicza

Następny

Trzeba przełamywać siebie, czyli wywiad z Witem Szostakiem (część 2)

Komentarzy: 2

  1. Ha, sam zarys fabuły jest bardzo pomysłowy. Prozy Przybyłka jeszcze nie czytałem, ale słyszałem o niej sporo dobrego. A co do autoreklamy to niestety, ale pisarze nie mają w naszym kraju łatwo – jeśli nie ma się uznanego nazwiska, należy borykać się z wieloma problemami przy wydawaniu swoich dzieł. Osobną sprawą jest nasza mentalność, zgodnie z którą pozytywne wypowiadanie się na temat własnej osoby to forma samochwalstwa, postrzeganego w kategoriach przywary (nieskromność, zadzieranie nosa, etc.)

    • pozeracz

      Kwestia mentalności jest rzeczywiście ciekawa. Moja nieufność może wynikać z mej własnej introwersji, ale tak w zasadzie to nie ma nic złego w przedstawianiu swoich zalet, o ile – oczywiście – robi się to w dobrej wierze.

      A co do Marcina Przybyłka – swego czasu na Facebooku otwarcie przyznał, że chciałby się skupić na pisaniu, bo „etatowa” praca go wypala, ale nie może ze względów finansowych.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén