Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Drobnomieszczańska apokalipsa, czyli „Wielkie solo Antona L.” Herberta Rosendorfera

Bywają książki, które chodzą za człowiekiem – gdzieś, kiedyś przez kogoś wspomniane, a potem powracające co jakiś czas w rozmowach lub przypadkach. W moim przypadku nie ma chyba żadnej innej, która by tak długo za mną podążała jak Wielkie solo Antona L. O powieści Herberta Rosendorfera usłyszałem pierwszy raz kilkanaście lat temu na pewnym forum, o ile mnie pamięć nie myli, przy okazji dyskusji o filmie i książce Jestem Legendą. Wiosen minęło wiele i dopiero za sprawą lokalnej biblioteki tułaczka dobiegła końca.

wielkie solo

Anton L. to człowiek, eufemistycznie rzecz ujmując, niezbyt wybitny. Wyróżnia się głównie neurotyzmem i przekonaniem o swej wyższości nad innymi. Wydaje mu się, że kobiety się w nim kochają, choć dowodów na to nie ma żadnych. W pracy obowiązków stara się unikać, a odwaga mu nie służy. Do tego ma bardzo poważny problem z higieną osobistą, który sprawia, że współpracownicy z sił wszech starają o przeniesienie do działu innego. Jednak to właśnie on, w nocy z 25 na 26 czerwca, zostaje ostatnim człowiekiem na Ziemi. Jedną z pierwszych rzeczy, które robi jest upicie się do nieprzytomności.

Spójnie z tytułem, Wielkie solo Antona L. protagonistą stoi. Herbert Rosendorfer wykreował antybohatera dość oryginalnego – na pierwszy rzut oka przeciętnego urzędniczynę w oczy się nie rzucającego, ale tak naprawdę egocentryka z całym zestawem wad i dziwactw. Do pewnego stopnia przypomina Chrysowalantisa z powieści Makisa Tsitasa, ale jest postacią lepiej wykreowaną. Od początku nie ma bowiem wątpliwości, że jest to maluczki ekscentryk, który wśród czytelników może budzić nie tylko odrazę, ale i drobinki pożałowania. Do tego nie jest mizoginem – jego poczucie wyższości ma charakter osobowy, a nie płciowy. Innymi słowy, równie nieuprzejmie traktuje niemal wszystkich dookoła. Momentami można nawet odnieść wrażenie, że gdzieś tam w środku kryje się choć odrobina przyzwoitości.

wielkie solo

Tak jak Anton jest nietypowym protagonistą, tak Wielkie solo Antona L. to nietypowa postapokalipsa. Na okładce stoi napisane, że powieść Rosendorfera to „swoista robinsonadą”, ale głównemu bohaterowie zdecydowanie daleko do zaradnego marynarza z Hull. Ostatniemu człowiekowi na Ziemie zależy na przeżyciu, ale początkowo podchodzi do tego w sposób zdezorganizowany i z pewną dezynwolturą. Po przeprowadzce do hotelu jego głównym napojem staje się szampan, a od prób rozwikłania apokaliptycznej tajemniczy czy też wypraw w poszukiwaniu innych ocalałych, woli tropić korespondencję pewnego stowarzyszenia skupionego wokół pewnej księgi, która niegdyś należała do asasynów. Uczy się co prawda strzelać z broni palnej i prowadzić samochód, ale zaczyna dyskutować z pewnym pomnikiem i królikiem imieniem Jacob.

Budowniczy ruin Rosendorfera charakteryzował się intensywnym spiętrzeniem narracyjnym i namnożeniem niepowiązanych ze sobą historii pobocznych. Wielkie solo Antona L. jest pod tym względem podobne, ale tu wątki powiązane są z głównym bohaterem. Narrator ma tendencję do dygresyjnych retrospekcji wyzwalanych przez jakiś drobiazg zauważony przez Antona lub jego skojarzenie. Forma trzecioosobowa sprawia, że trudno określić, czy jest to odbicie refleksji protagonisty, czy też zabieg czysto autorski. Częstotliwość takich fragmentów i ich objętość potrafią wytrącić z czytelniczej równowagi, zwłaszcza że nie zawsze mówią coś nowego albo i ciekawego o wielkim soliście. Bywają za to zabawne, gdyż Austriak ma talent to zjadliwego opisywania ludzkich słabostek. Ciekawie, a wręcz autotematycznie, wypada wątek poszukiwania pewnej książki, a właściwie to Książki.

wielkie solo

Wielkie solo Antona L. to dygresyjna, drobnomieszczańska i ironicznym humorem naznaczona wersja postapokalipsy. Antybohaterskiego protagonistę ciężko polubić, ale trudno odmówić Rosendorferowi kunsztu w jego kreacji. Od pierwszego wydania powieści Austriaka minęło lat ponad czterdzieści, ale nadal pozostaje ona jedną z najbardziej oryginalnych wizji końca ludzkości. No, to teraz z przeleżałych postapokaliptycznych zaległości została mi jeszcze Kantyczka dla Leibowitza.

Wyobrazić sobie człowieka, który nie interesuje się piłką nożną, byłoby dla Derendingera niemożliwością. Czwarty wymiar także można sobie uzmysłowić tylko teoretycznie i to z wysiłkiem – nie sposób mieć jego zmysłowego wyobrażenia. Abstynent w sprawach piłki byłby dla Derendingera dziwolągiem, istotą wyimaginowaną. Stąd też kobiety były dla niego dziwolągami, nawet jeśli dokładały starań, by polubić piłkę nożną, ponieważ zwyczajnie nie są one zdolne zapałać przepełniającą serce namiętnością do tego sportu.

Poprzedni

Promując perełki z Czerwonaka, czyli wywiad z Bartoszem Zujewskim z wydawnictwa Vesper/In Rock

Następny

Wykresy, arkusze i wnioski, czyli wyniki ankiety blogowej

Komentarzy: 6

  1. awita

    O Rosendorferze usłyszałam dopiero przy okazji wznowienia „Budowniczego ruin”. Ciekawią mnie zarówno formalne gry literackie, jak i tematyka postapokaliptyczna. Nie wiem jednak, czy sięgnę po „Wielkie solo”, ale super, że napisałeś i doceniłeś oryginalność twórcy.
    Chodzą za mną inne powieści postapokaliptyczne, muszę koniecznie dokończyć trylogię Margaret Atwood (cykl MaddAddam), został mi trzeci tom. Czy polecasz jeszcze jakieś książki o tej tematyce?

    • pozeracz

      Ach i och, oczywiście! Ja też zresztą mam MaddAddam do dokończenia, ale na razie tylko tom pierwszy mam na koncie.

      Na pewno polecam mocno polecam Octavię E. Butler i jej „Przypowieść o siewcy” oraz „Przypowieść o talentach”. Nawet udało mi się kiedyś zrecenzować jedną z nich dla Poltera: https://polter.pl/ksiazki/Przypowiesc-o-siewcy-Octavia-E-Butler-c23872

      Oryginalne podejście zaprezentował też Max Brooks w „World War Z”. Nie znoszę zombie, ale tu akurat nawet mi nie wadziły.

  2. Pamiętam dobrze nazwisko tego jegomościa, bo kojarzę go za sprawą wspomnianego „Budowniczego ruin”. Jeśli chodzi o „ciężkość” stylu (dygresyjność i wielowarstwowość) to odrobinę kojarzy mi się z Carlo Emilio Gaddą, włoskim pisarzem, z którym miałem styczność, dzięki serii Proza Światowa Państwowego Instytutu Wydawniczego (w ramach tej serii wydano właśnie „Budowniczego ruin”).

    Natomiast sam bohater przywiódł mi na myśl Austina Gibsona Greya z powieści „Przypadkowy człowiek” autorstwa Iris Murdoch – pan Grey to także niezbyt rozgarnięty człowieczyna, którego w dodatku prześladuje pech, a mimo doznawanych niepowodzeń ma bardzo wysokie mniemanie o sobie.

    • pozeracz

      Domyślam się, że Grey to wcale nie jest przypadkowe nazwisko? Ciekawe, że w polskiej literaturze dość rzadko stosuje się „telling names”.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén