"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Próbny powrót, czyli „Jednym strzałem” Lee Childa

Proza thrillerowo-sensacyjna była kiedyś stałym elementem diety Pożeracza. Zaczęło się od Cusslera jeszcze w liceum, potem był różnorodny etap biblioteczny (Coben i spółka) aż w końcu lat niemal dziesięć temu nastąpił czas lumpeksowo-anglojęzyczny. Za sprawą miłych kobiet w średnim wieku (sądząc po większości książek w koszach) oddających książki mężów Armii Zbawienia miałem okazję poznać Lee Childa oraz wielu innych mniej znanych (choć nierzadko bardzo ciekawych) autorów. Od tamtego czasu jednak nabawiłem się jednak awersji do gatunku (dowodem na to ma lektura Cobena). Dopiero udana serialowa sesja z amazońskim wcieleniem Jacka Reachera zmotywowała mnie do sięgnięcia po Jednym strzałem.

jednym strzałem cover

Małe miasteczko w stanie Indiana, samotny strzelec w opuszczonym garażu, sześć strzałów i pięć pozornie losowych ofiar to elementy składowe początku tej historii. Jednak tym razem morderca okazuje się nie być mistrzem zacierania za sobą śladów – w toku sprawnie przeprowadzonego śledztwa szybko zebrane zostają dowody prowadzące do niejakiego Jamesa Barra. Były strzelec wyborowy zostaje szybko aresztowany, lecz po zmierzeniu się z adwokatem przekonanym o jego winie prosi o sprowadzenie Jacka Reachera.

Zasiadałem do pisania niniejszego tekstu z lekkim zgryzem. Początkowo trudno było mi skonkretyzować, dlaczego Jednym strzałem do gustu mi przypadło, a od wspomnianego we wstępie Już mnie nie oszukasz się odbiłem. By zaradzić tej bolączce postanowiłem wykonać krok drastyczny: przeczytałem rzeczoną recenzję i wziąłem się za rozkminianie. Doszedłem do wniosku, że w przeciwieństwie do powieści Cobena, a w zgodzie z charakterem samego Reachera, przekonały mnie prostota i uczciwość. Już śpieszę z wyjaśnieniami… Najpierw uczciwość. W swoim tekście narzekałem bowiem, że Amerykanin prowadzi z czytelnikiem grę nieczystą, a wprowadzane przez niego zwroty fabularne w większości są wyciągane z kapelusza. Lee Child także zachowuje część kluczowych informacji dla siebie (np. tożsamość i pochodzenie antagonistów), ale jednocześnie zostawia czytelnikowi dość śladów, poszlak i okruszków, aby możliwe było złożenie do kupy ogólnych zrębów intrygi. Owszem, można zrezygnować z prób prognostycznych, ale Brytyjczyk nie pozbawia odbiorców szans na satysfakcję.

reacher serial amazon

Jakby co nie oglądajcie filmów z Cruisem

Jeśli zaś chodzi o prostotę, to dotyczy ona fabuły oraz samego Reachera. Jak wspomniane zostało powyżej, w Jednym strzałem nie brak zaskoczeń czy też fabularnych zwrotów, ale mieszczą się one niejako w spodziewanym opowieści przebiegu. W gruncie rzeczy jest to bowiem prosta historia o dobrym facecie wymierzającym sprawiedliwość złym gościom z pomocą kilku zastanych pomocników o charakterach (raczej) czystych. Znaczące jest to, że jedyna w zasadzie postać, którą można umieścić gdzieś poza czernią i bielą pozostałych bohaterów, zostaje szybko pozbawiona sprawczości. Podobnie jest i z protagonistą: jeśli się go zna z wcześniejszych powieści, to zna się go i w tej, a jeśli nie, to bardzo szybko można sobie o nim zdanie wyrobić.

Teraz zaś przychodzi na moment refleksji (ciut) głębszej. Bardzo możliwe, że Jednym strzałem po prostu trafiło w dobry moment. Na Ukrainie nadal trwa wojna, Ukraińcy walczą bohatersko z wykazującym się bestialstwem Rosjanami, którym przewodzi Putin w sam raz pasujący na jakiegoś psychopatycznego, książkowego antagonistę. Może więc Lee Child swoją prozą zaspokoił jakąś moją wewnętrzną, nie do końca uświadomioną potrzebę sprawiedliwości? Niby zasługi można też przypisać Reacherowi, którego uznać za doskonały przykład faceta, którym chcą być inni faceci, paragona męskości, niezależnego, tyłki kopiącego i tak dalej. Jednak podobnych mu jest w popkulturze na pęczki, a ja sam raczej postawiłbym mu ciasto z brzoskwiniami i z nim pogadał, a nie wskakiwał w jego buty.

Lektura Jednym strzałem nie sprawiła co prawda, że zapałałem wielką miłością do literatury sensacyjnej, ale jednocześnie pokazała mi on, że mogę w nim jeszcze znaleźć sporo frajdy. Jeśli więc macie ochotę na nieco nieskomplikowanej, lecz mimo wszystko dobrze napisanej rozrywki, to śmiał sięgnijcie po tę powieść Lee Childa. Ja wiem, że – jak to czynię od pewnego czasu z seriami – mniej więcej rok poszukam sobie kolejnej części perypetii Jacka Reachera.

Żaden myślący człowiek nie może żyć w takim społeczeństwie jak nasze, nie pragnąc go zmienić.

Wstecz

Zaduma zauroczonego, czyli „Pożegnanie z biblioteką” Alberto Manguela

Dalej

Wartościowe wypady wątpliwe, czyli „Przyjdzie Mordor i nas zje” Ziemowita Szczerka

4 komentarzy

  1. Luiza

    A to tak bywa z niektórymi książkami, że jeśli przeczyta się je w mniej sprzyjającym czasie, to mogą nas rozczarować, a niekoniecznie by tak było, gdybyśmy po nie sięgnęli w korzystniejszym okresie.
    Ale coś jest na rzeczy z uczciwością i prostotą – są takie narracje, w których wyczuwa się fałsze, zgrzyty, nieczyste zagrania wobec czytelnika.

    • pozeracz

      Jest to chyba tym bardziej prawdziwe, im bardziej „wyrobionym” czytelnikiem się jest. Kiedyś wszystkie „sensacyjniaki” pożerałem bez marudzenia, a teraz podchodzę do nich zawsze bardziej krytycznie.

      • Ha, ja też moją czytelniczą przygodę zaczynałem m. in. od sensacyjniaków i thrillerów (oraz science fiction), które od czasu do czasu, raczej z przypadku, przeplatałem jakimiś ambitnymi powieściami.

        • pozeracz

          Między innymi nigdy nie będę spoglądał z góry na osoby czytające taką literaturę. Raz, że można w niej znaleźć wartościowe rzeczy, a dwa, że może służyć za etap w rozwoju. Zresztą nawet jeśli ktoś czyta tylko taką literaturę, to czemu niby miałbym czuć się lepszy?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Autor motywu: Anders Norén