Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Sakrastyczny duch z maszyny, czyli „Murderbot Diaries 1-4” Marthy Wells

W przypadku książek w Polsce niewydanych liczba dróg dotarcia do Pożeracza jest ograniczona. Zachwyty na Goodreads lub w innych zagranicznych serwisach (którym wcale nie tak łatwo się przebić), zdobyte nagrody i pozytywny głos na blogu – każdy z tych elementów zwiększa szansę na pożarcie. W przypadku cyklu The Murderbot Diaries spełnione zostały wszystkie warunki, a główną prowodyrką była Matka Przełożona i jej recenzja All Systems Red. Choć przyznać trzeba, że hojność wydawnictwa Tor, które rozdawało wszystkie części za darmo, też pewien wpływ miała.

murderbot diaries okładki

W odległej przyszłości ludzkość podbiła kosmos, ale sama w większości pozostała pod władzą korporacji. Misje badawcze nie mogą się obejść bez sprzętu dostarczanego przez firmę, co z kolei oznacza konieczność podpisywania odpowiednich umów, które często wymagają wynajmowania androidów-ochroniarzy. Te ściśle kontrolowane maszyny mają nie tylko chronić ekspedycje przed agresywna florą czy fauną, ale też na przykład nagrywać wszystko, co robią. Roboty te traktowane są z rezerwą i obawą, gdyż w razie awarii modułu zarządzającego zdarza im się mordować znaczne ilości osób. Czasem zdarza się jednak, że miast mordu bot wybiera oglądanie tysięcy godzin kosmicznych oper mydlanych, a do tego sam siebie zwie Murderbotem.

Zdecydowałem się napisać o pierwszych czterech częściach The Murderbot Diaries nie tylko ze względu na to, że poszczególne części nie są zbyt długie, ale także przez liczne punkty wspólne. Mówiąc zaś prosto i szczerze: mógłbym wyżyłować cztery wpisy, ale zwyczajnie nie chciałoby mi się powtarzać za każdym razem niektórych argumentów. Najważniejszym elementem wspólnym jest skupienie na tytułowym robocie, a niekoniecznie na akcji. Owszem, scen akcji nie brakuje i główny bohater czasem wychodzi z nich w stanie bardzo niskiej sprawności, ale przeważnie stanowią dynamiczne zwieńczenie dość prostej historii. Zaznaczyć jednak warto, że dwie pierwsze części – All Systems Red i Artificial Condition – kładą większy ciężar na rozwój postaci, a Rogue Protocol i Exit Strategy przesuwają balans w stronę bojowo-intrygancką.

murderbot diaries art

Jak wspomniane zostało powyżej, schematy fabularne w The Murderbot Diaries są dość proste. Podział na tych dobrych i złych jest oczywisty niemal od samego początku – wyjątkiem jest tu otwierające cykl All Systems Red, w którym to pierwsza część historii skupia się na odkrywaniu, kto jest czarnym charakterem. Pewną odmianę można zauważyć też w Rogue Protocol, gdyż tam mimo wyrazistego podziału strony konfliktu są w praktyce trzy. I to właśnie epizod trzeci wypada najlepiej pod kątem napięcia, akcji i samej intrygi. Fragmenty przywodzą wręcz na myśl filmy z pewnym niezbyt przyjaznym ksenomorfem. Z kolei w Artificial Condition można odnieść wrażenie, że Murderbotowi idzie zbyt łatwo, ale dwie pierwsze części kładą większy nacisk na zaprezentowanie osobowości robotycznego miłośnika oper mydlanych. No i motyw starcia maluczkich z korporacjami jest może zgrany, ale i tak przyciąga.

I to właśnie w Murderbocie upatrywać należy siły i uroku serii. Pierwszoosobowa narracja pozwala czytelnikom bardzo dobrze poznać tę ciekawą istotę. Mam tu pewien problem natury lingwistycznej, gdyż rzeczony android nie określa siebie ani jako mężczyznę, ani jako kobietę – w recenzji jednak dopasowuję się do męskiego rodzaju słowa „bot”. Liczę jednak, że ktoś w końcu przełoży serię tę na język polski, i ciekaw jestem niezmiernie, jak gramatycznie oddana zostanie ta bezpłciowość. Wracając jednak do sedna, Murderbot jest istotą wysoce krytyczną wobec siebie, sarkastycznie krytyczną wobec otoczenia, więcej niż nieco aspołeczną (co jest zresztą normalne, bo w tym świecie taki „autousamodzielniony” robot uważany jest za śmiertelne zagrożenie) i z podobnych powodów flirtującą z paranoją. Jest przy tym uroczo niezgrabny i zdezorientowany w kontaktach z osobami, które traktują go z szacunkiem czy wręcz ciepłem. Murderbotowe zmagania z własnymi uczuciami (urzekło mnie na przykład: „I was having an emotion, and I hate that”) czy spotkania z innymi sztucznymi inteligencjami cieszą w specyficzny sposób. Wszystko to ubrane jest w sarkastyczne, autoironiczne poczucie humoru.

martha wells zdjęcie

Pierwsze cztery części The Murderbot Diaries to po prostu zbiór świetnych nowelek. Oryginalny główny bohater ze specyficznym poczuciem humoru i budzącą sympatię mizantropią. Fabuły i może nie są nazbyt skomplikowane, ale walka z korporacjami cieszy czytelnicze serduszko, a sceny akcji potrafią podkręcić tętno. Ja sam zaś jestem niezmiernie ciekaw, jak te elementy sprawdzą się w pełnowymiarowej powieści, Network Effect, która została niedawno wydana.

Who knew being a heartless killing machine would present so many moral dilemmas. (Yes, that was sarcasm.)

Poprzedni

Notatki z cienia, czyli „Ta druga” Therese Bohman

Następny

Wyjątki i wyimki, czyli o książkach, do których mam sentyment

2 Comments

  1. Brzmi bardzo ciekawie. Trochę kojarzy mi się z serią „Roboty” Asimova. A bezpłciowość dobrze oddano w „Diasporze” Grega Evana, gdzie mieliśmy po prostu ono. Stąd napisałom, zrobiłom, itd.

    • pozeracz

      Taka forma rzeczywiście by pasowała. Ciekaw jestem, czy może jakiś wydawca już Wells zakupił i się tłumaczy, czy może jeszcze czytelnikom przyjdzie jeszcze nad Wisłą poczekać.

      A „Roboty” to całkiem niezły trop, czuć tu nieco ducha Asimova, taki amalgamat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén