Dawno, dawno, dawno temu na blogu niniejszym jednym z bardziej obecnych wydawnictw była Pauza. Ba, był tu nawet wywiad z jej założycielką, Anitą Musioł. Potem nadeszły czasy bezegzemplarzowe i inne wybory, ale nie zmienia to faktu, że najbardziej pozytywnie pokręconą autorką była dla mnie Miranda July. Dlatego też na zeszłorocznych Targach Książki w Poznaniu nie mogłem się oprzeć Na czworakach.

Pewna znana tylko w wąskich kręgach artystka postanawia wybrać się na spotkanie z koleżanką do Nowego Jorku nie jak zazwyczaj samolotem, a samochodem. Taką wyprawą czterdziestopięciolatka chce udowodnić coś nie tylko sobie, ale i bliskim. Jednak już po trzydziestu minutach zbacza z trasy, by zameldować się w przydrożnym hotelu. Tam zaczyna się dla niej podróż zupełnie innego rodzaju — wojaż do własnego wnętrza, poprzez wstyd, namiętność i kryzys.
Na sam początek śpieszę zapewnić fanów i odstraszyć całą resztę: Miranda July nadal tworzy fabuły w ten specyficznie szalony sposób. Na czworakach to powieść o kwestiach ważkich, ale pisarka podchodzi do nich zupełnie bez wstydu, hamulców czy też poczucia przyzwoitości. Jest pewne słowo, które — mimo ambiwalentnego stosunku licznych osób (w tym autora niniejszego wpisu) do niego — siłą wpycha się do tego wpisu: cringe. Wiele osób może w trakcie lektury tej powieści poczuć właśnie to zażenowanie, gdyż główna bohaterka postępuje często w sposób przyprawiające o sromotę i krępację. Momentami zdaje się być zdesperowana i zagubiona, a w kłopotliwe sytuacje pakuje się bez niczyjej pomocy.

Alternatywna okładka autorstwa Niki Usagi
Jednocześnie ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że jest to kreacja sztuczna, wymuszona. Miranda July (która jest także reżyserką, scenarzystką i performerką) znana jest z zamiłowania do autobiografizmu i choć trudno podejrzewać, że w Na czworakach odtwarza swe doświadczenia, to czuć tu pewien autentyzm. Tak w momentach intymnych i krytycznych, jak i ekstatycznych oraz pełnych (auto)refleksji da się odczuć, że jest to perspektywa pełna szczerości. I choć momentami przechodzi od niewiary przez pewność siebie aż do egoizmu i wtedy w czytelniku budzi się współczucie dla jej bliskich, to nie ma tu złych intencji. Natomiast za sprawą pierwszoosobowej narracji te pozostałe postaci zostają przyćmione i widoczne są przez pryzmat protagonistki.
Na czworakach to jednak nie tylko powieść o (bez)wstydzie, ale też — patrząc bardziej uniwersalnie — o poszukiwaniu siebie na nowo. Główna bohaterka z pewnym zaskoczeniem odkrywa w sobie nieznane (lub też nieuświadomione) żądze i namiętności. W życiu często wpada się w różne koleiny czy też automatyzmy i powtarzając codzienność, nawet nie nieznośną, nie dostrzega się zmian w tych dookoła i nas samych. W powieści taki moment zbiega się z diagnozą perimenopauzy, co pozornie zawęża ujęcie i potencjał współodczuwania, ale stanowi perspektywę w literaturze eksplorowaną rzadko. A że niemal każdy z nas doświadczy przekwitania na osobie własnej lub z osobą bliską, to jest to wątek tym bardziej wartościowy.

Na koniec bez większego zaskoczenia, ale z poczuciem satysfakcji donoszę, że Miranda July nie przestała być Mirandą July, a Na czworakach to powieść zabawna, zawstydzająca i zwariowana. Jest to spontaniczna podróż wraz z odkrywającą się na nowo bohaterką, która wciąga w wir swych przeżyć inne postaci i czytelnika.
– Chcę być Stopem – oznajmiła Sonja, nadąsana.
– Za późno – stwierdził Harris. – Nie możesz się zamienić.
W tym momencie wyłączyłam się z rozmowy. Przekaz dotarł. Harris i Sonja byli zrównoważonymi, spokojnymi osobami, które lubiły głaskać psy i uprawiać seks, kiedy tylko chciały. A ja byłam Stopem. On określał mianem rozczarowania coś, co tak naprawdę było po prostu depresją.
Dodaj komentarz