Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Życie, śmierć i opowieść, czyli „Ken Follett Filary ziemi”

Na blogu wspominam o tym raczej rzadko, ale komputerowym graczem jestem od dawien dawna. Od Commodore C64 przez GameBoya i granie na Amigach i pierwszych PC u kolegów, aż po własnego, cudnego Pentiuma. Pamiętam zachwyty nad oryginalnym wydaniem Baldur’s Gate z mapą, książką i wielkim pudełkiem – mój pierwszy oryginał. Wiele, wiele godzin spędzonych nad Diablo II czy w Morrowindzie. Niezrównana opowieść z Bezimiennym, komiczne ambicje Guybrusha czy zwiedzenie Azeroth. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, i wymieniać. Ostatnio jednak czasu na granie jest malutko, więc zostały krótkie chwile i Hearthstone na smartfonie. Nieco zdziwiłem się więc mailem od wydawnictwa Techland. Poczytałem jednak nieco więcej o i po chwili zwątpienia zdecydowałem się na ten skok w bok na Filary ziemi.

filary okładka

Dekonstruując Francję, czyli wywiad z Cocteau & Co.

Co prawda nikt nie narzeka w sposób wyraźny ni do mnie docierający, ale w tym miesiącu me pozytywnie promujące zapędy w końcu sięgnęły po kogoś, kto (jeszcze) nie jest weteranem blogosfery o powszechnie wyrobionej marce. Tak się wręcz zapędziłem, że aż popędziłem poza Polskę – choć tylko fizycznie, nie blogowo. Rozmówczynią mą zgodziła się bowiem zostać Ewelina z bloga Cocteau & Co., którego to nazwa nasuwa dość wyraźne skojarzenia geograficzne.

c&c logo

Jednooki król, czyli marketing książkowy

Swego czasu popełniłem wpis traktujący o tym, że czasem warto potraktować książkę jako produkt. Ukochane przedmioty naszego pożądania są bowiem dobrem kultury, ale są także i produktem. W tamtym wpisie skupiałem się na perypetiach Pawła Pollaka skutecznie reklamującego Marsjanina Andy’ego Weira ze względu na marne tłumaczenie. Dziś mógłbym tam jeszcze wspomnieć o tym, jak PWN traktuje swoich redaktorów, ale chciałem dziś nieco pomarudzić na książkowy marketing w niektórych jego przejawach. Coraz częściej odnoszę bowiem wrażenie, że zajmują się tym osoby, które albo są leniwe, albo po prostu nie znają swoich potencjalnych odbiorców.

unsplash marketing stock

Pośród starych (nie)przyjaciół, czyli „Stonewielder” Iana C. Esslemonta

Dość dawno temu wspomniałem o swej słabości do długich serii fantasy i napomknąłem nawet o Malazańskiej Księdze Poległych. Ten dziesięciotomowy cykl poraża ogromem, złożonością, bogactwem oraz… regularnością autora. Steven Erikson niemal rok w rok tworzył tysiącstronnicowe tomiszcza. Z czasem dowiedziałem się jednak, że świat ten był dziełem nie tylko Eriksona, ale też i jego kompana, Iana Camerona Esslemonta, a w powstał w ramach ich wspólnych sesji RPG. Złożyło się bowiem tak, że i ten drugi spróbował swych sił z pisarstwem i mu wyszło. Niestety, w Polsce ta podseria nie cieszy się uznaniem MAGa, gdyż tłumaczenia na razie zatrzymały się na Powrocie Karmazynowej Gwardii. Od czego jednak przyjaciele i ich książkowe współzainteresowania? Oto Stonewielder.

stonewielder okładka

Wbrew cytatom i powrotnie, czyli ponowny wywczas w Zakopanem

Niemal rok temu pożeraczowa familia wybrała się pod samiuśkie Tatry, czyli urlopowała się w Zakopanem. Urlop udał się w stopniu bardzo wysokim, więc w tym tradycja została podtrzymana. Znów względność czasu ujawniła się dobitnie, gdy pobyt dłuższy niż w zeszłym roku zleciał tak samo prędko albo i szybciej niż rok temu. Po raz kolejny pozostały wspomnienia i zdjęcia, ale ciupagi zastąpione zostały przez jedyne i niepowtarzalne kije tatrzańskie™ (sztuk trzy).

dolina pięciu stawów

Strona 106 z 151

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén