"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Wartościowe wypady wątpliwe, czyli „Przyjdzie Mordor i nas zje” Ziemowita Szczerka

Zabrzmi to może nieco niewłaściwie, ale dopiero wojna na Ukrainie sprawiła, że w końcu sięgnąłem po książkę Ziemowita Szczerka. Do roku 2020 był on bowiem nawet obecny na liście mych (nie)postanowień, ale zabrakło mi determinacji oraz/lub okazji, by je spełnić. W końcu do akcji wkroczyć musiało ArtRage i ich drugi pomocowy pakiet książek. Wsparłem więc cel szczytny (do czego i Was mocno zachęcam, na przykład przez PAH), a Przyjdzie Mordor i nas zje trafił w moje łapska.

przyjdzie mordor okładka

Ziemowit Szczerek tworzy oraz/lub relacjonuje podróże polskiego turysty, reportażysty, wielbiciela mocnych wrażeń oraz jego przygodnych towarzyszy, którzy podróżują do Ukrainy i po Ukrainie w poszukiwaniu doznania i poznania (nie mylić z Poznaniem). Ładują się w rozpadające się środki transportu, ładują się noclegowo do mieszkań na granicach miejskich otchłani i ładują w siebie przeróżne trunki i dragi. Główny bohater spotyka miejscowych o różnych zapatrywaniach na swój kraj, na takich podróżujących pasożytów oraz na Polskę.

Przyznam od razu i pierwszoosobowo, że mam z oceną Przyjdzie Mordor i nas zje spory problem. Nie do końca wiem, od której strony ugryźć ją interpretacyjnie, a w dodatku niezależnie od kąta natarcie i tak mi coś nie gra. Nim jednak przejdę do zgrzytów, pozwolę sobie zacząć od tego, co w książce zdecydowanie zagrało. Chodzi mi mianowicie o styl. Szczerek jest świetnym gawędziarzem, który ze swadą i humorem opowiada swoich eskapadach. Język, którym się posługuje jest dynamiczny, wyrazisty i od przesady nie stroniący. Nie brak tu też w chwytliwy sposób puentowanych obserwacji, które momentami potrafią oczarować czy też może raczej upoić czytelnika.

przyjdzie mordor teatr

Był nawet i spektakl

Nie samym stylem czytelnik jednak żyje, zwłaszcza w przypadku prozy (quasi)reportażowej, a w przypadku Przyjdzie Mordor i nas zje treść jest niemal tak samo problematyczne, jak i ciekawa. Na pewny sposób zajmujące jest to rzucenie się w zakątki Ukrainy, których w „zwyczajnych” reportażach albo się nie uświadczy, albo też zostaną co najwyżej wzmiankowo napomknięte. Taka literatura narkotyczno-alkolowa czy też pijacko-odurzeniowa ma swoisty urok i niejako zgrywa się z tym zaglądaniem za turystyczną kurtynę. Wiąże się to także z w teorii bardziej szczerym, otwartym obcowaniem z lokalsami. W końcu cóż lepiej działa na wiarygodność rozmówcy od kilku(nastu) kielichów wódki czy innego trunku?

Ostatnie zdanie akapitu powyższego odczytywać należy, oczywiście, z oka przymrużeniem, ale obrazuje ono po części problem z Przyjdzie Mordor i nas zje. W pewnym momencie główny bohater (czyli zapewne i sam Szczerek, ale w przypadku literatury gonzo to wszystko nieco się rozmywa) przyznaje sam, że swoje teksty pisane dla jednego z krakowskich czasopism podkręca i uhardkorawia, bo to się dobrze czyta. Trudno więc nie poddawać w wątpliwość i relacji zawartych w tej książce. Znacznie większym problemem jest jednak obraz Ukrainy, który kreują te sprawozdania. Ten wyrazisty styl i chwytliwe opisy ukazują kraj naszych wschodnich sąsiadów jako dziką ziemię, pełną rozpadu i estetycznej masakry. W pewnym momencie jeden z towarzyszy-przewodników wygarnia (nie)Szczerkowi: „Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się w was śmieją. I mają was za to, za co wy nas macie: za zacofane zadupie, z którego się można ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość.” Pod koniec książki znaleźć zaś można autorską refleksję, która po części potwierdza zasadność tego zarzutu.

ziemowit szczerek foto wikipedia

Przyjdzie Mordor i nas zje to książka, którą czyta się bardzo dobrze, ale na koniec zostaje się z trudnym do rozstrzygnięcia dylematem: czy szkodliwość takiego ukazywania Ukrainy nie przerasta wartości czysto artystycznej? Może brak mi dystansu, może tocząca się wojna uczyniła mnie nadwrażliwym, ale trudno mi oceniać to, co napisał Szczerek, pozytywnie. Rozumiem, że to subiektywny obraz, że to specyfika literatury gonzo, ale i tak… Jednocześnie wiem, że „dość łatwo” można by stworzyć podobną narrację o polskich wygwizdowach i ciekaw jestem, jak bym na nią zareagował. Niech na koniec padnie więc jeszcze stwierdzenie, że na pewno nie będziecie wobec debiutu laureata Paszportu Polityki obojętnie. Ja zaś i tak będę chciał się kiedyś zmierzyć z jego „poważniejszą” prozą.

Nie czytaliśmy Kerouaca, bo nie dało się tego czytać. Tyle tam było pulsujących w każdą stronę, skłębionych bebechów. No i też dlatego, że było nam trochę głupio, bo nam, w przeciwieństwie do Kerouaca, o nic nie chodziło. Kerouac i reszta dokonywali jakiejś rewolucji, a my po prostu przebiegaliśmy na pełnej kurwie przez, otwarte już na oścież, drzwi.

Poprzedni

Próbny powrót, czyli „Jednym strzałem” Lee Childa

Następne

Przepoczwarzenia, czyli „Agla. Alef” Radka Raka

2 komentarze

  1. ArtRage to w ogóle świetna inicjatywa. Bardzo cenię sobie ich działalność, dlatego też staram się nabywać i czytać wydawane przez nich książki. Pakiety dla Ukrainy to także znakomity pomysł, bo każda forma wsparcia dla naszych sąsiadów jest dobra.

    A co do Szczerka, to ja jak na razie czytałem tylko króciutką „Kolejną alternatywną historię Polski” oraz całkiem interesujące i wartościowe „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową”. Tę drugą pozycję szczerze polecam.

    • pozeracz

      No właśnie… ArtRage chwała za to, że nie tylko odsprzedaje (choć i taka promocja czytelnictwa warta pochwały jest), ale i wydaje książki w ciekawym modelu. A Szczerka jeszcze będę chciał poznać w innym wydaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén