Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Zaskakująca intensywność, czyli „Gry Nemezis” Jamesa S.A. Coreya

W iście tasiemcowych seriach – choć raczej nie książkowych – funkcjonuje coś zwanego „filler episode”. Takie wypełniaczowe odcinki najczęściej służą za przerywnik po zwieńczeniu jakiegoś wątku albo wytchnienie w jego trakcie. Nie ma tu ruchu na głównej osi fabuły, nie ma za bardzo rozwoju postaci, bywa raczej spokojnie i często z humorem. Czemu wspominam o tym tutaj? Gdyż Gry Nemezis na początku zapowiadają się właśnie na taki tom przejściowy. Jednak szybko okazuje się, że wrażenie to było mylące, bardzo mylące.

gry nemezis okładka orbit

Międzygwiezdne wrota stały się dostępne dla każdego z odpowiednim statkiem. Tysiące planet czekają na odważnych, zdesperowanych i zachłannych. Odpływ kosmicznych osadników oznacza jednak wielkie zmiany Układu Słonecznego. Po co trudzić się i pocić na terraformowanym Marsie skoro czekają o wiele bardziej przyjazne ciała niebieskie? Co z Pasiarzami, których ciała uniemożliwiają im kolonizację nowych światów?  Układ sił na pewno ulegnie zmianie. Do rozwiązania pozostaje też zagadka statków znikających bez śladu. Mocno poobijany Rosynant wymaga napraw, więc członkowie jego załogi mają czas na załatwienie prywatnych spraw.

To właśnie wspomniane prywatne sprawy wywołały początkowe skojarzenia ze wspomnianym w tytule odcinkiem wypełniaczowym. Holden nadzoruje naprawy Rosynanta, Amos wraca na Ziemię sprawdzić okoliczności śmierci przyjaciółki, Alex odwiedza byłą żonę na Marsie, a Naomi o pomoc prosi ktoś z jej niezbyt chlubnej przeszłości. Szybko jednak okazuje się, że nie chodziło o żadną retardację ni wytchnienie dla czytelnika, a o odpowiednie rozstawienie narracyjnych pionków. Gry Nemezis szybko stają się najbardziej dramatyczną dla ludzkości częścią cyklu, rozgrywającą się na kilku frontach. W pewnym sensie decyzję o zatrzymaniu akcji w Układzie Słonecznym można uznać za oryginalną („odważną” byłoby już delikatną przesadą). Założyć można, że otwarcie wszechświata na kolonizację oznaczałoby dla znakomitej większości cykli natychmiastowy skok w tym kierunku i byłoby to po myśli większości czytelników. Abraham i Franck oparli się tej pokusie i wyszło to zdecydowanie in plus.

Wspomniane poćwiartowanie narracji jest też symetryczne, co pozwala nie tylko obserwować akcję z różnych kluczowych miejsc, ale też daje autorom szanse na poświęcenie uwagi całej głównej czwórce. Choć w zasadzie nie do końca jest to prawdziwe stwierdzenie, gdyż tym razem można odnieść wręcz wrażenie, że grający dotąd pierwsze skrzypce Holden schodzi w tym tomie po części na dalszy plan. W końcu dowiadujemy się więcej o burzliwych przeszłościach Amosa i Naomi oraz nieco bardziej sztampowej Alexa. Powrót na stare śmieci daje okazję refleksji nad dotychczasowymi perypetiami, uczynkami oraz stosunkiem do reszty załogi. Najciekawiej wypada tu Naomi, która ukrywała mroczną stronę swego życiorysu przed Holdenem, a teraz w dramatycznych okolicznościach musi zmierzyć się z nią i własną traumą. Nie pozostanie to bez wpływu na samego kapitana, który to z kolei pokazuje, że i na nim kosmiczne zawirowania odcisnęły swe piętno.

Gry Nemezis to jednak też (a może i przede wszystkim) space opera konfliktem i intrygą stojąca. Wspomniany spokojny początek szybko przechodzi w pełną napięcia i wolt sekwencję. Cztery perspektywy oznaczają nie tylko cztery miejsca akcji, ale też duży potencjał narracyjny. Autorzy mogą nie tylko przeplatać rozdziały intensywne spokojniejszymi czy też odwlekać rozwiązanie cliffhangerów, ale też mają większe pole do popisu, jeśli chodzi o kulminację. Drobne zastrzeżenia mieć natomiast względem antagonisty, który jest ciut zbyt sztampowy (charyzmatyczny fanatyk przekonany o swej racji i wyższości), a w dodatku sprawia wrażenie wyciągniętego z kapelusza. Niby jest powiązany bardzo mocno z przeszłością Naomi, ale ta z kolei ujawniona została dopiero teraz. Niby w przypadku długich cykli taki zabieg stosowany jest często, ale po Ekspansji można spodziewać się więcej. W tym kontekście rozczarowywać nieco może też zakończenie – przy takim natężeniu akcji odwleczenie starcia z głównym złolem wypada wątpliwie .

 Daniel Abraham i Ty Franck

Co prawda po Gorączce Ciboli spodziewałem się, że fabuła pójdzie w innym, międzygwiezdnym kierunku, ale skoncentrowane na Układzie Słonecznym Gry Nemezis nie rozczarowują. Autorzy nie tylko serwują bardzo solidną dawkę akcji i dramatyzmu, ale też dają okazję do rozwoju swoim bohaterom. Nieco pozbawiony wyrazu finał paradoksalnie zaś nie tyle irytuje, co podkręca ochotę na tom kolejny. Trudno będzie znów czekać rok…


Gry Nemezis (nie)rozstrzygnęły się też tu:

Poprzedni

Surowa subtelność, czyli „Utracony dar słonej krwi” Alistaira MacLeoda

Następny

Poszukiwanie w zagubieniu, czyli „Zabierz mnie do domu” Marie Aubert

4 Comments

  1. Oj, ja już dawno ostrzę sobie ząbki 🙂

  2. Ha, nie ma nic gorszego niż połknięcie danego tomu i wyczekiwanie na kolejny.

    • pozeracz

      To prawda. Choć tu się zapowiada, że będę miał całość do schrupania ze sporym zapasem czasowym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén