W swoim wpisie o zarabianiu na blogu wspominałem o tym, jaki wpływ ma otrzymanie czegoś za darmo na nastawienie otrzymującego. Moje rozważania dotyczyły jednak różnorakich akcji promocyjnych, a przecież głównym dobrem otrzymywanym przez blogera książkowego jest sama książka. Nie wszyscy blogerzy przyjmują książki od wydawnictw, część zaopatruje się w pełni samodzielnie, ale własnooczne obserwacje pokazują, że jest to mniejszość. Taki obserwacje nie są może i wiarygodnym źródłem danych, ale i bez dokładnych cyferek warto sprawie się przyjrzeć.
Epoka romantyzmu jest jednym z najsilniej reprezentowanych okresów w polskiej literaturze. Wieszcz poetę poetą poganiał, a w szkole pozna się i tak tylko ułamek tej przebogatej epoki. Jednocześnie współczesna fikcja bardzo rzadko wraca do równoległego okresu historycznego. Ciekawych rzecz działo się wiele, więc ciekawe, że średniowiecze czy też schyłek Polski szlacheckiej tak bardzo dominują. Krzysztof Piskorski wypełnia nie tylko tę lukę, ale w dodatku wzbogaca niezbyt bogaty dorobek polskiej fantastyki steampunkowej. I robi to w świetnym stylu w Czterdzieści i cztery.
Osoby uważnie czytające wpisy oraz pamięcią obdarzoną lubiącą mało ważne szczegóły mogą wiedzieć, że Pożeracz posiada dwóch potomków. Posiadając tę informację oraz Pożeracza znając (choćby i tylko wirtualnie), z łatwością można wywnioskować, że potomkowie Ci poddawani są bezwzględnej indoktrynacji proksiążkowej. Zameldować mogę, że działania te okrutne przynoszą skutki! Przyznać się jednak też muszę, że trawi mnie uczucie niszczące i bolesne: zazdrość. Zazdroszczę im bowiem, że sam nie mogłem organoleptycznie obcować z tak cudnymi perełkami sztuki książkowo-dziecięcej.
Wojna starego człowieka czytana zaraz po Zoo City stała się dla mnie doskonałą ilustracją pewnego czytelniczego paradoksu oraz tego, jak ważne jest wewnętrzne szufladkowanie. Powieść Lauren Beukes nie wzbudziła we mnie zachwytu, ale rozkładając ją na czynniki pierwsze, dostrzegłem dlaczego mogła się wielu podobać (w tym jury nagrody Arthura C. Clarke’a). John Scalzi poczęstował mnie zaś solidną dawką poczucia humorów i rozrywki – książkę jego autorstwa pochłonąłem ekspresowo (co często mi się nie zdarza), ale oceniając ją na chłodno, nie do końca rozumiem, czemu wzbudziła aż tyle zachwytów.




