Jakże to miła potrafi czasem być synchroniczność spożywanej lektury z bieżącymi tematami. Nie tak dawno pisałem o podejściach do czytania, niedługo startować ma wywyższające się czasopismo Napis, a przez blogi popkulturowe przetacza się właśnie kałszkwał powiązany z (nie)kompetencjami wymaganymi do rozmawiania o popkulturze. Zresztą w przypadku blogów książkowych podobne dyskusje też się pojawiają od czasu do czasu. Niepopularnie o popularnej autorstwa profesora Jakuba Z. Lichańskiego stanowi wartościowy, choć pośredni i ogólny, komentarz d0 takich dyskusji.
Zabawy blogowe to takie tajemnicze coś, co przez blogosferę czasem się przetacza, ale Pożeracza zazwyczaj omija. Jednak czasem przydarza się jakaś persona odważnie go nominująca, która w dodatku trafi na sprzyjający czas. Poprzedni udział mój miał miejsce na początku zeszłego roku, więc okres oczyszczenia był odpowiednio długi. W dodatku zbliża się czas świąteczny, więc i Pożeracz ludzkim głosem przemówić może. Dziękuję więc 5000lib za nominację i zapraszam do lektury.
Dzisiejszy wpis sponsoruje pożeraczowa ciekawskość oraz do literackich staroci zamiłowanie. Jednak przyczynkiem pierworodnym tych rozmyślań była lektura Porwania na planecie Z Natalii Kuntić. To właśnie literacko obcując z tą książką, zacząłem zastanawiać się nad losem ilustracji książkowych, które obecnie są taką rzadkością. Zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego współcześnie tak rzadko towarzyszą one literaturze i postanowiłem sprawdzić, czy moje przekonanie, że kiedyś było ich znacznie więcej, jest jedynie sentymentalną złudą.
Mól książkowy to takie stworzenie, które gdzie nie pojedzie, znajdzie okazję na zakup książki. Z Pożeraczem jest tak samo. Nie dość, że na rodzinnej wyprawie zaciąga resztę familii do księgarni i innych przybytków książkowych, to jeszcze nic tam nie wybiera, a książkę nabywa w końcu na pchlim targu przy placu Orląt Lwowskich. Może i ten Ogród czasu nie był w stanie najlepszym, ale literatura jest to przednia. No i to kultowo-okładkowa seria Fanstyka i Groza Wydawnictwa Literackiego, co poniżej widać.
W swoich recenzjach czasem pochlebnie opisuję język danego dzieła jako prosty. Literatura czasem korzysta na takim właśnie zabiegu, ale przecież literatura to nie jedyne słowo pisane z jakim mamy do czynienia. Dokumenty prawne, rozporządzenia, regulaminy, instrukcje, artykuły prasowe i akademickie… Patrząc na sprawę ilościowo, tekstów używkowych jest zdecydowanie więcej niż tych literackich. Niektóre z nich są wręcz słynne ze złożoności języka, którym są pisane. Większość osób przyzwyczaiła się do tego stanu, ale dla niektórych to nie złożoność, a bełkotliwość. Ja zaś w dzisiejszym wpisie chciałbym przybliżyć przeróżne wysiłki związane z upraszczaniem języka. Także po to, by ratować życie.




