Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Ewolucja ewolucji i inne, czyli „Nauka Świata Dysku III. Zegarek Darwina” Terry Pratchett, Jack Cohen i Ian Stewart

Egzemplarz pierwszej części Nauki Świata Dysku należy do tych rzadkich książek darzonych przez mnie sentymentem. Ten nabyty i przeczytany w Irlandii miks światodyskowej przygody z esejem naukowym spodobał mi się wysoce, ale jakoś tak wyszło, że kolejne części nabywałem w sporych odstępach, a do tego niemal przypadkiem. Nabyty w mym allegrowym anglolumpeksie Zegarek Darwina potwierdza tę regułę.

zegarek darwina okładka ang

Stworzony przypadkiem na Niewidocznym Uniwersytecie Świat Kuli to miejsce trudne do objęcia przez specyficzne intelekty czarodziejów z Ankh-Morpork. Nie działa tam narrativum, szansa jedna na milion nie spełnia się w dziewięciu przypadkach na dziesięć, a wszystkim rządzi fizyka i inne dziwactwa. Jednak dobroduszni dzierżyciele magii (i stanowisk) sympatią Kulę obdarzyli i jej losem się przejmują. Musieli poradzić sobie z elfią ingerencją, a teraz napisanie przez Darwina nie tej książki, co trzeba, prowadzi do naukowej stagnacji, a w efekcie braku metod na ucieczkę przed czyhającym przyszłości zlodowaceniem.

Jak w pierwszym akapicie stoi napisane: Nauka Świata Dysku III. Zegarek Darwina to połączenie fantastycznej opowieści z rozbudowanym esejem popularnonaukowym. Przewagę zdecydowaną me ten drugi element, a przygody Rincewinda, Stibbonsa czy Bibliotekarza (ook!) służą jako przerywnik, humorystyczna ilustracja. Co prawda perspektywa magiczno-narracyjna pozwala zilustrować pewne wątki, ale – jak to w tej serii bywa – fabularnych fajerwerków nie ma się co spodziewać. Jest za to pod dostatkiem (biorąc pod uwagę długość tych rozdziałów) pratchettowskiego humoru, więc interludia te przyjemne są zdecydowanie.

nauka świata dysku

Jeśli zaś chodzi o warstwę naukową, to Zegarek Darwina można pochwalić za sarkastyczne prztyczki wymierzane w ignorancję, lecz delikatnie zganić za zagęszczone nagromadzenie tematyczne. Należy wspomnieć bowiem, że książka ta traktuje nie tylko o ewolucji, ale i przykładowo naukowo opisuje (nie)możliwości podróży w czasie, przygląda się społecznym podstawom rozwoju naukowego czy też opisuje matematyczne potraktowania nieskończoności. Bardzo możliwe, że to kwestia indywidualna, ale wątki matematyczno-fizyczne skorzystałyby na szerszym potraktowaniu, gdyż mimo przejrzystych objaśnień stopień bazowego skomplikowania i powiązanego z nim abstrakcyjnego myślenia bywa przytłaczający. Jednak nie zmienia to faktu, że wiele tu wartościowych fragmentów; na przykład pokazanie naukowego (nie zaś popularno-uproszczonego) postrzegania ewolucji.

Teraz pora na refleksję osobistą. Zawsze, gdy czytam o lub sam czytam książki, które walczyć chcą z ludzką ignorancją czy też mają wzbudzać empatię, to przychodzi do mnie podobne refleksja: te publikacje nie trafiają do tych, którym byłoby to najbardziej potrzebne. Sięgają po nie najczęściej osoby zdolne do reewaluacji swoich poglądów czy, prościej mówiąc, o otwartych umysłach (i sercach). Jednak Zegarek Darwina uświadomił mi pewną rzecz w kontekście wydawnictw popularnonaukowych: ich zadaniem jest nie tyle rozbijanie ignorancji, co rozbudowa aparatu krytyczno-poznawczego tych łaknących wiedzy. Wydaje mi się, że w czasie zalewu informacjami, coraz większego wpływu mediów społecznościowych (patrz Cambridge Analytica) i fake newsów staje się to coraz ważniejsze. Poza tym Pratchett, Stewart i Cohen pozwalają amatorom nabyć szerszą wiedzę o ewolucji i dają im argumenty na ewentualne dyskusje z kreacjonistami, jeśli taka nieprzyjemność miała by ich spotkać.

ian stewart jack cohen terry pratchett

© Warwick University

Nauka Świata Dysku III. Zegarek Darwina to pewniak dla tych, którzy mieli już do czynienia z serią, ale i popularnonaukowa gratka dla chcących poszerzać swe horyzonty. Może i zapachnie nieco banałem, ale gdyby wiedza była częściej podawana w taki właśnie sposób, byłoby mniej ignorancji do zwalczania. Smutne zaś strasznie jest to, że dwóch z trzech autorów nic więcej już nie napisze…

– Na Kuli sytuacja jest inna, dziekanie. Nie mają tam mioteł ani latających dywanów, a do lotu na Księżyc nie wystarczy zeskoczyć z krawędzi i po drodze w dół starać się ominąć żółwia.

Poprzedni

Szpile i drzazgi, czyli „Dorośli” Marie Aubert

Następny

Liczby (nie)zapomniane, czyli „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawy

2 Comments

  1. Świetna seria i ogromna szkoda, że nawet gdyby pojawiły się kolejne tytuły, to Terry Pratchett nie będzie brał udziału w ich tworzeniu.

    • pozeracz

      Ani też Jack Cohen. Jednak tak Cohen ze Stewartem, jak i obaj z osobna napisali sporo ciekawie zapowiadającej się literatury popularnonaukowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén