"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

O(d)pływająca potamologia, czyli „Rumowiska” Wita Szostaka

Wspominam w tych wstępach mych nieraz o autor(k)ach przegapionych, zaniedbanych czy odkładanych, lecz są i przypadki przeciwne. Wit Szostak należy do osób piszących na blogu niniejszym obecnych zdecydowanie najczęściej. Pięć recenzji i wywiad – zdaje mi się, że tylko inni autorzy ze znamienitej stajni Powergraph osiągają podobne wyniki. Pal sześć jednak liczby, gdyż dużo ważniejsza od statystyk była różnorodność talentu pisarza unaoczniona przez te lata. Rumowiska wpisują się w tą wielorakość niespodziewanie stałą.

rumowiska szostak

Zgodnie ze słownikową definicją rumowisko to „rozdrobniony materiał skalny przenoszony przez rzeki”. Rumowiska zaś niosą ze sobą rozproszone materiał opowieściowy przenoszony przez czas i wywiedziony z pewnego mieszkania przy ulicy Józefa Sarego w Krakowie. Dom ten jest pełen wspomnień i memorabiliów, nie brak w nim też sekretów i tajemniczego lokatora. Wyrasta wokół niego opowieść o dziadku Tomaszu, podziemnym opozycjoniście i pośle, o jego nazwisku. Rozbrzmiewa w nim głos jego wnuka, chłopca dorastającego w czasie transformacji. Da się też słyszeć echo rodzicielskich frustracji, małżeńskich przemian i przemożnego smutku.

Zgodnie ze wspomnianymi wyżej rozdrobnieniem oraz różnorodnością, Rumowiska są jednocześnie (o)powieścią narracyjnie rozczłonkowaną, lecz na sposób inny niż na przykład Cudze słowa. Tam zmiany perspektyw były wyraźnie sygnalizowane i skupione były na jednej postaci. Natomiast w najnowszym dziele narratorów konkretnych jest kilkoro i choć ich historie zazębiają się, każda z nich ma inną ogniskową. W dodatku są i potamologiczne fragmenty bezosobowe czy też odautorskie, które odczytywać można jako metakomentarze do płynących wokół wątków, lecz na poziomie powierzchownym od reszty przekazu są oderwane. Nawet jeśli te rzeczne meandry nie w pełni dostrojonymi zdawać się mogą, to i tak czyta się je niemałą przyjemnością. Stanowią one intelektualnie pobudzającą mieszankę refleksji między innymi językowych, metaforycznych i mitologicznych. Najbliżej im do autotematycznych deliberacji znanych z Poniewczasie.

Nil rumowiska

Nil, źródło: United States Geological Survey

Samo namnożenie i rozproszenie narracji to jednak tylko jeden z aspektów, a dla większości czytelników ważniejsza będzie sama treść tych narracji. Na początek i w dużym uproszczeniu napisać można, że Rumowiska zbierają w swym zlewisku wątki historyczne i rodzinne (z naciskiem na rodzicielstwo). Jeśli chodzi o składową pierwszą, to swój z początku nieoczywistą acz w rzeczywistości znaczącą rolę odgrywa tu II wojna światowa, a za nią kroczy transformacja systemowa oraz poprzedzające ją czasy PRLu. Symptomatyczne jest to, że czasy współczesne choć obecne, zdają się być jedynie wypadkową epok, zdarzeń wcześniejszych. Zgodnie z motywem przewodnim można wręcz stwierdzić, że wszystko tu wypływa z pewnej wojennej traumy, a czytelnik zostaje zabrany przez autora na wyprawę do tych źródeł Nie przypadkiem kluczowa informacja znana jednej z bohaterek zdradzona przez nią zostaje dopiero pod koniec książki. Nie sposób też nie przyznać, że Szostak wyjątkowo ekspresywnie acz przy tym i nienachalnie potrafi opisywać przeróżne rodzinne dynamiki – małżeńskie przemiany czy też dziecięce wyobcowywanie się.

Znów w tym akapicie właściwym ostatnim zmuszony (sam przez siebie) jestem przejść na formę pierwszoosobową. Bez tego trudno by mi bowiem było bez językowych fikołków wyłożyć, dlaczego trudno było mi z początku wsiąknąć w Rumowiska. Głównymi winowajcami była tu narracyjna para ojca i syna, która elementów potencjalnie ciekawych zawiera niemało (dorastanie, szkolne hierarchie, odkrywanie [nie]sekretów rodziców, emigracja), ale nie potrafiłem się ich problemów oraz relacji dostroić. Jednak im dalej, tym napotykałem więcej (kon)tekstów z mymi wrażliwościami współgrających, a koniec poczułem się wręcz emocjonalnie pokiereszowany. Drobnym zgrzytem były natomiast dwa wątki (Inny oraz pewnej powracającej niespodziewanie damy z przeszłości), które za sprawą późnego rozwinięcia i braku domknięcia na koniec starorzeczem się zdają, nie zaś częścią nurtu fabularnego.

wit szostak

© Mikołaj Starzyński

Zgodnie ze zwyczajem ustalonym przez wcześniejsze literackie dokonania pisarza Rumowiska okazały się książka oryginalną i intrygującą. Pewnym zaskoczeniem były drobne zgrzyty, choć tylko dwa nieprzystające do całości wątki nie wiązały się z czysto subiektywnym Pożeracza niewsiąknięciem. Niektórych zapewne odrzucą rzeczno-deliberacyjne fragmenty, ale dla mnie w połączeniu z emocjonalnie nacechowanym przeplataniu historii z rodzinnymi boleściami stanowią lekturę uwagi wartą zdecydowanie. Nie jest to może najlepsza książka Wita Szostaka, ale i tak to kolejny dowód na jego autorskie niewyczerpanie.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję

powergraph logo

Rumowiska spłynęły też tu:

Kucnąłem obok metalowych kubłów na śmieci, niedaleko trzepaka. Ostrożnie położyłem wieczne pióro na ornamentowanej mchem trylince, chwyciłem kamień i waliłem z całych sił, atrament tryskał, aż z pelikana zostały drzazgi. Resztę roztarłem po kamieniach. W tamtym miejscu podwórka przez kilka miesięcy pozostawała ciemna plama, póki deszcze i śniegi ostatecznie jej nie wypłukały. Tak zabiłem wspomnienie, tworząc nowe, wypełnione mieszaniną spokoju i furii.

Poprzedni

Malkontencki marazm, czyli „Zmierzch” Osamu Dazaia

Następne

Ten z butami, czyli „Zbrojni” Terry’ego Pratchetta

1 komentarz

  1. Luiza

    A ja nadal nic Szostaka nie przeczytałam…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén