"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

W duchu (nie)moc, czyli „Sąd w Canudos” Sandora Maraiego

Zachodocentryczność naszej kultury ma to do siebie, że wiąże się też z poznawaniem konkretnych wycinków historii innych zakątków świata. Dużo uczymy się o Polsce i Europie, ale reszta świata do programu trafia tylko wtedy, gdy związek bezpośredni ma z zakątkami naszymi. Jest to poniekąd zrozumiałe, ale zostawia człowiek ze sporymi lukami. Historia Ameryki Centralnej i Południowej to niemal jedna wielka luka przykryta pojedynczymi łatami. Sąd w Canudos Sandora Maraiego to powieść zrodzona na gruncie refleksji podobnych do powyższych.

canudos okładka

W 1889 roku republikanie doprowadzają do upadku cesarstwa i zniesienia niewolnictwa. Nowe rządy starają się z przytupem wkroczyć na ścieżkę ku edukacji, oświeceniu i innym cywilizacyjnym dobrociom. Nie dość, że rząd musi nie energicznie zwalczać ruchy monarchii sprzyjające, to jeszcze w zapyziałej wiosce Canudos zrodził się kult tajemniczego Doradcy. Gdy kolejny z wysłanych regimentów krwawo rozbija się o mury miasta, jasnym się staje okrutna konieczność… Utopijne Canudos musi zniknąć. Dopiero czwartemu oddziałowi uda się przełamać krwawy opór miasta z gliny i błota.

Sandor Marai postanowił napisać Sąd w Canudos po lekturze relacji Euclidesa de Cunhi, w którym to opisany jest ten urywek dziejów Brazylii. Węgier nigdy w Brazylii nie był, ale powieść ta wywarła na nim na tyle duże wrażenie, że postanowił rozpisać prozatorsko kluczowy wieczór upadku miasta. Opierając się na zapiskach Brazylijczyka, dał głos Oliverowi O’Connelowi, potomkowi irlandzkich emigrantów, który ni w historii realnej, ni tej literackiej nie odgrywa żadnej roli, a tu gra po prostu przydatnego, niemalże przypadkowego świadka. Dla autora jest on po prostu narzędziem, którego zadaniem jest oddanie perspektywy zwykłego żołnierza. Niby wyróżnia się umiejętnością pisania i czytania, ale jednocześnie reaguje jak reszta szeregowych żołnierzy i domyślać się można, że ma równie wiele krwi na rękach, co i oni.

canudos llosa piw

Jednak tym, co przyciągnęło Maraiego do historii Canudos nie była dola i niedola szeregowych żołnierzy, a raczej symbolika nietypowego buntu. Fascynował go ten wybuch anarchii, to pójście pod prąd ustalonemu porządkowi wbrew ogółowi i rozsądkowi. Węgier wspomina nawet o trudnościach, które napotkał przy pisaniu Sądu w Canudos, a które rozwiały się dopiero, gdy dowiedział się o słynnych studenckich protestach w Paryżu z maja 1968 roku. Dla niego kilkadziesiąt lat wcześniejsze wydarzenia w Brazylii były przejawem tego samego ludzkiego odruchu. Zdroworozsądkowo patrząc, kult Doradcy nie miał żadnych szans na przetrwanie. Jednak nie o żaden rozsądek tu chodziło, tu liczył się absolut, którego dotknąć mogli tylko Ci z Canudos.

Marai uosobieniem tej strony czyni nieznaną brytyjską arystokratkę, która ruszyła na poszukiwania swojego męża, który z kolei porzucił ułożone życie w dobrobycie bez dania żadnego znaku ni zapowiedzi. Trafia w końcu do oblężonej już miejscowości i zostaje odmieniona. Potęga Doradcy sprawia, że po Canudos nic dla niej nie będzie takie samo i nic inne nie będzie ważne. Taka zmiana zachodzi w każdym stamtąd, a czytelnikowi pozostaje jedynie próba interpretacji, zbliżenia się do tego fantazmatu. Natomiast marszałka Bittencourta można uznać za swoiste odbicie właśnie czytelniczych starań. Ten doświadczony żołnierz analizuje wszystko politycznie, zdroworozsądkowo i z pogardą dla wszelkiego mistycyzmu. Jednak i w jego racjonalnym murze pojawiają się pęknięcia, gdy zderza się z mocą ducha tych z Canudos. Gdy dostrzega siłę charakteru oponentki oraz jej dostojność oraz niezachwianie, i jego pewność ulega zachwianiu.

Trudno stwierdzić, czy to było zamiarem autora (który w posłowiu pisze jedynie o fascynacji duchem anarchii), ale koniec końców Sąd w Canudos można także odczytać jako dowód na trywialność takich podrygów w obliczu geopolitycznej machiny. Historia potoczyła się dalej, w Canudos rozlano hektolitry krwi, a dziś trudno nawet szukać śladów tego buntu. Nawet poruszony wewnętrznie marszałek zdaje sobie sprawę, że jego odczucia nic tu zmienią, a wszyscy uczestnicy tego przedziwnego spotkania są bezsilni wobec wyższych mechanizmów dziejowych. Brutalna pacyfikacja postępuje więc bez przeszkód i pod dyktando niskich żołnierskich instynktów. Nawet narrator spisujący tę opowieść wiele lat po fakcie nie wspomina o tym, by odmieniła ona jego żywot.

Sąd w Canudos jest kameralną powieścią pełną pozornych sprzeczności. Marai pokazuje bowiem siłę jednostki, ale i jej nikłość w obliczu historii. Fascynuje się mocą anarchistycznego ducha, ale i nie daje mu szans na rozwinięcie skrzydeł. Nic paradoksalnego nie ma jednak w tym, że jest to powieść pozytywnie frapująca i do myślenia skłaniająca, a w dodatku obdarzona wartościami poznawczymi. Osobiście na sam koniec dodam zaś, że na pewno przeczytam też Wojnę końca świata Mario Vargasa Llosy, która to też poświęcona jest Canudos. Ciekawie będzie poznać punkt widzenia autora doskonale znającego Amerykę Południową.

To już nie były działania wojenne, żadna konieczność wojskowa nie nakazywała, żeby ludzie posuwali się do takiej rzeźnickiej roboty. Raczej był to sposób spędzania czasu.

Poprzedni

Klimat sprzyjający opowiadaniom, czyli wywiad z Dobromiłą Jankowską

Następne

Skok w makabryczny bok, czyli „The First Collected Tales of Bauchelain and Korbal Broach” Stevena Eriksona

10 komentarzy

  1. Czytałam i byłam zachwycona.

  2. Połączenie pojęcia 'konflikt zbrojny’ ze słowem ’ trywialny ’ bardzo mocno współgra z moim pacyfistycznie ukierunkowanym światopoglądem i już choćby z tego powodu mam ochotę przeczytać książkę. Kusi mnie również motyw machiny dziejowej, która pożera pojedyncze zrywy…
    Nie jestem natomiast zwolenniczką nadmiernego eksponowania wydarzeń historycznych w literaturze, chyba że zabieg ten ma podkreślać coś głębszego, np jakąś prawdę uniwersalną. I po Twojej recenzji wydaje mi się, że właśnie tak się w tej książce dzieje. Mam rację?

    • pozeracz

      Wydaje mi się, że tak. Marai stara się pokazać tego ducha anarchii, który prowadzi ludzi do buntu, protestu, insurgencji wbrew rozumowi, rozsądkowi i dziejom. Ale, ale… Czemu nie lubisz eksponowania takich wydarzeń? Co preferujesz miast tego?

      • Nie lubię tekstów, w których narracja literacka za mocno wpada w styl reporterski. Nie znoszę scen batalistycznych, gloryfikowania postawy żołnierza- bohatera, który z pieśnią na ustach zabija i ginie za ojczyznę, uwielbienia dla munduru, broni i korony… Zbyt intensywne związki historii i z literaturą kojarzą mi się z retoryką sienkiewiczowską, z demagogią bogoojczyźnianą, a to absolutnie nie jest moja nisza.
        Moim fetyszem w odbiorze literatury jest symbol, dlatego wolę, gdy tzw. tło historyczne ubrane jest w szaty alegorii, gdy chowa za sobą coś więcej niż samo świadectwo ( choć oczywiście świadectwo jest równie ważne). Nie obrażam się również na przekazy groteskowe, ironiczne, a nawet sarkastyczne.
        Nie oznacza to jednak, że uciekam od literatury faktu jako takiej. Cenię sobie dobry reportaż, w tym również reportaż historyczny. Ostatnio wpadł mi w ręce Ludwik Stomma i „Królów polskich przypadki” . Rzecz stara, ale absolutnie unikatowa.

        • pozeracz

          Wszystko jasne. A Ludwika Stommę cenię jeszcze za felietony z Polityki. Bardzo lubiłem je czytać.

  3. Sándora Máraiego znam i ogromnie sobie cenię, bowiem utwory Węgra wyróżniają się elegancją stylu, w jakim są utrzymane. Ponadto autor bardzo często bierze na warsztat niebanalne tematy, które w dodatku rozpatruje z bardzo oryginalnej perspektywy. W rezultacie dzieła tego pisarza zawsze frapują i intrygują, nie pozwalając przejść koło nich obojętnie. Do tego wspaniały język, którym można się delektować niczym smacznym deserem – po „Sąd w Canudos” na pewno sięgnę, tym bardziej, że nie znałem tego epizodu. Nie wiedziałem również, że Llosa zdecydował się poświęcić książkę temu wydarzeniu – a porównanie obu tytułów zaiste wydaje się być ciekawym przedsięwzięciem.

    • pozeracz

      Ciekawe w tej historii z Llosą jest to, że Llosa napisał swoją ładny kawałek po Węgrze, ale nie miał o niej pojęcia ze względu na polityczne perypetie Maraiego. Ja mam na półce jeszcze dwie jego książki, które też trafiły do mnie za sprawą BookRage.

  4. „Sąd w Canudos” to dowód na to, że historia często zatacza koło. Powieść skłania do refleksji, ale zaskakujący jest także sam pomysł autora, który na historycznym tle osadza fabułę, by przybliżyć czytelnikowi fakty. Polecamy! Podobnie, jak „Wojnę końca świata”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén