Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Struktury (auto)kreacji, czyli „Cudze słowa” Wita Szostaka

W Zagrodzie zębów Wit Szostak poszedł w tany z mitem i obdarzył czytelników całym morzem opowieści i uczuć. Tam bawił się słowem w formach mikromnogich, a w Poniewczasie skręcił w hermetyczne, autotematyczne zakątki pełne w słowach drążenia i na nice ich wywracania. Ta ostatnia książka wieszczyła niejako wyczerpanie autorskiej twórczości, ale mi trudno było w to wierzyć. Zwłaszcza, że pisarz określił pisanie jako czynność dla niego autoteliczną. Cudze słowa są dowodem na to, że źródło jeszcze bije.

cudze słowa okładka

Benedykt to człowiek o wielu obliczach. Zmienność ta po części wynika naturalnie z etapów życiowego rozwoju — inaczej postrzegany będzie syn, inaczej utalentowany student, a inaczej doświadczony przez życie mężczyzna w średnim wieku. Pośrednio powiązane są zmiany zależne od obserwatora — różne będą perspektywy kochanki, dawnego przyjaciela czy też zgorzkniałego mentora. Problem zaczyna się, gdy spróbuje dołożyć jakże trudną kategorię prawdy. Który z nich jest prawdziwy? Czyim słowom zaufać? Czy da się z nich złożyć spójny portret?

Cudze słowa to jedna z tych książek, których potencjał interpretacyjny może zawrócić czytelnikowi (i recenzentowi) w głowie. Tekst ten więc na pewno wszystkich nie wyczerpie i skorzysta na komentarzowych uzupełnieniach. Najbardziej oczywistym i w powyższym akapicie zasygnalizowanym jest płynność postrzegania innych. Całą powieść — z bogactwem i różnorodnością narratorów oraz przemyślaną konstrukcją — można uznać za rozbudowany dowód właśnie na niepoznawalność drugiego człowieka. Jednak z drugiej strony należy też zauważyć, że Benedykt jest tu stronnikiem autora, gdyż bierze aktywny udział w kreowaniu własnej historii. Podobnie jest z częścią bohaterów, którzy nie dzielą się z innymi całością wiedzy o efemerycznym protagoniście lub też zdradzają ją dopiero na sam koniec. Wit Szostak odsłania bowiem „prawdę” stopniowo i udaje mu się przy tym wytworzyć nieco suspensu poznawczego. Nawet z nieco psującym efekt opisem okładkowym łączenie wątków daje sporo frajdy.

szostak okładki

Wspomniana różnorodność i bogactwo charakteryzują nie tylko postaci i ich perspektywy, ale także formę. Każdy z narratorów relacjonuje wydarzenia wyróżniającym się stylem. Różnice te najbardziej wyraziste są przy zestawieniu rozdziałów Jakuba i Magdy. Ten pierwszy posługuje się językiem prostym, momentami dosadnym. Natomiast ta druga tworzy stylistycznie wycyzelowane pigułki, bawi się słowem, rozkłada słowa na części pierwsze i wtłacza w nowe konteksty. Jednocześnie pochwalić warto zgodność stylu z postacią — bez problemu można rozpoznać prozę profesora czy też ojca Benedykta. Perełką pod kątem zabawy z formą jest natomiast klamra, którą Szostak spina początek i koniec powieści. Przedostatni rozdział to kopia pierwszego, ale z uwidocznionymi wykreślonymi słowami, które uwidaczniają to, co zostało przed czytelnikiem ukryte (co samo w sobie jest ciekawym paradoksem). Podobnie jak w poprzedniej powieści, autor znów uwidacznia moc słów, ale tym razem robi to w sposób mniej hermetyczny.

Cudze słowa można także odczytywać na przeróżne inne sposoby. Jednym z nich jest refleksja nad różnymi rodzajami miłości, także w jej formie fizycznej, i ich powiązaniem ze stratą. Jest tu miłość rodzicielska rozpatrywana w kategorii stopniowego oddawania, wypychania dziecka w świat. Jest miłość mentora do ucznia (z delikatną sugestią przekroczenia platońskich granic), który odrzuca patronat i zawodzi pokładane nadzieje. Stąd niedaleko do wyparcia — niektórzy wypierają się przeszłości, inni odrzucają przyszłość, a inni właśnie dzieci lub rodziców. Kolejną potencjalnym szkiełkiem, które można do tej powieści przyłożyć, jest szkiełko klasy w połączeniu z pryzmatem transformacji. Są tu postaci o pochodzeniu inteligenckim, są awanse ze wsi do miasta, są beneficjenci prywatyzacji, jest bieda i bogactwo. Są watki uczelniane, jest sporo o dojrzewaniu w formach różnych, nie brak motywów filozoficznych, a niektórym pewnie przypomni się i Biblia. A przecież to tylko jedno, nieprzesadnie głębokie czytanie.

wit szostak foto powergraph

fot. Mikołaj Starzyński

Zabawa w proroka bywa niebezpieczna, lecz na ten moment mogę stwierdzenie następujące zaryzykować: jeśli Cudze słowa nie zgarną kilku nagród, to dosłownie pożrę stronę z tej książki. Brzmi to może nieco groteskowo, ale po prostu Wit Szostak aż imponuje kreatywnością, stylem i miłością do słowa. Powergraph ma kolejną perłę w kolekcji.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję…

powergraph logo

Cudze słowa wybrzmiały i tu:

Co się stało, ktoś może zapytać, jak do tego doszło? Czy trzeba odpowiadać? Czy to nie samo życie? Może raczej trzeba zapytać, jak to się dzieje, że większość ludzi nie kończy w altance? Jak dają radę dźwigać każdy dzień, mozół pracy, upokorzenia, raty, stres i wszystko inne? To jest dopiero ciekawe pytanie. Cóż w tym dziwnego, że się nie powiodło? To najzwyklejsze pod słońcem życie jest ponad nasze siły. Ono nie może się powieść, nie ma prawa się udać. To, że się czasem udaje, oto zagadka bytu.

Poprzedni

Poza słowami, czyli „Witajcie w Ameryce” Lindy Boström Knausgard

Następny

Poszukiwanie przez ucieczkę, czyli „Przejście” Pajtima Statovciego

4 Comments

  1. Ha, tyle piszesz o Szostaku, że w końcu uległem. Gdy tylko zobaczyłem tytuł wpisu to zakupiłem na czytnik „Przypisy końcowe”. Może jeszcze w tym roku uda mi się przeczytać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén