Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Dwumetrowy krasnolud i robot z depresją wchodzą do baru, czyli fantastyka z przymrużeniem oka

Pewnego razu, lat temu wiele, pewien klasowy znajomek z nie tak dawno temu ukończonej szkoły podstawowej wyrządził mi wielką dobroć, a mianowicie pożyczył mi Kosiarza nieznanego mi wtedy angielskiego pisarza, Terry’ego Pratchetta. Większość z Was pewnie się domyśla, co nastąpiło potem: przyspieszone bicie serca, rumieńce, miłość od pierwszego wczytania. Z czasem nastąpiło kilka innych świetnych odkryć z humorem w tle, ale szybko zacząłem się zastanawiać: dlaczego tak mało?

krasno1


Będzie to wpis z polecankami, ale na początek trochę ględzenia w ramach wstępu. Po zapoznaniu się z większością dorobku Terry’ego Pratchetta oraz części autorów wymienionych poniżej uderzyło mnie, że gatunek fantastyki humorystycznej/satyrycznej (wybaczcie, o Puryści Gatunkowi) stanowi niszę. Popularność i wielkość (tak autorska, jak i rynkowa) twórcy Świata Dysku i po części Douglasa Adamsa sprawia, że łatwo przeoczyć to, że poza nimi satyry na odpowiednim poziomie w fantastyce jest tyle, co kot napłakał.

I tu pojawia się masa pytań, a w zasadzie jedno pytanie, które rodzi furę innych. To pytanie padło w pierwszym akapicie. Dlaczego jest tak mało dobrej fantastyki z przymrużeniem oka? Teoria pierwsza: dostępność, czyli całe rzesze takich powieści skryły się gdzieś za półkami księgarni lub też nie trafiły w ogóle do Polski. Tu podteoria: może problem leży w trudnościach w tłumaczeniu humoru? Teoria druga: trudność, czyli może po prostu satyra jest na tyle trudna do wpisania w fantastykę, że mało komu udaje się napisać coś, co przejdzie przez wydawnicze sito? Teoria trzecia: rynek, czyli gdzieś tam, kiedyś tam podejmowano próby wydawania takich dzieł, ale wylądowały one w koszach z przecenami?

Może jest na sali ktoś obdarzony mocą tajemną i rozwiąże tę zagwozdkę. Tymczasem ja przejdę do sedna, czyli najlepszych autorów z tego gatunku.

Terry Pratchett

humor11111

Ten wybór jest na tyle oczywisty, że tak w zasadzie mogłem go pominąć. Może i nie każda część Świata Dysku jest prześwietna, może i Dobre omeny nie przypadły mi do gustu, ale i tak Terry Pratchett pozostaje numerem jeden. Mnogość tematów, celność obserwacji, drobiazgowa wizja szalonego świata i Śmierć Szczurów – czy trzeba coś dodawać? Dopiszę tylko, że moją ulubioną postacią pozostaje Śmierć. Nie wiem, czy to z racji pierwszeństwa, czy nie tylko, ale kościsty filozof wielokrotnie gościł w mych avatarach, a scena z kogutem to jedna z moich ulubionych w cyklu.

Na marginesie i nieco mniej humorystycznie – mocno polecam też cykl Nauka Świata Dysku.

MASZ TO CZYTAĆ, powiedział.
Cyryl wytrzeszczył krótkowzroczne oczka na wypisane ciężkim gotykiem „Kuku-Ryku-Ku”. Gdzieś w jego szalonym kurzym móżdżku pojawiła się lodowata, ale wyraźna myśl, że powinien nauczyć się czytać. I to szybko.

[Kosiarz]

Douglas Adams

humor2

Anglia humorem stoi, lecz to właśnie Adams jest bliżej humoru typowo angielskiego. Od głównego bohatera i jego ręcznika przez niezliczone absurdy na krykiecie skończywszy, Autostopem przez Galaktykę, czyli trylogia w pięciu częściach, to destylat angielskiego poczucia humoru. Może nazwanie tej serii Monty Pythonem w kosmosie byłoby nadużyciem, ale dalekie od prawdy nie jest. Nieco mniej przesycony humorem, lecz urokliwie zabawny jest też cykl z Dirkiem Gentlym (Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently’ego oraz Długi mroczny podwieczorek dusz).

Na początku stworzono wszechświat. Zezłościło to mnóstwo ludzi i zostało powszechnie uznane za błąd. [Restauracja na końcu wszechświata]

Jasper Fforde

humor4

Rule, Britannia! Britannia, rule the waves…„, czyli trzeci anglik na liście, a dodatku kolejne odkrycie, które zawdzięczam lumpeksom. Powieści Fforde’a wydawane były w Polsce (choć nie zdobyły wielkie popularności), lecz ma przygoda z tym autorem zaczęła się od Shades of Grey. Nie, nie, nie – nie jest to parodia niesławnego przeboju w klimacie fantasy, lecz przezabawna dystopia, której głównym motywem są… kolory. Chromatacia to alternatywna wersja Anglii, w której o statusie społecznym decyduje biegłość w rozróżnianiu kolorów. W tle zaś kłamliwy rząd, wielki spisek i zakazane łyżki.

Fforde jest jednak dużo bardziej znany za serię, której główną bohaterką jest Thursday Next. Tu też mamy do czynienia z alteratywną wersją Anglii, lecz taką, w której to książki, a nie sport, polityka czy telewizja są w centrum zainteresowania publicznego. Spory o autorstwo sztuk Szekspira kończą się krwawymi starciami, a rękopis Jane Eyre to jeden z najpilniej strzeżonych skarbów. Są to w zasadzie powieści detektywistyczne ze złowrogim geniuszem zła i niecnie wielką (i wielce niecną) korporacją trzymającą polityków w garści.

Humor u Fforde’a nie gra centralnej roli, ale stanowi bardzo ważny element i jest go pod dostatkiem.

2.3.06.02.087: Unnecessary sharpening of pencils constitutes a waste of public resources, and will be punished as appropriate. [Shades of Grey]

Kir Bułyczow

humor3

Wyjątek od angielskie reguły, rosyjski rodzynek, czyli twórca Wielkiego Guslaru, Kir Bułyczow, został niemal przeze mnie przegapiony. Wstyd i sromota. Usprawiedliwiam się jednak nieuniknionym wpływem upływu czasu, gdyż Opowiadania guslarskie czytałem dzięki uprzejmości bibliotek osiedlowej jeszcze w liceum. Pora wrócić do Guslaru i sięgnąć po więcej Bułyczowa. Ale, ale – wróćmy go Guslaru. Ta seria opowiadań to w pewnym sensie humorystyczna wersja Pikniku na skraju drogi. U Strugackich obcy pozostawili po sobie Strefy, a u Bułyczowa lądują regularnie w okolicy małej, rosyjskiego do cna miasta, czyli Wielkiego Guslaru. Interakcje, przypadki i perypetie związane z tymi wizytami i ich skutkami stanowią przyczynek do satyry na sowieckiego człowieka (a po części człowieka in genere). Polecam bardzo, bardzo.

Fantastyka nie tylko bada relację człowiek-człowiek, ale i stosunek człowiek-społeczeństwo oraz człowiek-nauka. Wszystko, co niepokoi czytelnika, od razu pojawia się na kartach książek. [Jak zostać pisarzem fantastą]


Możecie mnie poratować nie tylko poprzez rozwiązanie zagadki, ale też uświadomienie mnie, że jednak takiej fantastyki jest więcej. I proszę pamiętać, że nazwisko Pilipiuk nie ma prawa tu paść (no dobra, dobra – pierwszy Wędrowycz był niezły).

Poprzedni

Pocztówki od hewry, czyli „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego

Następny

Pisanie to kasowanie, czyli wywiad z Łukaszem Orbitowskim (część 2)

Komentarzy: 20

  1. Odpowiadam na pytanie: bo bawić jest trudniej, niż pisać poważnie. A już wszystkich to na pewno nikt nie rozbawi (Adams nie bawi mnie zupełnie, na ten przykład).
    Ja bym dorzucił Kisiel, Wójtowicz i Kossakowską, a z zagranicznych Toma Holta, chociaż on bawi umiarkowanie i w niedużych dawkach. Mnie bawił stary dobry Szpital kosmiczny.
    PS. Popraw tytuł.

    • pozeracz

      No tak, subiektywność humoru jest pewnie ważnym czynnikiem. Pewnie niektórych to zadziwi, ale nawet Pratchett nie każdego rozbawi 😉

      Holta nie czytałem, ale napotkałem na mieszane recenzje. Coś polecasz konkretnie? A Kossakowska cóż zabawnego napisała? Czytałem tylko jej „poważne” powieści.

      A błąd w tytule przeokropny, coś mi musiało się na mózgownicę rzucić.

      • Znam takich, co do nich Pratchett nie przemawia, okropnie nieszczęśliwi ludzie. Holta nie polecam specjalnie, chyba że masz dużo wolnego czasu. Ostatecznie możesz spróbować Drzwi. Kossakowska napisała Grillbar Galaktyka, ubawiłem się swego czasu przednio, nawet o tym pisałem wieki temu.

  2. Pardą, zapomniałem o subskrypcji 🙂

  3. No jak to tak, proszę… Niby Lem nie pisał z humorem – „Bajki robotów”, „Cyberiada” i baron, o przepraszam, pan Ijon Tichy?
    Kuttner i jego mini-cykle opowiadań o Hogbenach i drugi o Gallegherze?
    Jeżeli mamy nie mówić o panu AP ( 🙂 ), to może Romuald Pawlak i jego „Rycerz bezkonny”? Da się czytać, da się pośmiać 🙂

    • pozeracz

      Przy pisaniu takich wpisów czasem mam wrażenie, że coś bardzo ważnego mi umknęło. Oto nadszedł ten moment. „Bajki robotów” i perypetie Tichego ubawiły mnie setnie.

      Kuttnera nie czytałem, ale w razie możliwości sprawdzę. Podobnież z Pawlakiem.

      Przypomniał mi się jeszcze „Szpital kosmiczny”, o którym czytałem, ale którego sam jeszcze nie znam.

  4. Ha, wyciągam asa z ręka i bach: „Rroaghr” Jakub Dziwior. Ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie o czym rzecz?

    Zdradzę tylko, że powieść odwołuje się do fantastyki i jak na literacki debiut, to bardzo solidna pozycja.

  5. Widzę, że już mniektoś z Kuttnerem ubiegł 🙂
    A z rosyjskojęzycznych, to z świetna satyrą jest przecież „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” Strugackich 😀

    • pozeracz

      Skoro Kuttner pada po raz drugi, to może zapytam – co jest w nim tak godnego polecenia?

      A „Poniedziałek…” czytałem tak dawno temu, że nie jestem pewien, czy na pewno czytałem. Tak to bywało z szałami bibliotecznymi. Wstyd, ale i okazja, by sobie przypomnieć.

  6. Wczoraj opowiadałem o Zakładzie Pascala i na wstępie przeczytałem fragment z „Wiedźmikołaja”, w prześmieszny sposób nawiązujący do tego rozumowania. Od tego momentu publiczność była moja.

    Jeśli chodzi o fantastykę z przymrużeniem oka, polecam cykl Glena Cooka o detektywie Garretcie – połączenie fantasy z kryminałem w stylu Raymonda Chandlera.

    • pozeracz

      Ha, nie pamiętam „Wiedźmikołaja” na tyle dobrze, ale Pratchett ogólnie ma talent do przystępnego przedstawiania skomplikowanych procesów czy wielkich idei. A tak z ciekawości – co to było za wystąpienie?

      Kiedyś rzeczywiście Cooka mi ktoś polecał, choć sam przymierzałem się do „Czarnej kompanii”, gdy akurat wychodziły wydania zbiorcze. Na razie jednak z tą górą się nie zszedłem.

      • Nic czym warto by się chwalić, w ramach proseminarium każdy musi przygotować coś w rodzaju referatu/prezentacji na zadany temat.

        Cykl o Czarnej Kompanii to ogólnie moja ulubiona pozycja, jeśli chodzi o fantastykę, nawet gdy kiedyś sporządzałem listę „dziesięciu książek, które były dla mnie ważne”, to się na niej znalazła. Szczerze polecam. To było w swoim czasie coś rewolucyjnego, ucieczka od wszędobylskiej w fantasy epickości, której szczerze nie cierpię, na rzecz tzw. low life’ów, których uwielbiam. Ciekawostką może też wydać się fakt, że Cook całe lata przed Martinem bez pardonu uśmiercał swoich bohaterów. A Garrett to taka odskocznia, choć da się wychwycić pewne wspólne motywy np. liczne inspiracje wojną w Wietnamie (Cook był w marines).

        • pozeracz

          Dla mnie podobną rewolucją była „Gra o tron”, a zaraz potem „Malazańska księga poległych”. Możliwe, że gdybym na Cooka trafił, to mu by przypadła palma pierwszeństwa.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén