Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Ale on przed siebie szedł i tak, czyli „Puste niebo” Radosława Raka

Radosław Rak to jeden z najciekawszych młodych pisarzy parających się fantastyką (gdzie młody = młodszy ode mnie). Pewnego czasu niezastąpiony Staszek Krawczyk zachęcił mnie do przeczytania opowiadania Tamdarej w innych światach opublikowanego w Esensji. Zachwyciłem się szczerze i mocno zdziwiłem, że Rak jeszcze nic nie wydał. Gdy tylko dowiedziałem się o nadchodzącej publikacji Kocham Cię, Lilith, prędko zaklepałem sobie portalowy egzemplarz do recenzji. Tym razem zachwytu nie było, ale i do rozczarowania nie doszło. Kolejnej powieści wyczekiwałem więc nieco zachowawczo, ale dwie kwestie podkręciły me nadzieje: Powergraph i zajawka fabularna.

Tołpi zdecydowanie nie ma szczęścia. Nie dość, że matka i siostra zmarły w trakcie epidemii, a ojciec lekkiej ręki nie ma, to w zasadzie jest wioskowym pierdołą. Pomyśleć można by było, że wyłowienie Księżyca z Bugu to szansa na odmianę losu, ale nie dla niego. Chłopak rozbija (przy asyście pewnego wierzbowego czarta szlachetnego rodu) srebrny glob i po pomoc zwraca się do babuszki Sławuszki, miejscowej znachorki. Ta zaś wysyła go od Lublina, by odnalazł rabina Jan Azrael Hesper, który niegdyś niemal Boga nie pojmał. Między gawronim terrorem Sędziwrona, odurzającym urokiem Madame a nadchodzącą czerwoną rewolucją, Tołpi będzie musiał pomóc Hesperowi i Tyfonowi zdobyć ingrediencje na nowe ciało niebieskie. By to zrobić będzie musiał zmierzyć się ze swym tchórzostwem i ciemnym sercem Lublina, którego nie było.

W poprzednim wpisie pisałem o tym, jak to Roland Barthes opisywał swą idę kodów składających się na literaturę za pomocą metafory dziewczyny pracującej przy kołowrotku – bezczelnie zapożyczę ją, by opisać najmocniejszą stronę Pustego nieba. Niczym wprawiona przędzarka Radosław Rak splótł ze sobą całe mnóstwo nitek-motywów i stworzył z nich coś pięknego. Część z nich przez autora była już wykorzystywana (Lubelszczyzna, twórczość Brunona Schulza), a część nowa, zaś wspólnie tworzą mrocznie urokliwą mozaikę. Brawa należą się tym bardziej, że pomieszane są tu chronologie (jednocześnie mamy czasy Schulza, zeppeliny i Manifest Lipcowy) oraz stylistyki (Leśmian z Schulzem), a wszystko to wzbogacone odwołaniami do dzieł popularnych czasów dawniejszych – na przykład H. Ridera Haggarda czy C.S. Lewisa. Doskonale obrazuje to postać Madame Aiszy Jadis Chauchat, której godność to przyprawiające o zgrzytanie zębów spiętrzenie aluzji. Wszystko to uzupełnia drobiazgowo ukazany i przetworzony Lublin, który jest tu światem samym w sobie – pełnym magii, krwi i pożądania. Jako ignorant w dziedzinie malarstwa przypuszczam, że osoba obeznana w temacie wyłapie tu nawiązania do konkretnych dzieł, gdyż opisy obrazów powracają tu z podejrzaną szczegółowością.

Panorama Lublina z Wieży Trynitarskiej

Warto pochylić się też nad tym, jak Rak zapełnia swoją powieść postaciami-archetypami. Adela to dziwka o złotym sercu, pani Rozmusowa to dystyngowana stara panna, Tyfon to typowy sybaryta ze słabością do wulgaryzmów, a Madame to lubieżna kusicielka. Ta archetypiczność odsuwa postaci od czytelnika, utrudnia identyfikację z nimi. Sytuację ratuje fakt, że i tak są to postaci bardzo wyraziste i do sztampowe odtworzenia im daleko. Jest tak za sprawą pewnych elementów ich historii (zwłaszcza powiązane z zakończeniami ich wątków) oraz oryginalnych drobiazgów w ich kreacji. Przykładowo Adelę Raka można rozpatrywać w kontraście do Adeli Schulza, u którego była reifikacją mitu o kobiecie modliszce. Ciekawie archetyp podkopuje natomiast Tołpi, który na pierwszy rzut oka wygląda na typowego „głupiego Jasia”, ale wbrew regułom baśniami rządzącym na koniec jego sytuacja nie poprawia się (patrz – vonnegutowski wykres „man in hole”) – nie wyciąga wniosków, nie staje się mądrzejszy. Większość czytelników przyzna zresztą, że na nagrodę to on sobie nie zasłużył. Ciekawie wypada natomiast sprawa z postaciami zapożyczonymi – trudno uznać je za oryginalne, ale jednocześnie nieco więcej w nich życia. Schulz jako służący-karzeł czy ojciec Ruszel z lubelskiej legendy zapadają w pamięć. Pewien problem sprawia natomiast Tyfon, którego rynsztokowy humor, zamiłowanie do wulgaryzmów i podejście do kobiet po pewnym czasie zaczynają irytować.

Słodko-gorzki (z naciskiem na gorzkość) koniec jego historii jest typowy dla baśniowości w wydaniu Raka. Jest w niej bowiem nieco humoru i piękna, dużo groteski i pożądania, a wszystko obleczone w mrok i smutek. Wszystko to działa intensywnie na wyobraźnię dzięki kunsztowi, z jakim autor posługuje się słowem. Opisy młodzieńczej żądzy są jednocześnie pełne napięcia, ale i wstydu w nich nie brakuje. Jednak talent ten najlepiej widoczny jest w opisach tego, co niesamowite, straszne i makabryczne. Od przedziwnej procesji na granicy życia i śmierci przez ptasie monstrum Sędziwrona (znów Schulz) na machinie do wysysania snów z mózgu skończywszy. W Pustym niebie wiele jest scen, które zostaną z czytelnikiem na długo. W dodatku, mimo wspomnianego wcześniej mozaikowości, wszystko to jest spójne. Jedynym minusem konstrukcyjnym jest nieco rozwleczona kulminacja. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że Rak nie powiedział jeszcze wszystkiego – ta wersja świata ma wielki potencjał i szkoda byłoby, gdyby zakończyło się na tej opowieści. Ja sam bardzo chciałbym poznać historię wyprawy Jana Azraela Hespera i jego towarzyszy, którzy chcieli pojmać Boga.

Puste niebo to najlepsze z dotychczasowych dokonań Radosława Raka. Jest to fascynująca wyprawa w (nie)świat pełen groteski, pożądania i pięknie przerażających obrazów. Jest to splot czasów, legend i literackich zapożyczeń, który potrafi oczarować czytelnika. Może i postaci niebo zbyt zbliżają się do swoich archetypów, ale jest to drobny mankament. Bardzo mocno czekam na więcej.

Dalej, dalej, w ciemność, w mrok, w zaułki śmierdzące moczem, grzybem i kotami. Tunel kończył się wielobocznym podwórzem, ciemne balkony zwieszały się ze ścian jak huby, cienie drzemały po kątach. Gęsta noc zawisła nad kalenicami.

Taki jest nocą Stary Lublin, takie jest jego ciemne serce.

Poprzedni

Struktury budowli z tektury, czyli o rozkładaniu literatury na części (nie)pierwsze

Następny

Od słów do czynów, czyli ku lepszej blogosferze

Komentarzy: 7

  1. „pomieszane […] stylistyki (Leśmian z Schulzem)” – powiedz, że autor jednak nie sili się na operowanie językiem obu panów, bo to jest prosta droga do katastrofy (nie wiem na ile reprezentatywny jest końcowy cytat, bo on daje nadzieję :D).

  2. Brzmi bardzo smakowicie, dziękuję za zwrócenie uwagi na autora, przyjrzę się :-). Pobrzmiewają tu chyba też echa twórczości Singera, prawda?

    • pozeracz

      Przyznam zupełnie szczerze, że zbyt słabo znam Singera, by potwierdzić. Ale Raka polecam tak czy tak mocno bardzo.

  3. Aż wstyd się przyznać, ale nie czytałem jeszcze żadnej z książek Radka Raka – wstyd przede wszystkim dlatego, że autor to, podobnie jak ja, dębiczanin. Zapoznałem się jedynie z fragmentami Tamdareja i sam się dziwię, że jak dotąd na tym poprzestałem.

    • pozeracz

      Zaraz tam wstyd. Rak wydał jak na razie dwie powieści, a jego opowiadania nie były jakoś specjalnie znane i promowane. Osoby mocno siedzące w fantastycznych periodykach znały go i doceniały, ale tak poza tym to mało kto go czytał. Ja też pozwałem względnie późno.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén