Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Wespół w zespół Królowi na pohybel, czyli polemika z esejem „Nowy analfabetyzm”

Śledząc jakiekolwiek media społecznościowe trudno było nie natknąć się na zapowiedzi lub reakcje na premierę Pisma. Aspirujący do miana polskiego New Yorkera periodyk zbiera pozytywne opinie, ale jeden z tekstów wywołał reakcje wręcz przeciwne. Tak skwitował go jeden z mych literacko obytych znajomych: „To jest super tekst, bo za każdym razem, gdy będę snobistycznie myślał o czytelnictwie i z góry spoglądał na osoby, które czytają na akord byle co, żeby się potem jarać, że czytały, albo że są osoby, które nie czytają w ogóle, albo nie kumają czaczy o co chodzi z tą literaturą, to właśnie będę sobie przypominał ten tekst i myślał: iii tam, wcale nie jestem wąchającym własne, siedmiotomowe pierdy snobem, w gruncie rzeczy normalny ze mnie koleś.”

pismo okładka

Tak, tak. Chodzi o esej Marcina Króla zatytułowany Nowy analfabetyzm (który można przeczytać tutaj). Wespół w zespół z Natalią z bloga Kronika kota nakręcacza postanowiliśmy spisać swe reakcje na ten niezbyt fortunny tekst. Wpis Natalii powstawał synchronicznie, ale bezkonsultacyjnie i sam z ciekawością czekam na jego lekturę. Zapraszam:

kronika logo kllikać

^^ Klik klik ^^

Ja o swoim podejściu do czytelnictwa pisałem na tym blogu już razy kilka, więc gwoli wstępu napiszę tylko, że według mnie prezentowane przez Marcina Króla podejście miast zachęcać do czytania zniechęci do niego jeszcze więcej osób. Jestem osobnikiem, którego irytują generalizacje i niepotrzebnie kategoryczne stwierdzenia, więc bliski byłem porzucenia lektury po pierwszy akapicie, ale zabrnąłem po sam koniec i mam tu kilka komentarzy.

Dlaczego na przykład zagłębiamy się w lekturę Biesów Fiodora Dostojewskiego? Prosta odpowiedź: dla przyjemności. Czy jednak czytanie wielkiej prozy XIX i XX wieku jest przyjemne, skoro – bez wyjątku – rzeczywistość tam przedstawiona jest ponura, zła, straszna, a w najlepszym razie prowadzi do popadania w melancholię?

Trzy zdania, dwa problemy. Pierwszy to mocno uproszczone postrzeganie przyjemności. Jakoś wydaje mi się, że osoby sięgające po taką prozę rzadko kierują się poszukiwaniem prostej gratyfikacji, a przyjemność mogą czerpać na różnych poziomach literackich. Czytanie nawet najbardziej przygnębiającej literatury może być źródłem przyjemności czytelniczej. Drugi problem to myślnikami wyróżnione „bez wyjątku”, ale do tego dodać należy fragment poniższy…

Wszystkie wielkie dzieła literatury są smutne lub ponure, z wyjątkiem tych specjalnie pisanych dla żartu, wspaniale dowcipnych, ale też pod podszewką ponurych, jak choćby Przygody dobrego wojaka Szwejka Jaroslava Haška.

Nie do końca rozumiem, co Król rozumie poprzez „dla żartu”. Dla synonimem tej zbitki są „dla jaj”, „dla draki” czy też „dla zgrywy” i nie bardzo rozumiem, jak można „dla żartu” napisać wielką powieść. No chyba, że chodzi o dzieła pisane z zamysłem komediowym czy też satyrycznym w ogóle, ale wtedy to zdanie można odczytać jako „wszystkie działa literatury są smutne lub ponure, chyba że nie są”. No i „wszystkie” i „bez wyjątku” od razu budzą mocne wątpliwości. Rodzi się też pytanie: co z czarnym humorem? Co z groteską?

new yorker okładka

Dlaczego od mniej więcej dwóch pokoleń prawie nie czytamy wielkich dzieł? Dlaczego – proszę sprawdzić – niemal nikt nie wie, o czym pisał Adam Mickiewicz w Wielkiej Improwizacji, a o czym Stendhal w Czerwonym i czarnym albo William Szekspir w Królu Learze? Dlatego, że nie chcemy już czytać. A dlaczego nie chcemy już tego robić?

Rozumiem, że to dość specyficzne „my”, ale skierowane do odbiorców takiego, a nie innego periodyku wydaje się mocno nietrafione. Czy Wy, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy bloga mego, czujecie się częścią tego „my”? Niezbyt jestem przekonany. Zresztą pewna, mi bliska, część blogosfery jest dowodem na to, że wcale tak źle nie jest. Ale może my jesteśmy tym „prawie” i „niemal”. Czepić się też można tych „dwóch pokoleń”, które to w potocznym rozumieniu oznaczają 60 lat. To już wyjątkowo ekstremalna wersja narzekania na „tę dzisiejszą młodzież”.

A dlaczego nie chcemy już tego robić? Spośród wielu odpowiedzi najważniejsza sprowadza się do prostej obserwacji – nie chcemy czytać o tym, że los ludzki jest ciężki, że jesteśmy marni, że podłość często zwycięża nad dobrem, a w życiu musimy dokonywać tragicznych wyborów.

Może to bardzo subiektywne postrzeganie, ale mi się wydaje, że wiele osób czyta właśnie dlatego, że żywot ludzki taki jest. Nie po to jednak, by uciec od tego życia, ale by się przekonać, że można sobie z tym życiem poradzić, poczuć jakąś wspólnotę w tym ziemskim trwaniu, znaleźć jakiś klucz. A taka wspólnota, nawet w smutku czy rozpaczy, znaczyć może bardzo dużo.

Ba, uchylamy się nawet od myślenia o cierpieniu, a zatem czytania o nim. Bo to nieprzyjemne. O ileż milsze jest czytanie wiadomości o modzie czy nowych przepisów na kaczkę w ananasie.

Tu już wchodzimy coraz głębiej w wysoce protekcjonalne tony i znów nasila się generalizujące „my”. Powoli odczuwalne zaczyna być poczucie wyższości. Może to nadinterpretacja, ale dla mnie wyczuwalne są tu tony bliskie pisaniu o kulturze wysokiej i niskiej z połowy XIX wieku.

Obok poszukiwania przyjemności powodują nami coraz bardziej dwa zjawiska: niezdolność do skupienia uwagi na dłuższy czas oraz pośpiech.

O, zdanie, z którym mogę się zgodzić. Szkoda, że rzucone po prostu bez żadnego pogłębienia czy przyczyn szukania.

Zasadę przyjemności rozumiał nie tylko Freud. Pojmowali ją również doskonale ci, którzy na czytaniu chcieli zarobić wielkie pieniądze. Na przełomie XIX i XX wieku w Anglii pojawiły się konkurujące ze sobą sławne tabloidy „Daily Mail” oraz „The Daily Express”.

Miliony, które jeszcze nie miały tej umiejętności w początkach XIX wieku, zaliczyły kilka klas szkoły podstawowej i już potrafiły rozpoznawać litery. Postawmy jednak pytanie dla naszych rozważań zasadnicze: czy naprawdę nauczyli się czytać?

Tu autor odkrywa przed nami, że tak w zasadzie ludzie są ludźmi od zarania dziejów. Zawsze była rozrywka, zawsze popularna i zawsze byli Ci, którzy na tej rozrywce chcieli zarabiać. Formy rozrywki i sposoby na zarabianie się zmieniają, ale sama ludzkość nie zmieniła się pod tym względem aż tak wiele. Trochę smutne może być rzeczywiście to, że w czasach tak swobodnego dostępu do wiedzy niewiele się zmieniło. To swoisty paradoks, ale w pewnym sensie jest to wina właśnie tych, którzy tą wiedzą kiedyś dysponowali na wyłączność. Żaden wielki projekt naprawy ludzkości się nie powiódł.

Kiedy w pierwszych dekadach XIX wieku konserwatyści powątpiewali, czy nauka czytania przyczyni się do dobrostanu większości, mieli ślad racji, chociaż dzisiaj nie odważymy się nawet nad tym zastanawiać. Ale jeżeli uznać, że czytanie jest przydatne do celów praktycznych (ceny w sklepie, umowy w banku i tak dalej), to nie jest pewne, że jest przydatne do czegokolwiek innego.

Przepraszam, ale tego nie mam aż jak skomentować. Kończyny mi opadły.

Można jednak dokładnie określić dwa momenty, kiedy czytelnictwo jako element polityki ulega załamaniu: pojawienie się radia, a potem telewizji.

To zaraz, zaraz. To tabloidy wszystko popsuły? Czy może radio i telewizja? Tu już poważnie zaczynam odnosić wrażenie, że autorowi marzy się jakaś forma dyktatury oświeconych. To wszystkie ciemniaki siedzące z tabloidem/przed radiem/telewizorem psują nam świat, te niedouczone pijaki jedne. Kryterium przynależności byłaby znajomość na wyrywki wszystkich tomów W poszukiwaniu straconego czasu. Wiem, wiem. Przesadzam. Trudno mi jednak o inną reakcję na takie pisanie.

Jednak dążenie do przyjemności wyższych, co czyni mniejszość, polega na wykorzystywaniu przysługującej nam wolności oraz podejmowaniu ryzyka. Mill nazywa to experiments in living. Doskonale wie, jakie to trudne, a jednocześnie rozumie, że sens człowieczeństwa polega na takim właśnie ryzykowaniu, a zatem na odwadze.

Ja bym zalecał, by pan Król dokonał an experiment in living polegający na życiu poniżej średniej krajowej i wtedy zbadał swe wyższe dążenia.

A ponieważ materiału do historyjek nie brakuje, danych i anegdot jest bez liku, więc zawsze można je dobrać odpowiednio do zamysłu ogólnego.

Oto i zdanie piękne w swym niezamierzonym autotematyzmie. Mam bowiem wrażenie, że autor robi właśnie to, o czym tu pisze.

Pisanie w czasach nieczytania prowadzi do konsekwencji także w sferze filozofii. Otóż część zawodowych filozofów (najczęściej postmoderniści) posługuje się językiem niedostępnym dla laików i – co gorsza – pozbawionym wszelkiej urody, zbudowanym ze słów często uprzednio nieistniejących. W takiej filozofii dominuje przekonanie, że hermetyczność stanowi cnotę […] I ta moda wydaje się przeciekać do bardziej popularnych mediów i dodatkowo psuje świat już zdewastowany.

Coś mi tu się nie zgadza. W jaki sposób niby nadużywanie hermetycznego języka jest powiązane z nieczytaniem? Hermetyczny język używany w części tekstów filozoficznych czy nawet literaturoznawczych osiąga takie stopnie sztuczności, że szanse na zrozumienie ma tylko osoba posiadająca wysoce wyspecjalizowaną wiedzę. Wydaje mi się, że dużym problemem tego tekstu jest brak odpowiedniej argumentacji. Doskonałym przykładem jest ostatnie z powyższych zdań, które aż krzyczy o przykłady. Do jakich mediów niby przenika hermetyczny język? Raz wspominane są tabloidy, plotki i inny populizm, a potem dorzucany jest do tego hermetyczny język. Mam wrażenie, że ten tekst zaczyna być o wszystkim i o niczym, zakres tematyczny rozjeżdża się tak bardzo, że gubi się wszelka łączliwość i momentami sam sobie zaprzecza.

Ten, kto pisze, jest zatem skrępowany na jeszcze jeden sposób – nie wolno mu obrazić masy.

Czy dobre wychowanie nie wymaga czasem tego, by nie obrażać innych?

Czytanie, czy też czytanie na nowo, świadczyło o tym, że ludzkie namiętności, tragedie i wyzwania losu są w istocie zawsze takie same.

A to teraz nie świadczy? Teraz nie wraca się do tych tematów? Wit Szostak nie napisał Zagrody zębów?

Rozpieszczeni ludzie XXI wieku boją się bowiem stracić cokolwiek. Strach przed przykrością, przed oszustwem, przed ograniczeniem wolności i zarazem przed korzystaniem z wolności – oto uczucia, jakie rządzą masą.

Na koniec wraca pytanie – skąd przekonanie, że kiedyś było inaczej? Strach od zawsze był skutecznym narzędziem rządzenia.

Czy nieczytanie jest już nieuniknione, nieuchronne? Nie wiem. Lecz sądzę, że zawsze znajdzie się the happy few i w tym cała nadzieja.

Odnoszę przemożne wrażenie, że Marcin Król jest happy, że jest częścią tych few i że to few nie stanie się many. I rzeczywiście – przy takim podejściu czytanie nie ma szans na rozkwit, a garstka szczęśliwców będzie się kurczyć i kisić się we własnym wysokokulturowym domu. Zgadzam się z częścią uwag w tekście, ale nie jestem w stanie przetworzyć tego, jak można tak kategorycznie i wyniośle pisać o czytaniu, które przecież ma uwrażliwiać i poszerzać horyzonty. Wam zaś bliżej do Króla czy do Pożeracza? A może Nakręcacza?

PS Jeśli Pismo. będzie miało choć w połowie tak dobre okładki jak New Yorker, to będę kupował.

Poprzedni

Raz na wozie, raz nad morzem, czyli „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód” Roberta M. Wegnera

Następny

Długa droga przez wstyd i wyparcie, czyli „Legenda o samobójstwie” Davida Vanna

Komentarzy: 76

  1. N.

    Bardzom rada, że się na to zdecydowaliśmy. W Twoim tekście jest mnóstwo rzeczy, na które nie zwróciłam uwagi, ale kiedy o nich u Ciebie czytam, wydają mi się oczywiste. I po raz kolejny już dziś z powodu rzeczonego eseju podniosło mi się ciśnienie.

    • pozeracz

      Ze mnie jest człek spokojny, ale i ja byłem bliski po prostu rzucenia go w kąt już po pierwszym akapicie ze względu oszczędzania własnych nerwów. Ale potem wróciłem na spokojnie i po części z polemiką na myśli.

      Radym i ja.

  2. Prof. Król to, zdaje się, jest mistrzem takich wyprztyków opartych na wydajemisiach. Kocham te krzyki, że jak się nie czyta Dostojewskiego, to się nic nie czyta i że w ogóle wszystko upada. Podziwiam, że Wam się chciało analizować i jeszcze pisać. Chociaż właściwie to powinienem się cieszyć, że być może należę do tych „few”, bo czytałem Leara. Chociaż Stendhala już nie, to może jednak nie należę, hmm.

  3. Ja tam zupełnie nie wiem do czego należę. Takie nie wiadomo co jestem. Wszystko marność.

  4. Podpisuję się pod waszymi tekstami rękami, nogami i jeszcze wezmę długopis w zęby. Ten esej jest tak nadęty i patronizujący, że trudno nawet to odpowiednio skomentować.

    Ciekawie zareagowali „literaccy celebryci” pod wpisem Kuby Szestowickiego (polecam go obserwować), że już nic dodać, nic ująć: https://www.facebook.com/szestek/posts/10159999324910436?pnref=story

    • pozeracz

      Na froncie walki o czytanie każda kończyna się przyda.

      A co do celebrytów… Widząc samo słowo „celebryta” nastawiłem się na straszne widoki, a tam Najder mój ulubiony i masakracja teksku Króla bez żadnych ogródek ni wazeliny. I dobrze.

  5. Tomek

    To ja trochę w poprzek. Nie twierdzę, że tekst Króla jest dobry i istotny, bo nie jest dobry, a i istotności mu nie staje. A jednak największy mój zarzut to niechlujność i nada się taki tekst najwyżej „na bloga”, ale nie do druku w aspirującym piśmie. Niemniej jest kilka rzeczy na rzeczy i nie da się zignorować problemów tam opisanych.

    Mamy (tak, to wszechogarniające MY) a to kwestię nieobecności klasyki w świecie zalewanym przez „arcydzieła” z krótkim terminie spożycia (kolejni średni autorzy w stylu hołubionej Donny Tartt co sezon odwracają uwagę czytelników od „pradawnych” książek wydawanych, o mój Boże, w XX wieku),
    a to wymuszanie na autorach długości książek (proceder wcale nierzadki),
    a to amorfia współczesnej „poważnej” prozy, która „nie wie, gdzie zacząć i jak skończyć”,
    a to problem czytelnictwa i krytyki, które tabloidyzują się na naszych oczach…

    Sporo tego.

    To są problemy, którym trzeba się przyjrzeć z osobna, no ale Król sobie wszystko do jednego wora wrzucił, zamieszał, wysypał i oddał do druku. I to największy błąd.

    • pozeracz

      Tartt to akurat trochę chybiony przypadek, choćby ze względu na to, że ona sama wydaje powieści średnio co dziesięć lat. A do tego „Tajemna historia” to jedna z najlepszych powieści, jakie dane mi było czytać i bronić jej będę. „Szczygieł” też mi się podobał bardzo, ale za niego krwi przelewać nie będę, bo wad dostrzegam dość.

      Ale, tak jak pisałem na Facebooku, z resztą mogę się zgodzić albo po części tylko polemizować. To wymuszanie długości to sprawa dla mnie raczej nowa i chciałbym zbadać ją nieco lepiej. Według mnie krytyka nie tyle się tabloidyzuje, co w ogóle zanika albo zamyka się w zamkach hermetycznego języka.

      • Tomek

        Ja „Tajemną historię” cenię bardzo, ale nie jest ona moim zdaniem arcydziełem kompletnym. Pierwsza połowa książki tak. A tutaj podrzucam wzór tego, jak powinno się o tych „arcydziełach” pisać. No i Donna odbrązowiona: http://www.rp.pl/Plus-Minus/305129908-Arcydziela-literackie-sztucznie-nadmuchane.html

        • pozeracz

          Dzięki za linka. Co prawa nie mam się za bardzo jak spierać, bo czytałem tylko Tartt i Yanagiharę, ale inną powieść. „Szczygła” uważam za powieść dobrą, ale na pewno nie arcydzieło, a „Ludzie na drzewach” mi się nie spodobali.

          Tekst ten jednak pokazał mi, że tęskno mi do polemiki krytycznej z prawdziwego zdarzenia. Kogoś, kto by pospierał się o niektóre z tych dzieł z panem Cieślikiem. Czytelnik na końcu i tak zostanie z tym, co sam wyciągnął z lektury, ale taki wielogłos pomógłby na pewno mu osadzić swe przemyślenia w szerszym kontekście.

  6. Anna

    Nieśmiało chciałabym zwrócić uwagę, że polemizujecie z esejem, nie z analizą naukową. Więcej luzu życzę

    • pozeracz

      Czyli od eseju nie należy wymagać spójności i składności? Nie jest to rozprawka w szkolnej gazetce, a tekst pisany dla pierwszego numeru czasopisma o wysokich aspiracjach.

      A „więcej luzu” to jeden z tych zwrotów kluczy, który ma wyjątkowo negatywne konotacje.

  7. Anna

    No i literówki się wdarły, ehh ta dzisiejsza 50 letnia młodzież i tablety, przepraszam

  8. Tradycyjnie dzięki za newsa, bo nic o nowej inicjatywie nie słyszałem. Ale esej napisany prawdopodobnie pod tezę, żeby ukazać jak to źle się dzieje z polskim czytelnictwem. Szczerze powiedziawszy, patrząc na tytuł, miałem nadzieję, że będzie więcej o wtórnym analfabetyzmie – bo wg mnie lepiej jest czytać coś, co nie uchodzi za klasykę, ale zmusza szare komórki choćby do minimalnego wysiłku, niż nie czytać w ogóle. Bo ten brak kontaktu ze słowem pisanym staje się coraz częściej zauważalny – nie brakuje ludzi, którzy posiedli swego czasu umiejętność składania literek, ale którzy nie potrafią uchwycić sensu płynącego z czytanego tekstu. W rezultacie nawet prosty regulamin, umowa o kredyt czy zwykła instrukcja obsługi stają się czymś, czego zrozumienie przerasta intelektualne możliwości.

    • Tomek

      Ok,tylko nie zgadzam się na użycie słowa „esej” w przypadku tego tekstu Króla.

      • pozeracz

        Słowo „esej” to wyjątkowo problematyczne słowo. Ale też mam przeczucie, że tu użyte na wyrost.

    • pozeracz

      @Ambrose: Też bym chętnie o tym poczytał, ale mnie akurat bardziej interesuje druga strona medalu, czyli nadmierne komplikowanie języka wtedy, gdy nie jest to potrzebne. Zaczęło się to od mego poletka tłumaczeniowego, na którym jest momentami problem poważny i kilka inicjatyw próbuje z tym walczyć. Ale to jest kwestia głównie języka technicznego, a w Polsce mamy duży problem z językiem użytkowym. Dodam tylko, że na pewno pojawi się wpis na ten temat.

  9. My Kruk się generalnie nie chcieliśmy wypowiadać, bo nam to obok pióra lata, ale są pewne granice akceptacji. Otóż to co czytaliśmy to jest nasze i nie będziemy nikogo zmuszać, żeby czytał to co my. Możemy ewentualnie namawiać, co też robimy …od czasu do czasu 😀
    No i ten wtręt co to istnieje literatura specjalnie dla staruszków, ageizm czystej wody, tfu… jakbym jakąś miłośniczkę/-a YA czytał, Owszem zdarzyło mi się kilka razy przeczytać taki przytyk do wieku 🙁
    Generalnie nadęty styl, naciągane hipotezy i antyczytelnicze nastawienie. Powinien sobie pan profesor przeczytać u Ciebie wywiad z Witem Szostakiem :-0

    • pozeracz

      Miło i dobrze, że piszesz o tym wywiadzie. Uciekła mi w trakcie pisania myśl właśnie o pozytywnym snobizmie. Może zresztą słowo „snobizm” jest tu nieodpowiednie, ale chodzi mi właśnie o postawę zachęcania i doceniania sięgania po literaturę ambitną, a nie potępiania niesięgania po nią. Zdawać się to może równoznaczne, ale różnica jest duża.

      Dobra uwaga z tym wiekiem. Ot, kolejna sprzeczność. Z tekstu przebija przekonanie, że „drzewiej było lepiej”, więc i starsze pokolenie powinno dawać dobry przykład. Literatura „dla staruszków” powinna więc trzymać poziom wysoki.

  10. Mnie przy tym fragmencie o unikaniu czytaniu o cierpieniu nagle stanęła przed oczami rzesza fanów Pieśni Lodu i Ognia z upodobaniem wyczekująca, jakież to cierpienia autor ześle tym razem na bohaterów… Tak że ten.

    Poza tym mam wrażenie, że autor ignoruje fakt istnienia literatury gatunkowej, która właśnie sztywnym schematem wprowadzenie-rozwinięcie-zakończenie stoi. Choć nie, przywołał ją na chwilę tylko po to, żeby spojrzeć z góry.

    W sumie zgadzam się z Pożeraczem, że tekst Króla niespójnością wewnętrzną stoi i wygląda trochę jak poskładany z dwóch-trzech sprzecznych ze sobą, krótszych tekstów.

    Ale ja w sumie się nie znam, anim filologii nie kończyła, ani nie wiem, o co idzie w „Czerwonym i czarnym”, więc chyba nie powinnam się wypowiadać.

    • pozeracz

      Ależ, Moreni droga i szanowna, to ma być cierpienie egzystencjalne, weltschmerz wyższych lotów, a nie jakieś tam fantastyczne masochizmy. Przecież to fantasy! Gdzież tam szukać wyższych wartości?! (╯°□°)╯︵ ┻━┻

  11. Nie szkoda było pieniędzy na kupowanie tego „sprężonego powietrza” i odkrywanie oczywistych prawd, że „słońce wschodzi na wschodzie a zachodzi na zachodzie”?! 🙂 Oczywiście, że Król ma rację, przynajmniej patrząc na blogosferę książkową (która, jak mi się wydaje wcale nie jest – na szczęście, reprezentatywna dla czytelniczego świata), tyle że sposób w jaki ją przedstawia można określić mianem „usiłowania nieudolnego aczkolwiek w zamiarze bezpośrednim”. Inteligencja czytelnicza jest w odwrocie admiratorzy czytelniczego disco polo w natarciu. Pewnie zawsze byli w większości ale nigdy dotąd głupota i ignorancja nie były tak aroganckie – nikt nie odważył się chwalić własnym brakiem smaku i publicznie zachwycać szmirą. Inteligenckie kody kulturowe może nie tyle odchodzą do przeszłości, co spychane są do konta, coraz trudniej pogadać sobie o Wielkim Inkwizytorze. C’est la vie ale też nie ma się co dziwić, że niektórym trudno się z tym pogodzić.

    • Anna

      Zgadzam się z Marlowem. Ale czy nic się nie da z tym zrobić? Pomiędzy czytelniczym disco polo a inteligencją czytelniczą jest przecież przestrzeń do zagospodarowania przez czytelniczą klasę średnią, która niekoniecznie czyta noblistów czy klasyków literatury, ale dostrzega niedostatki Greyów, Mrozów itp. To w tej grupie tkwi sekret krajów z wysokim czytelnictwem, jak np. Czechy czy Norwegia, a nie w ogromnej liczbie erudytów i literaturoznawców.

      • pozeracz

        @Anna: Celna uwaga. W książce „Szwecja czyta. Polska czyta” napotkałem stwierdzenie, że w Polsce nie ma dawien dawna świetnej literatury środka – takiej, która opowiadałaby o problemach bliskich współczesnym. Mam wrażenie, że u nas dla takich osób się nie pisze, a nieco sztucznie rozwinięty jest podział na literaturę rozrywkową i gatunkową z jednej a wysoką z drugiej strony.

        • Anna

          @pozeracz Ależ pisze się! Tylko u nas ma ona formę reportażu lub ewentualnie kryminału – to czytają wszyscy, bez względu na aspiracje kulturowe. Gorzej z literaturą realistyczną obyczajową, choć i tu rozpychają się pomału pisarze tacy jak Małecki, Orbitowski, Żulczyk, czy Twardoch (choć pewnie sami nie nazwaliby tak tego co tworzą) – ich pisarstwo jest wystarczająco przystępne dla ludzi, a według krytyków nie jest najgorsze. Jest też Olga Tokarczuk, pisarka która poza uznaniem krytyków, ma też za sobą liczne i oddane fanki (sic!).
          Może więc problem leży po stronie przekazu, bo współczesna literatura jest dla ludzi, nie ma potrzeby snobowania się na arcydzielność czy wybitność. A po Dostojewskiego czy Prousta warto sięgać nie dlatego, że są wybitni, tylko dlatego, że ich książki mają ponadczasowe motywy, aktualne dla współczesnego czytelnika.

          • pozeracz

            Bardzo mi się podoba to ostatnie stwierdzenie. Wybitność dzieła literackiego to cecha niejako drugorzędna. Zresztą nieważne, ile zachwytów, pochwał i lat chwały ma dana książka, i tak można się od niej odbić. Nie każde arcydzieło spodoba się każdemu. Wystarczy popatrzeć na spory i gusta pisarzy właśnie.

            Też liczę na to, że Ci nadal jeszcze młodzi pisarze rozgoszczą się literacko i zagospodarują ten środek. Choć nie mam nic przeciwko temu, by robili wycieczki i w inne obszary stratum.

    • pozeracz

      Gdzieś tam w środku jest kilka trafnych spostrzeżeń, ale przez chaos i wewnętrzne rozbieżności gubi się to wszystko, a na koniec trudno stwierdzić, co sam autor chciał powiedzieć.

      Co do kodów i arogancji… Mi się wydaje, że teraz po prostu do głosu dochodzą osoby, które tego głosu kiedyś nie miały. Zresztą to samo widać w życiu politycznym. Przemiany lat 90-tych doprowadziły do zmarginalizowania osób, które sobie nie poradziły z transformacją. Cała reszta robiła sobie dobrze, resztę mają w pogardzie lub poważaniu głębokim i teraz to się odbija czkawką. Pan Król pokazuje, że wiele osób nic z tego się nie nauczyło. Przełożenie na kulturę nie jest bezpośrednie, ale korelacja według mnie jest znacząca. Dlatego wydaje mi się, że ta arogancja nie jest bardziej arogancka, a po prostu dużo bardziej widoczna i dochodząca do głosu. Ale przez to jest tak, jak piszesz: kod inteligencki spychany jest do kąta, ale nieco na własne życzenie.

      • Anna

        @pozeracz: Wbpolityce nazywa się to populizmem, a w kulturze nosi imię Masa i Vega. W dłuższej perspektywie są to zjawiska zabójcze i dla demokracji, i dla kultury. Nie twierdzę, że elitarność jest dobra dla kultury, ale schlebianie najniższym gustom nie przynosi już najmniejszego pożytku. Tu raczej chodzi o to, by nauczyć ludzi czytać na tyle biegle, by nie była to dla nich czynność męcząca czy trudna – wtedy zaczną czytać dla przyjemności. Potem, by nauczyć ich czytać krytycznie, myśląc i analizując. Oba zadania są do wykonania przez szkołę, w obu zawiodła. W badaniach czytelnictwa dzieci i młodzieży jasno wynika, że kto pochodzi z nieczytającego domu – ten nie czyta, o ile nie ma takiego przymusu. Wpływ szkoły na zmianę tego trendu jest niewielki. Pytanie więc brzmi, czy ludzie powinni czytać książki (forma i gatunek obojętna), czy też czytać powinna tylko elita (choćby i Dostojewskiego). Bo Król myli się najbardziej w podziale, sytuując go pomiędzy czytelników klasyki i czytelników szmelcu, podczas gdy w rzeczywistości przebiega on po linii nieczytający niczego i czytający cokolwiek.

        • pozeracz

          Napisałbym, że szkoła częściej zniechęca do czytania niż zachęca, ale po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że najczęściej niewiele zmienia, tak jak piszesz. Jeśli czyta się w domu, to jest bardzo duża szansa, że i dzieci zaczną czytać. Podobnie, jeśli ma czytających rówieśników, których będzie poważać. Szkoła mogłaby robić więcej, ale wymagałoby to zmiany podejścia do nauczania.

          Elitarność, snobizm czy jak tego nie nazwać może mieć formę pozytywną, jeśli skupi się na włączaniu, a nie wykluczaniu. Niech, przykładowo, buduje dumę z przeczytania „Ulissesa”, ale nie uczy patrzenia z góry na tych, którzy go nie przeczytali. Niech będzie to swoisty klub o otwartych drzwiach.

  12. De gustibus….
    Podzielam Wasze uwagi odnośnie tego tekstu, którego nie czytałam, tak na marginesie. Wiec będę niekompetentna.
    Dostojewski jest źród łem przyjemności czytelniczej, jeśli ktoś lubi taką literaturę. Ja tak. I przeciwnie, proste powiastki, które dla większości kobiet są źródłem przyjemności, dla mnie są udręką.
    Wydaje mi się, że autor po prosu oceniał po sobie.

    • pozeracz

      Ano właśnie – nie każda przyjemność musi być prosta. Nie każda lektura jest prosta. Osoby biegające maratony też czerpią z tego pewną przyjemność, ale na ostatnich kilometrach pewnie nie jest im wcale do śmiechu.

  13. Jeszcze coś mi się przypomniało w temacie. Nawet tzw. wyrafinowani czytelnicy mają różne gusty. Tak na przykład niedawno czytałam ‚Gargantuę i Pantagruela’. Ubawiłam się przy tym jak rzadko kiedy, a już III księga była rewelacyjna. Połknęłam to jednym tchem. Natomiast taka pani Orzeszko, blogerka, nadziwić się nie mogła jak przez to przebrnęłam. Gusta są różne.

  14. Kiedy czytam tego typu jojczenia, że czytelnictwo się zmniejsza, to niezmiennie mi sie przypomina Boy Żeleński. Pisał on w swoich esejach 😉 o dwudziestoleciu międzywojennym. Wtedy to dopiero było szaleństwo! Jakikolwiek dostęp do „kultury” miało około kilkuset tysięcy ludzi (albo nawet mniej, o ile dobrze w tej chwili pamiętam) w całym, czterdziestomilionowym kraju… 😉

    • pozeracz

      No widzisz, na pewno im było lepiej w tamtych czasach. Czytać nie umieli, więc nie mogli narażać swoich niewyrobionych gustów na literaturę niską człowieka psującą. Przecież to czytanie do niczego i godnego i tak by się im nie przydało.

      A tak serio… Historii nikt jeszcze nie powstrzymał, choć niektórym nieomal udało się obwieścić jej koniec 😉

  15. Czepiam się książek

    Chyba wszystko już zostało powiedziane, więc pozwolę sobie tylko wkleić jako kontekst i może też ironiczny komentarz do eseju Króla – który tylko ambitnego i wyrobionego czytelnika uznaje za człowieka godnego miana czytelnika w ogóle – fragment, skądinąd świetnej, książki, którą właśnie skończyłam czytać. Petra Hůlová, „Macocha”, rzecz o pisarce. Niegdyś autorce ambitnej literatury, dziś taśmowo produkowanych harlequinów, które o dziwo pozwalają jej zachować resztki zdrowych zmysłów i nie stoczyć się całkowicie w alkoholizm. Bo pisarz też potrzebuje pracy, jaka by ona nie była.

    „Ale to naprawdę niesprawiedliwe, że ludzie nie postrzegają gniota jako negatywu, gdzie jasne perspektywy spuszczają łomot nieszczęśliwym zakończeniom, które przecież spotykają nas co dzień, więc kto by chciał jeszcze o nich czytać, nie, dla ich gniot to zło, gniot literacki kmiot, a myślą tak nawet ludzie, którzy sami ją czytają, wiecie, jak ich poznaję? Tacy mówią na gnioty literatura lekka. (…) Tak zwana literatura bowiem (ta, która mną gardzi) obfituje zwykle w całą gamę sposobów na spieprzenie sobie życia, i wiem, o gustach się nie dyskutuje, ale prawda jest taka, że zwykły człowiek marzy raczej o szczęściu. A zwykły człowiek wcale nie znaczy głupi, panie mądralo.”

    P.S. Qbusiu, nazwy czasopism podaje się w cudzysłowach, a u Ciebie coś je zjadło 😉

    • pozeracz

      Zacznę od post scriptum: pozwoliłem sobie na swym blogu na odrobinę odstępstwa od normy i zastępuję cudzysłowy pogrubieniem w przypadkach tytułowych. Wyjątek stanowi tytuł wpisu, bo tego nie mam jak bardziej pogrubić.

      Podoba mi się ten cytat z Hůlovej, a ładnie uzupełnia go komentarz Beatrycze znajdujący się nieco niżej. Zresztą ja uważam, że unikanie cierpienia – nawet tego nierealnego, literackiego – to bardzo zdrowy objaw. Dążenie do współodczuwania go przez lekturę ma mimo wszystko w sobie coś z masochizmu.

      • Czepiam się książek

        A to przepraszam, rozumiem, że taka konwencja, będę pamiętać na przyszłość 😉

        I masz rację, życie czasem bywa dostatecznie smutne i bolesne, nie trzeba się dobijać, czytając egzystencjalistów. Od czasu do czasu człowiek i jego duch potrzebują literackiego pokrzepienia w postaci czegoś lżejszego 🙂

        • pozeracz

          U mnie taką rolę spełniają częściej filmy, gdyż od pewnego czasu mam alergię na te gatunki, które mnie tak kiedyś rozrywały. Nie wiem, skąd mi się to wzięło.

  16. Krzyś

    To wszystko jest tylko kwestia skali. Pan Król za analfabetów uważa wszystkich, którzy nie czytają Stendahla (koniecznie: dla przyjemności), inni tych, którzy czytają tylko „Greya”. To wszystko jest tylko kwestia skali. Recenzowanie książek jest też przejawem snobizmu, żaden porządny czytelnik nie-snob nie odważyłby się na publiczne szlachtowanie jakiejś książki tylko dlatego, że jemu się nie podoba 😉

    • pozeracz

      To nie snobizm, to po prostu bezczelność 😛 Gdy spojrzeć na recenzowanie z tej strony, to wymaga nieco pewności siebie. Trzeba mieć wewnętrzne przekonanie, że ma się coś choćby trochę ciekawego/nowego do powiedzenia albo że inni będą tym zainteresowani.

  17. Beatrycze

    Przeczytałam ten esej i szczerze mówiąc znudził mnie setnie. Zaczęło się o czytelnictwie, ale potem głównie zeszło na to, że politycy głupi są – przynajmniej ja to tak odebrałam.

    Natomiast pomyślało mi się – pokutuje gdzieś to stwierdzenie, że „wielka literatura” musi być ponura. To się ze szkoły wynosi i podejrzewam, że wynika to z doboru lektur i tego, jak się je omawia.

    Bo prawdą jest, że to przekonanie gdzieś we mnie tkwi – że „literatura ambitna” przeważnie będzie nudna i dołująca.
    (ale tutaj się pochwalę, że czytałam „Króla Leara” i „Biesy”, choć już nie „Czerwone i czarne”, mimo że mam w domu stareńkie wydanie po dziadku). I stąd jakoś mnie nie nęci do zgłębiania klasyki światowej.

    Myślę sobie – miałam raczej smutne dzieciństwo, a potem dojście do tego, co teraz mam, kosztowało mnie mnóstwo pracy i stresu. Moja praca polega też na czytaniu/przeglądaniu publikacji naukowych setkami. To i w czasie wolnym chciałabym poczytać coś, co mnie podniesie na duchu, a nie zmęczy i sponiewiera.

    I tak jeszcze – bo akurat natrafiłam na ten wpis po tym, jak zajrzałam odpowiedzieć na pytanie, czemu lubię fantasy. Pomyślałam, że lubię je także dlatego, że zazwyczaj jednostka ma tam siłę sprawczą. Bohaterowie działają, mają cele i je realizują, mają jakieś talenty, które rozwijają, wewnętrzną siłę i determinację. Lubię o takich ludziach czytać.

    Ubawiła mnie ta uwaga o staruszkach. Spodziewałabym się raczej jakiejś uwagi o kobietach, czytających tanie romanse. Nie wiem, skąd tych staruszków wyciągnął.

    • pozeracz

      Głupi są wszyscy poza „the happy few”.

      W tym przekonaniu o ponurości jest nieco prawdy i zdecydowanie spora część tego bierze się ze szkoły. Rozumiem potrzebę przekazania pewnych treści i zaznajomienia z kanonem, ale można to przecież robić na różne sposobu. Tylko tu znów wszystko zaczyna sprowadzać się do statusu zawodu nauczyciela.

      Poruszasz też bardzo ważną kwestię, na którą po części odpowiedziałem nieco wyżej. Nie każdy ma chęć ani też potrzebę męczyć się literacko, gdy życie męczy go wystarczająco – fizycznie czy psychicznie. I nie ma w tym nic złego. Czytanie takiej literatury jest w pewnym sensie skrzywieniem.

      Co do fantasy – jest takie ładne słowo w angielskim – empowerment. Zresztą to, co piszesz wyjaśnia też, dlaczego wielu osobom brakuje protagonistów wychodzących poza schemat białego mężczyzny. Wystarczy pokazać, jak ważna była niegdyś postać Uhury w Star Treku.

      • Beatrycze

        @ ostatni akapit: o, ciekawe, nie znałam tego pojęcia.
        Ja myślę, że z tym białym mężczyzną jest tak, że o ile pisarz z rozmysłem nie zdecyduje się osadzić akcji w jakiejś egzotycznej scenerii np. ciepłym kraju, to automatycznie będzie pisał o tym, co jest mu bliskie, czyli o bohaterach do niego podobnych. A że większość fantasy pisali biali, to i o białych.
        Jeśli o mnie chodzi, to jak się teraz zastanawiam, historie z męskimi bohaterami są dla mnie tak samo nazwijmy to pozytywnie inspirujące, jak z kobiecymi.

        • pozeracz

          W pewnym sensie rozumiem, że dla autora takiego najłatwiej jest napisać właśnie o takim protagoniście, ale odsetek powieści z innym schematem jest chyba nieco zbyt duży. Poza tym i tak do końca do mnie nie przemawia argument, że np. perspektywa czarnoskórego mieszkańca USA jest aż tak różna od białoskórego. Albo że autor, który umieszcza i tak inne postacie w swoich powieściach, nie może zmienić perspektywy. Idą po prostu na łatwiznę.

  18. Czytanie Twojego wpisu dostarczyło mi więcej przyjemności niż czytanie owego eseju, felietonu, czy co to tam (choć szczerze wątpię, żebym robił to w tym celu).

  19. Ja w moim zaścianku znowu nie doinformowana
    Chyba nie ciągnie mnie do przeczytania tego górnolotnego felietonu szczególnie, że nie czytam Dostojewskiego (choć kurcze coś tam dziobnęłam) więc nie zaliczam się do zbioru few. 😉

    • pozeracz

      Fiu fiu 😉 Ja muszę w końcu zakupić to „Pismo.”, bo podobają mi się ich reakcji. Mimo krytycznego podejścia podziękowali mi za wpis i są bardzo otwarci. Mają za to u mnie dużego plusa.

  20. Po pierwsze – podoba mi się Wasze wspólne polemizowanie z Natalią, super pomysł 🙂 Bo przecież o czytelnictwie trzeba rozmawiać wspólnie, a na pewno nie oddzielać się grubą kreską od kogokolwiek. Bo przecież czy chodzi nie tylko o „jakość” czytanych książek, ale o to, by w ogóle czytać? Gdy czytam pana Króla tym bardziej daleko mi do „hejtowania” kogokolwiek i jego/jej gustu czytelniczego. Mnie osobiście najbardziej rozbawił argument, że nie czytamy literatury jakby wysokiej czy klasyków, bo lubimy unikać cierpienia i czytać przepisy i modę. Jakże to mylne, zwłaszcza spoglądając na mnie samą i zainteresowanie lekturami, które zamieszczam – większość przeciąga człowieka, rozjeżdża, zmusza do refleksji, często z niezbyt optymistycznymi wnioskami i to te interesują czytelników najbardziej – chcemy „czuć” lekturę i wszystko, co zawiera, a nie tylko oderwać się od rzeczywistości, wręcz się w niej jeszcze głębiej zanurzyć.

    • pozeracz

      Ile osób czytających, tyle podejść. Ile momentów w życiu, tyle czytań. Czasem czyta się właśnie tak, jak opisujesz, a czasem zgodnie z podejście Beatrycze. Niektóre osoby całe życie będą czytały literaturę lekką, inne nie będą czytały nic. Zresztą tu dochodzimy do kwestii zasadniczej – jak bym czytania nie kochał, to uważam, że ocenianie osoby po czytaniu/nieczytaniu jest zwyczajnie głupie. Może nie będę miał z tą osobą aż tyle wspólnych tematów, ale czy to oznacza, że ktoś jest głupszy ode mnie? Trzeba bardzo uważać z generalizowaniem i ferowaniem wyroków. Czytanie nie czyni nas automatycznie lepszymi.

      Ale rozpisuję się tu nie na temat. Niech tytułowe „wespół w zespół” pozostanie jednym z przesłań tego wpisu.

  21. Beatrycze

    Wyszło na to, że jednak ów artykuł wjechał mi na abicję (a po części też wpływ miał deficyt nowości, które by mnie zainteresowały) i sięgnęłam po Stendhala (jak się okazało jednak miałam u siebie „Pustelnię parmeńską”). Tak, że przeczytałam i teraz pławię się w poczuciu wzrostu mojego ukulturalnienia ;P

    Już kiedyś miałam w rękach tę powieść ale… zniechęciła mnie przedmowa. Cóż za dziwna rzecz – dziś na okładkach wydwaca zachwala książki zwykle z przesadą, a wydanie „PP” z lat 50tych rozpoczyna się przedmową, w której Boy-Żeleński (będący zarazem tłumaczem) … zapamiętale wymienia wady książki.

    Do tego z przedmowy Boya można się dowiedzieć (przytaczam jako ciekawostkę) np. „zwłaszcza włoska kobieta (…) pozostała – w najwspanialszych swych egzemplarzach – owym instynktem (…). Księżna (…) [jest] żywym wyrazem owej spokojnej, niezachwianej ani na chwilę a m o r a l n o ś c i kobiety, o ile pozostała ona cała instynktem nie tkniętym niemal przez wychowanie społeczne”. Dziwne to jest, bo jeśli chodzi o moralność bohaterów, to kobiety się w powieści nie różnią od mężczyzn, księżna zaś jak najbardziej orientuje się w kwestiach społecznych i cóż – mimo tego, że narrator nieraz krytykuje jej kapryśność, warto zauważyć, że przecież w toku fabuły awansowała od niezbyt bogatej i niezbyt dobrze wydanej za mąż szlachcianki do jednej z najbardziej wpływowych osób w księstwie.

    A przechodząc do samej treści – tu mnie zdziwienie czekało, bo jednak po uczeniu się, jak to Stendhal ojcem realizmu i zwierciadło po gościńcu… a tutaj mamy satyryczno-przygodowy-romans z dużą ilością mało prawdopodobnych wydarzeń, mnogością scen ckliwych a sentymentalnych, z ducha bardzo romantycznych i wreszcie scenę z przepowiednią, którą słyszy bohater i która mu się spełnia.

    Co poza tym – nie jest to rzecz ponura i mówiąca o ciężarze egzystencji. Ani też nie ma struktury z rozwinięciem, kulminacją i zakończeniem, fabuła raczej sobie meandruje. Choć przeczytałam, że Stendhal nie był bardzo chętnie czytany w swoich czasach, to jednak mam wrażenie, że książkę tę napisano przede wszystkim dla rozrywki czytelnika, który może dzięki niej umilić sobie wieczór czytając o perypetiach i fanaberiach osób pięknych i bogatych, mających interesujące, pełne uniesień życie, ale też takich, co do których czytelnik może poczuć się lepszy moralnie a czasem i inteligentniejszy (dziś tę potrzebę zaspokaja się w znacznie mniej wyrafinowany sposób).

    Spodobał mi sie wątek dworskich intryg, lubię też ten staroświecki język, ale całość postrzegam bardziej jako przyjemną ciekawostkę i raczej nie będę na gwałt poszukiwać teraz innych książek Stendhala. Przy okazji – co tam fantastyka, ci arystokratyczni bohaterowie to dopiero istoty z innej planety ;P

    • pozeracz

      Ładnie, ładnie. W przedmowie do dopiero co recenzowanego „Na srebrnym globie” Lem też bez wahania od wadach pisze, choć w sumie to chwali.

      A co do Stendhala… To brzmi bardzo kusząco. I napiszę to pomimo tego, że psujesz mi tezę, że ten artykuł nikogo do czytania nie zachęci 😀

      • Beatrycze

        Z takich klasyków to latami obiecuję sobie „Annę Kareninę”. Trzeba będzie kiedyś się zebrać.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén