Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Inaczej acz tak samo, czyli „Wzlot i upadek D.O.D.O.” Nicole Galland i Neala Stephensona

Co prawda na blogu pełnotekstowo zagościł tylko raz, ale Neal Stephenson jest jednym z moich ulubionych autorów. Jest to pisarz dość specyficzny z barokowym niemal umiłowaniem do szczegółu i edukowania czytelników, ale i potrafiący stworzyć porywającą, intelektualnie stymulującą historię. Czasem jednak szczegół przeważa nad opowieścią, co prowadzi do znużenia. Jednak Wzlot i upadek D.O.D.O. za sprawą autorskiego podwojenia zapowiadał odmianę.

Wzlot i upadek D.O.D.O

Gdy Melisande Stokes staje przed wyborem pomiędzy akademicką pracą lingwistyczną dla szefa-seksisty i do tego za marne pieniądze a tajnym i intratnym zleceniem dla rządowej agencji reprezentowanej przez niczego sobie wyglądającego Tristana, nie zastanawia się zbyt długo. Żadna klauzula tajności jej nie odstraszy. Jej obowiązki na początku polegają na tłumaczeniu nietypowych dokumentów z przeróżnych epok. Z pewnym zdziwieniem odkrywa, że wszystkie traktują w mniejszym lub większym stopniu o magii. Już niedługo wraz z Tristanem zetknie się z magią aż nazbyt osobiście.

Zmian nie brakuje, a niektóre z nich widoczne są na pierwszy rzut oka. Tą pierwszą jest forma – otóż Wzlot i upadek D.O.D.O. to powieść epistolarno-nowoczesna. Całość narracji przedstawiona jest w formie pamiętników, zapisków, maili, logów i tym podobnych. Wydarzenia przedstawiane są z perspektywy wielu postaci, także trzecioplanowych, ale to Melisande gra tu pierwsze skrzypce. Jednak namnożenie punktów widzenia pozwala czytelnikowi uzyskać lepszy obraz momentami nieco zawiłej fabuły, a autorom podrzucanie drobnych podpowiedzi (ach, królestwo i pół córki za zgrabny odpowiednik angielskiego foreshadowing!). Zabieg ten pozytywnie wpływa też na dynamikę akcji, ale niestety nie w całej powieści.

Wzlot i upadek D.O.D.O

Wzlot i upadek D.O.D.O. stanowi też częściowe odejście od tak lubianego przez Stephensona zasypywania czytelnika ogromem informacji, detali i ciekawostek. Nie jest to co prawda zwrot o 180 stopni, więc tych elementów nie brakuje, ale intensywność zarzucania nimi zdecydowanie zmalała. Miłośnicy tego aspektu, zwłaszcza w odmianie historycznej, powinni jednak nadal być zadowoleni – będzie okazja dowiedzieć się o tym, że Irlandia miała swego czasu swą Królową Piratów, czy też zajrzeć do Konstantynopola na chwilę przed jego upadkiem. Trudno co prawda orzec, czy to na pewno jej zasługa, ale wraz z Nicole Galland proza Amerykanina zyskała na dynamice (choć nie oznacza to wcale, że akcja ciągle pędzie na złamanie karku). Pod kątem kreacji postaci powieść wypada poprawnie. Jest tu nieco gry na kliszach, ale dopasowanych do konwencji, a całość wypada przekonująco.

Wspomniany wcześniej skutek wiąże się z jedyną poważną wadą książki. Otóż Wzlot i upadek D.O.D.O. nieco ucierpiał z powodu wspomnianego wcześniej zwielokrotnienia – spowodowało ono bowiem oddalenie czytelnika od postaci. Dynamika uległa poprawie, ale trudniej kibicować bohaterom, który gubi się z oczu. Melisande poświęcone jest najwięcej miejsca, ale i ona znika, czasem na dłuższy czas i w kluczowych momentach. Wciągnięcie się w akcję oraz nawiązanie więzi z protagonistami utrudnia też zbyt duży nacisk położony na ukazanie absurdów biurokracji. Jest to zrobione z humorem i odpowiednią dawką złośliwości, ale przeciąga się i wchodzi w paradę zagęszczaniu fabuły. Choć trzeba też dodać, że te administracyjne ambarasy odgrywają w opowieści rolę niepoślednią i są z całością zgrane.

Wzlot i upadek D.O.D.O.

© Christopher Michel

Wzlot i upadek D.O.D.O. to powieść, z której oceną końcową mam pewien problem. Otóż ocena zdroworozsądkowa rozbiega mi się z tą czytelniczo-frajdową. Biorąc pod uwagę części składowe – mniejszą intensywność info-dumpów czy też większą dynamikę – całość powinna podobać mi się zdecydowanie bardziej. Może to wina namnożenia perspektyw, a może mego rwanego i rozciągniętego czytania, ale do zachwytów mi daleko. Choć i tak w mojej ocenie wypada znacznie lepiej od REAMDE.

Drzwi były lekko uchylone. Przeważnie trzymał je otwarte na oścież, żeby każdy, kto przechodzi, widział jego ego-ścianę obwieszoną dyplomami, medalami i listami pochwalnymi, których się dosłużył, uczciwie lub nie. A kiedy nie stały otworem, zamykał je na klucz i wieszał tabliczkę, która 48-punktową Lucidą Blackletter obwieszczała „PROSZĘ NIE PRZESZKADZAĆ”, byśmy wszyscy zdawali sobie sprawę, jak ekskluzywna jest możliwość przebywania w jego towarzystwie.

Poprzedni

Szukając i gubiąc siebie, czyli „Madame Zero i inne opowiadania” Sarah Hall

Następny

Dla przyjemności i z przyjemnością, czyli wywiad z Anna Karczewską z Książki kupuję kameralnie

6 Comments

  1. Czyli, zważywszy na to, że „Reamde” pokonało mnie definitywnie po 80 stronach, chyba zaczęcie od „Wzlotu…” nie jest najgorszym pomysłem.

    Czy ta narracja jest taka jak u Brunnera?

    • pozeracz

      Hmmm… Brunnera czytałem tylko „Wszyscy na Zanzibarze” i wydaje mi się, że u Stephensona i Galland jest bardziej zmiennie i dynamicznie.

  2. Nie znam ale skoro ulubiony to może czas się zapoznać z nim 🙂

  3. Mam tę książkę na oku od pewnego czasu, a Twoja recenzja utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto ją przeczytać. Ten brak silnej więzi między czytelnikiem a bohaterką absolutnie mi nie przeszkadza, ponadto bardzo lubię eksperymenty literackie (sporo literatury japońskiej pisanej jest właśnie w postaci wycinków z dzienników czy pamiętników). Podoba mi się też samo wydanie powieści, dlatego będę polować na jakąś dobrą promocję 😉

    • pozeracz

      Te nowe wydania Stephensona zdecydowanie robią pozytywne wrażenie. Ja właśnie swego czasu trafiłem na promocję. Zresztą pod tym kątem mam do tego autora szczęście – „REAMDE” kupiłem za dyszkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén