Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Za hajs czytelnika baluj, czyli odpowiedzialność wydawcy

Już bardzo dawno nie marudziłem Wam na tematy ogólnoksiążkowe. Pora najwyższa to zmienić. Okazja do tego jest wyborna, bo temat niniejszy chodził za mną od czasu pewnego, a zamieszane wokół książki w tytule wpisu w sposób oczywiście aluzyjny wspomnianej stanowi doskonałą okazję, żeby w końcu ze sprawą się zmierzyć. Chodzi mianowicie o odpowiedzialność wydawcy, którą chciałbym na przykładach rozważyć wraz z Wami od strony nie tylko formalnej, ale i… moralnej.

odpowiedzialność wydawcy

Ku kontrastowi i wyciszeniu…

Zacznę jednak niecnie, bo od zachęcenia do zapoznania się z lub przypomnienia sobie pewnego mego wpisu sprzed lat ponad dwóch. We wpisie O korzyściach z postrzegania książki jako produktu, czyli czytelnik jako konsument koncentrowałem się na punkcie widzenia czytelnika i jego praw jako nabywcy. Kluczowym i najciekawszym przykładem były poczynania Pawła Pollaka, który to uzyskał zwrot pieniędzy z tytułu wadliwego tłumaczenia Marsjanina Andy’ego Weira. Po zgłoszeniu sprawy do rzecznika Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznane zostały jego racje, gdyż wydawca nie dochował odpowiednich standardów. Niestety, blog od pewnego czasu dostępny jest tylko dla czytelników zaproszonych, więc linkować nie mam gdzie.

Jednak do meritum wracając, od tamtego czasu nazbierało się wiele przykładów podobnych partactw, ale praktyka wydawnicza ni czytelnicza zmianie nie uległa. Nie tak dawno temu wydawnictwo WasPos dopuściło się okropnego tłumaczenia Baśni braci Grimm, które to na części pierwsze rozłożyła Eliza Karmińska, tłumaczka, profesorka nadzwyczajna Wydziału Neofilologii UAM specjalizująca się w przekładzie niemiecko-polskim. Zachęcam mocno do lektury, bo sprawa jest o tyle ciekawa, że wygląda na to, że poza potworkami przekładniczymi wydawnictwo mogło też zwyczajnie złamać prawo, gdyż nie tylko skorzystało z przekładu Jacka Zipesa bez informowania o tym odpowiednio, ale też dopisało do niego niemałe co nieco od siebie. Co prawda nakład został wycofany, ale ciekaw jestem, jak sprawa potoczy się dalej i czy ktoś za to odpowie.

odpowiedzialność wydawcy

… nieco architektury w czerni i bieli

Na poletku komiksowym swego czasu głośno zrobiło się o nieudolnym manewrze wyprzedzającym ze strony wydawnictwa Ultimate Comics, które na fali popularności serialu Riverdale postanowiło w tempie ekspresowym wydać komiks Archie. Pośpiech, jak to zwykle bywa, okazał się być niewskazany i zaowocował poważnymi błędami w tłumaczeniu oraz marnym liternictwem. Ciekawych szczegółów odsyłam do filmiku Ichaboda. Co jednak zrobiło wydawnictwo? Zorganizowało „konkurs” na szukanie błędów we własnym komiksie. Co prawda później ukazało się wydanie drugie, poprawione, ale dla mnie jest to przykład praktyki niedopuszczalnej. Co ciekawe – wydawnictwo, które miało oryginalnie komiks ten wydać, też wywinęło numer – zapowiedziało wydanie, ale potem zamilkło i w dodatku nie wydało też Wojowniczych Żółwi Ninja, za które to zgarnęło przedpłaty. Taki myk, ale tu już niemal kryminalny.

Przykłady powyższe (oraz wiele innych) podpadają jednak po kategorię, którą roboczo mogę nazwać „formalną” – marnego tłumaczenia czy kiepskiego wydania nie ma się jak wyprzeć. Kwestią otwartą pozostaje tu reakcja czytelników/nabywców, która – niestety – ogranicza się do wyrażenia swojego oburzenia. Szkoda, że więcej osób nie idzie w ślady Pawła Pollaka. Poza tym wydawcy odpowiadają za swoją pracę przed prawem i ramienia różnych kodeksów mogą być pociągane do odpowiedzialności za naruszenia czyichś dóbr osobistych (artykuł 23 i 24 Kodeksu Cywilnego) czy też – jakby smutne to często nie było – za obrazę uczuć religijnych (artykuł 196. Kodeksu Karnego). Rozstrzyganie w takich procesach nie jest jednak proste, a wiele zależy od interpretacji. Ciekawych zapraszam do krótkiego omówienia kilku przykładów z USA i Polski.

odpowiedzialność wydawcy

Jednak pozostaje jeszcze materia dużo bardziej problematyczna. Brutalna praktyka jest bowiem taka, że co nie jest nielegalne, jest dozwolone, a mało kto przejmuje się etyką. I tu właśnie na scenę wpada, niczym śliwka w szambo, Za hajs matki baluj. Książka wycofana przez wydawnictwo po dwóch dniach. Powodem była ponoć „jednoznaczna negatywna opinia o publikacji wśród dziennikarzy, specjalistów, a przede wszystkim internautów”. Żenujące tłumaczenie wydawcy i nieco więcej szczegółów możecie znaleźć na przykład na stronie Dziennika Zachodniego. Szczerze? Nie wierzę w ni słowo. W tle musiały być jakieś potencjalne konsekwencje prawne, gdyż jakoś nie wydaje mi się, żeby wydawca tak łatwo spasował. Zwłaszcza, że jest to samo wydawnictwo, które wydaje książki Blanki Lipińskiej – nieświadomym przypomnę zaś, że w debiucie tejże autorki, 365 dni, na drugiej stronie czytelnik napotkać może scenę zmuszenia stewardessy do seksu oralnego. O szkodliwości tej książki i portretowania w niej seksu pisze Matka Przełożona. A co ze bełkotem Beaty Pawlikowskiej i jej wynurzeniami na temat depresji? A co z pseudonaukowymi matactwami doktora Zięby? Ten drugi co prawda w zasadzie sam sobie wydaje książki, ale na przykład na Ceneo można je znaleźć w kategorii Podręczniki akademickie >> Nauki medyczne.

Tu właśnie zaczynają się problemy, a gdzieś z tyłu głowy majaczy obawa z etykietą „cenzura”. Cóż bowiem można zrobić w takich sytuacjach? Przyznam, że ja mam z tym spory problem i wychodzi mi na to, że jedynym rozwiązaniem jest poleganie na etyce wydawcy oraz/lub dystrybutora. Nie należy bowiem też zapominać o tym, że oporów przed dystrybucją instagramowego wykwitu Edipresse nie miał Empik, Świat Książki czy też internetowy sklep Znaku. Książka Pawlikowskiej nadal jest wszędzie dostępna. O ile mi wiadomo, prawnie nie da się Pawlikowskiej nic zarzucić – nie narusza ona niczyich dóbr, nie łamie prawa autorskiego. A że zaszkodzić może? Trudno. Nie chciałbym jednak zmiany prawa na bardziej restrykcyjne, gdyż byłby to miecz obosieczny i jestem przekonany, że dużo więcej byłoby przypadków nadużywania go niż wykorzystywania go w celach słusznych. O ile więc nie uznamy czytelników za półgłówków niezdolnych do podejmowania racjonalnych decyzji, którym trzeba odebrać możliwość wyboru (poprzez prawne prawidła właśnie), to właśnie w ich rękach jest władza. Jeśli nagle sprzedaż wspomnianych zgniłków spadłaby do wartości przyzerowych, wydawcy nie wydawali by kolejnych. To bardzo proste. I jednocześnie niemal niemożliwe. W czytelniczych rękach pozostaje jeszcze jedna ważna waluta – zaufanie. Mam jednak mocne wrażenie, że tym akurat muszą się przejmować głównie mniejsi wydawcy podchodzący do czytelników z troską, a nie masowo.

odpowiedzialność wydawcy

Bardzo pożeraczowy ten wpis – pomarudziłem, podeliberowałem, powytykałem, a konkretnych wniosków brak. Jednak by Pożeracza tradycji stało się zadość, o odpowiedzialność wydawcy muszę spytać i Was. Macie własne przykłady wydawniczej nieodpowiedzialności? Jak Wy się zapatrujecie na ewentualne obostrzenia prawne? Widzicie szanse na zmianę postaw konsumenckich? A może wszystko jest w porządku?

Konsument, gdy wie, że to jest w modzie
Rozmawia o wojnie na Wschodzie
Mówi to, co słyszał w radio i z gazety
Czy konsument to ty?

Tak im zależy, byś ty był konsument
Nie myślał, działał jak instrument
Bo konsument mówi, że je, aby jeść
Więc pomyśl czy jesz, aby jeść?

[KULT, Konsument]

Poprzedni

Bez zgody na bierność, czyli „Polska odwraca oczy” Justyny Kopińskiej

Następny

Tytuł aż nazbyt trafny, czyli „Delirium w Tharsys” Wiktora Żwikiewicza

Komentarzy: 29

  1. Proszę bardzo: Wydawnictwo MG wydało „Braci Karamazow” w wersji skróconej. Powód banalny – skorzystali z zamierzchłego przekładu, a więc bez konieczności płacenia tłumaczowi. Wiele osób nie miało o tym pojęcia, czytali Dostojewskiego, nie zastanawiali się nad przekładem. Szerzej tę sprawę omawiał Marlow. Kilka lat temu, ale książka nie została, o ile mi wiadomo, choćby opatrzona jakimś komentarzem… http://galeriakongo.blogspot.com/2014/11/ile-jest-warta-tak-zwana-wspopraca-z.html?m=1

    • pozeracz

      Ach! Zapomniałem napisać o MG właśnie, gdyż o podobnym procederze ze strony tego samego wydawnictwa pisała też Hadyna: http://rozkminyhadyny.blogspot.com/2019/01/-Nedznicy-Victor-Hugo.html

      Dla mnie to w ogóle podpada pod niezgodność towaru z opisem, ale ze mnie prawny laik.

      • Widzę, że już zostało dopowiedziane za mnie 🙂 Ale wszystkie wymienione przez Ciebie przykłady znam i śledziłam.

        Przykro się człowiekowi robi, ale jak piszesz, nie ma innej drogi jak etyka z jednej strony, zaufanie i uważne wybory z drugiej.

        • pozeracz

          „Wszystko jest w naszych rękach” powinno być pozytywną konstatacją, ale w tym przypadku jakoś trudno mi o optymizm.

    • Eh, a tak się cieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że MG wznawia „Nędzników”, a tu takie rozczarowanie. Wcześniej MG wydało również okrojoną wersję „Wielkich nadziei” (https://miedzysklejonymikartkami.blogspot.com/2018/09/364-wielkie-nadzieje.html?m=1). Szkoda, duża szkoda. Jako czytelnik straciłam zaufanie do tego wydawnictwa.
      W ogóle mam takie wrażenie, że klasyka jest traktowana przez wydawnictwa po macoszemu, byleby tylko zarobić na tym gronie czytelników, którzy lubią mieć na swoich półkach wybitne, literackie dzieła: albo coś skrócą, albo wydają książkę bez korekty. W zeszłym roku Zysk i S-ka wznowili „Wojnę i pokój” Tołstoja. Okładki obu tomów – przepiękne. Ale środek – byk na byku bykiem pogania.

      • Dostałam od MG to wydanie ‚Wielkich nadziei’ i nie wiem czy jest całe, czy okrojone. Szukałam w książce i nie ma.

      • pozeracz

        Pokutuje tu podejście „po taniości”. Wydawnictwa wiedzą, że niektóre pozycje i tak się sprzedadzą, choć niekoniecznie świetnie. Bo a to lektura, a to klasyk, a to ktoś wróci… Więc wydają tak, by zaoszczędzić. Na całe szczęście nie wszyscy tak robią i zdradzę po cichu, że niedługo na blogu znajdzie się wywiad z kimś z wydawnictwa, które ma podejście odwrotne.

        A co to za błędy w tym Tołstoju?

        • Cała masa literówek, zapomniane spacje, które tworzą ogrom „neologizmów”. Zdaję sobie sprawę, że wynika to – tak jak mówisz – z podejścia „po taniości” i pewności, że przecież książka na pewno się sprzeda, ale i tak boli mnie to. Pocieszająco więc brzmi, że są wydawnictwa, które mają trochę inne priorytety 🙂

          • pozeracz

            Są, są. I wart wspierać je albo portfelem, albo choć dobrym słowem, nawet socialmediowym.

  2. Moralność i etyka to nie to samo, to po pierwsze. Po drugie, jaka/czyja moralność, kto miałby ustalać jej zasady? Po trzecie i najistotniejsze, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze więc „nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów”. Ciemny lud wszystko kupi a nieliczni zdegustowani są nieistotną grupą z punktu widzenia wydawnictwa. Co do praktyk wydawnictwa MG, to na swój sposób jest ono uczciwe, po prostu wybiera te tłumaczenia obcej klasyki, za które nie musi płacić tantiem – przecież nie twierdzi, że to kongenialne przekłady. Jeśli chodzi o „Nędzników” to przecież wydawnictwo informuje, że korzysta ze skrótu „Iskier” z 1951 r. więc nabywcy jeśli mają pretensje, to powinni mieć je do siebie za kupowanie w ciemno.

    • pozeracz

      Że też mię coś podkusiło… Zapomniałem, że słowo „moralność” działa na niektórych jak płachta na internetowego byka. Nie chcę się bawić w jałowe dyskusje i nie mam ochoty tłumaczyć, że rozumiem, że moralność i etyka to nie samo. Czy bez definicyjnego babrania się i biorąc potoczne rozumienie, nie można przyjąć, że to to nieetyczne raczej nie jest moralne? A „na swój sposób”, to można bardzo wiele usprawiedliwiać.

      • Na mnie, przyznaję, działa jak płachta na byka szafowanie słowami bez przywiązywania uwagi do ich znaczenia. Oczywiście, wszystko można, tylko sprawa Pawła Pollaka o której wspominasz, nie była rozpatrywana w kategoriach moralności/etyki (niech będzie) tylko naruszenia prawa (pomijam jego krucjatę przeciwko grafomanom bo ta z kolei powinna być rozpatrywana w kategoriach estetycznych).

        • pozeracz

          Krótkie pytanie: czy żerowanie na naiwności czytelników uznałbyś za moralne? Według Twojego systemu moralnego.

          • Mój system moralny nie ma tu nic do rzeczy, na podstawie czego miałbym mieć moralną wyższość osądu takich praktyk. Owszem, nie pochwalam takich praktyk ale też biorąc pod uwagę popularność szmir, nie rozdzieram nad nimi szat, bo generalnie nie odbiega ją one od zapotrzebowania czytelników. Polecam uwadze na przykład blog „Literacki blog Cyrysi” i jego popularność 🙂

          • pozeracz

            Ale czy zaraz musi być wyższość? Ale zgadzam się – gdyby się nie sprzedawało, to by nie było wydawane. Zależność jest prosta.

            Ha, popularność rzeczywiście spora, ale chyba daleko poza moją bańką. Ale mogę przynajmniej poznać całą furę wydawnictw, o których istnieniu też nie wiedziałem. Ale najbardziej zaszokowało mnie to, że ona korzysta nadal i to aktywnie z Google+ o_0

  3. Tak pokrewnie, ale była przecież afera z wydawnictwem Bellona, gdy wydali książkę „ciężko chorej trzynastolatki”, która to książka okazała się plagiatem, kopiującym słowo w słowo blog z fanfikiem pewnej dziewczyny.

    Plus dotąd wydają przecież książki o Wielkiej Lechii 😉

    • pozeracz

      O, coś mi dzwoni z tym plagiatem – chyba czytałem o tym kiedyś, ale pewien nie jestem. Za to przypomniałem sobie, jak Zwierz Popkulturalny wytropił plagiat w książce Wojciecha Kałużyńskiego „Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce. Artyści, Miejsca, Skandale”. Można ją nadal kupić. Ciekawe, czy autora spotkały jakieś konsekwencje.

      A był przecież i nas as wywiadu, Wojciech Sumliński, też niezłe cuda wyczyniał.

  4. Ha, kolejny tego wpis i kolejny raz uświadamiam sobie jak wiele nowości i newsów mnie omija 😉 O książeczce „Za hajs matki baluj” w ogóle nie słyszałem i dzięki za zwrócenie na nią uwagi – naprawdę niezły kwiatek! Wydaje mi się, że nie ma co zbytnio płakać nad powstaniem tego typu dziełka – najwidoczniej jest zapotrzebowanie na tego typu płody. A ilekroć widzę podobne historie to zastanawiam się, co jest lepsze – krytyka, wytykanie słabości i szkodliwości, nawoływanie do omijania szerokim łukiem czy wręcz przeciwnie, tj. spuszczenie zasłony milczenia. W końcu im więcej o danej książce piszemy, mówimy, dyskutujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że znajdą się ludzie, którzy na własnej skórze zechcą się przekonać, czy tytuł jest faktycznie tak słaby. W ten sposób takie hity jak wspomniane „365 dni” stają się faktycznymi bestsellerami – część czytelników sięgnie z ciekawości i by wyrobić sobie własną opinię, część z góry powziętym założeniem, by przeczytać i skrytykować (nieco się w ten sposób dowartościowując), a reszta czyta, bo inni to robią. I biznes się kręci – na Lipińskiej niemal wszyscy wieszają psy, ale co autorka zarobiła to zarobiła. Dlatego ja trzymam się idei, że jeśli coś jest naprawdę żenująco słabe, to lepiej w ogóle o tym nie wspominać.

    • Beatrycze

      Coś jest z tą ciekawością – wskutek przeczytania tego wpisu zajrzałam na podlinkowaną notkę o książce Lipińskiej a potem na to, jak ją omawiają na „Niezatapialnej Armadzie…” – sam początek, bo potem mi się znudziło. Z drugiej strony – hmm – to jest pocieszno-żałosny produkt książkopodobny, ale z drugiej strony robić analizę spójności i literackiej jakości czyichś fantazji erotycznych to chyba trochę strata czasu. To tak, jakby krytycy filmowi z pełnym zadęciem oceniali tanie porno pod względem jakości fabuły i rzemiosła filmowego.

      • pozeracz

        Porównanie ciekawe, ale według mnie nie do końca trafione. Tanie porno nie trafia do Empików na eksponowane półki, nie jest przejmowane przez Agorę i z jego a(u/k)torami nie przeprowadza się wywiadów w wysokonakładowych czasopismach. Poza tym o szkodliwości coraz szerszego dostępu do pornografii z jednoczesnym zaniedbaniem edukacji seksualnej jak najbardziej się mówi. Tak samo powinno się, według mnie, mówić o szkodliwości takiego ukazywania relacji męsko-damskich.

        • Beatrycze

          Hehe, mnie po prostu trudno traktować takie „relacje damsko-męskie” poważnie i w związku z tym trudno mi wyobrazić sobie kogoś, kto by do tego podszedł jak do, bo ja wiem jakiegoś drogowskazu życiowo-uczuciowego.
          Ale z drugiej strony, głupota ludzka jest nieskończona…

          • pozeracz

            Hmm… Nawet ja nie przypuszczam, że wiele osób świadomie weźmie sobie „365 dni” za związkowy kompas, ale powielanie takich schematów i pokazywanie ich w pozytywnym świetle nakłada się i zazębia z innymi przesłaniami, nastrojami i innymi ideologiami.

  5. Właśnie o tym piszę, że wszelkie analizy, rozważania, oceny, itd., tylko nakręcają spiralę zainteresowania daną pozycją, niezależnie od tego, jak ona jest słaba – im więcej będziemy o danym tytule pisać, tym większa szansa, że więcej czytelników po niego sięgnie. Jak słusznie zauważyłaś, raczej żaden poważny krytyk filmowy nie ocenia filmów porno (chociaż i tam są jakieś nagrody branżowe) i wg mnie podobnie powinno być z książkopodobnymi produktami – przemilczmy ich istnienie, nie kupujmy ich, nie wspominajmy o nich, a siłą rzeczy takie potworki znikną z rynku.

    • Nie zgodzę się z Tobą. Książki, o których wspominamy, mają na ogół dużą kampanię promocyjną (patrz: Lipińska, Michalak). Duża część blogosfery to małe blogi bardzo aktywnych użytkowniczek, które żyją dzięki egzemplarzom recenzenckim i wymienianiu się komentarzami. Nie chcąc tracić egzemplarzy z danego wydawnictwa, nie napiszą negatywnej recenzji, a często nawet gorzej – te książki naprawdę im się podobają, bezrefleksyjnie.

      Stąd im więcej osób takich jak Pożeracz o nich pisze, tym większa szansa, że informacja dotrze do szukającego opinii czytelnika i powstrzyma przed kupnem 😀

      Plus negatywna popularność niekoniecznie jest wydawcom na rękę generalnie.

      • Ok, rozumiem Twój punkt widzenia, ale wydaje mi się, że nie możemy zabronić czytania tego typu książek w ogóle. Istnieje grupa czytelnicza, która zwyczajnie takie lektury lubi i wg mnie jej przedstawiciele/przedstawicielki i tak sięgną po panią Michalak czy Lipińską, niezależnie od tego, jak bardzo krytycznie się o nich wyrazisz. Ale w momencie kiedy zaczynasz poświęcać swój czas na krytykę, analizy, wszelakiej maści krucjaty niejako sygnalizujesz, że dana pozycja zasługuje na to, by się na jej rzecz zaangażować. Owszem, robisz czarny PR, ale wg mnie poprzez takie działanie wielu czytelników, którzy potencjalnie danym tytułem nie byliby zainteresowani, sięgną po niego z czystej ciekawości, żeby przekonać się czy masz rację. A w momencie, gdy postanowimy się zignorować dane dziełko, to na jego lekturę skuszą się główni ci, którzy taką literaturę znają i lubią oraz osoby łatwe do zmanipulowania i podatne na reklamę (a moim zdaniem wyrobiony czytelnik raczej na reklamowe kampanie nie daje się nabrać).

        • Nie mam zamiaru zabraniać – ba, sama lubię czasem poczytać taką makulaturę. Ale jest grupa czytelników, którzy nie wybierają jej w pełni świadomie – widzą reklamę i parę entuzjastycznych recenzji pełnych ochów i achów, więc kupują i kończą rozczarowani (i lżejsi o 30-50 pln). A my, jako recenzenci, mamy jakieś tam zobowiązania wobec czytelników naszych blogów, np. ostrzeganie przed słabymi książkami 🙂

          • pozeracz

            Ja zaś jestem chyba gdzieś po środku. Uważam, że akurat nasz „PR” nie zmienia tu wiele. Jakoś wydaje mi się, że osoby odwiedzające nasze blogi regularnie nie gustują w takich książkach. Jednocześnie osoby szukające informacji przed zakupem raczej nie trafią właśnie do nas, bo w Google w przypadku tak popularnej książki raczej wylądujemy gdzieś daleko.

  6. Jakoś nieszczególnie interesuję się podobnymi sprawami około wydawniczymi – choć pewnie powinnam – ale o książce, której tytuł parafrazujesz w nagłówku, było na tyle głośno, że nawet do mnie dotarła wieść. O Pani Blance też, słyszałam, kliknęłam nawet w krótki filmik, w którym reklamowała swoją książkę, żeby na własne oczy przekonać się o co tyle szumu. W takich sytuacjach zawsze ciśnie mi się na usta jedno słowo (poza tym drugim, niecenzuralnym): Masakra! A potem milczenie i zbieranie szczęki z podłogi.

    • pozeracz

      To nie wyświetlaj sobie jej innych filmików… Ja zrobiłem ten błąd. Że też czasem mnie coś podkusi.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén