Czytelnikiem staram się być ambitnym, ale mam kilka popkulturowych słabości, które bez pudła sprowadzają mnie na rozrywkowe ścieżki. Gwiezdne Wojny to jedna z tych słabostek, a jednocześnie swoiste zwierciadło dla tego, co dzieje się w popkulturze jako takiej. Mimo wielu zawirowań i konsekwencji nadal pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, a wykupienie jej przez Disneya gwarantuje, że szybko to się nie zmieni. Korporacja ta jest co prawda swoistym odpowiednikiem Imperium, ale dla większości fanów jest to sprawa drugorzędna. Liczbą się kolejne filmy, liczy się kanon tworzony przez Lucasfilm Story Group, która dba o spójność i łączliwość wszystkich dodatków do gwiezdnowojennego świata. Teraz zaś pora sprawdzić, jak w to wszystko wpisuje się Kres Imperium Chucka Wendiga.
Przyznam się Wam do pewnego faktu, który mógłby być iście wstydliwy dla stereotypowego samca wychowanego w wieku XX: nigdy nie ciągnęło mnie do westernów. Podobało mi się Siedmiu wspaniałych i zachwycałem się młodzieńczo Złotem Gór Czarnych, ale kowboje i Indianie jakoś nigdy nie zawładnęli moją wyobraźnią. Dlatego też początkowe doniesienia o wznowieniu Na południe o Brazos nie wzbudziły we mnie większych emocji – chyba nawet wcześniej nie słyszałem o tej powieści. Jednak kontakt ze strony wydawnictwa Vesper i wynikające z niego opinii poszukiwanie sprawiły, że postanowiłem dołączyć do Gusa i Calla w ich wyprawie na północ.
Przy okazji wpisu o freudowskiej koncepcji niesamowitości napomknąłem o zamiarze zabrania się za serię wpisów poświęconych motywom literackim. Natężenie recenzencko-wywiadowcze sprawia jednak, że trudno się za taki wpis zabrać. Teraz jednak czytelniczo jestem pochłonięty przez monumentalną powieść Larry’ego McMurtry’ego, więc pisarskie okienko się zwolniło. Z początku spodziewałem się, że trudno będzie mi się zdecydować na temat otwarcia. Jednak me przeczucia nie sprawdziły się i motyw wykrystalizował się prędko. Dziś więc słów kilka(set) o narratorze niewiarygodnym.
W wywiadach i wpisach z pewną regularnością powraca temat branży wydawniczej. Różne bywają zdania, różne okazje, różne podejścia, ale ogólny wydźwięk częściej skręca w pesymistyczne strony. Co ciekawe: ostrożnie optymistyczne pozostają osoby, które w tej branży rzeczywiście siedzą. Moje rozmowy z Wojciechem Sedeńko czy Tomaszem Kołodziejczakiem nie były wcale pełne narzekania czy czarnowidztwa, a raczej realizmu czy wręcz ostrożnego optymizmu. Fantastyka jednak rządzi się swoimi prawami, a ma ciekawość wykracza poza nią, więc postanowiłem skorzystać z okazji i poprosić o rozmowę Anitę Musioł, założycielkę młodziutkiego wydawnictwa Pauza.

Zacznę ten wpis od rzutu okiem za kulisy. Staram się jak mogę unikać takich wpisów, jak ten poniższy – niezbyt konkretnych, bez idei wiodącej i meandrującego. Udaje mi się dość skutecznie, gdyż po ograniczeniu harmonogramu do dwóch wpisów na tydzień najczęściej mam okienka wpisowe zaplanowane z pewnym wyprzedzeniem. Nastało jednak wydarzeniem wiekopomne, które wytrąciło mnie z blogerskiej równowagi i doprowadziło do zamiaru zakłócenia wtorkowo-czwartkowej ramówki. Osoby śledzące pożeraczowy profil facebookowy wiedzą, że niedawno w domostwie mym zjawił się regał. W ten weekend zaś doszło do jego zasiedlenia, co doprowadziło do emergencji licznych przemyśleń, frustracji i ogólnego chaosu.



