Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Ojcowie, wiraże i defekt, czyli „Szkoła wyprzedzania” Joanny Krystyny Radosz

Podsumowując swoje wywody poświęcone Czarnej książce, wyraziłem zdziwienie brakiem wydawcy. Wspomniany zbiór opowiadań był całkiem niezłym kawałkiem sports fiction, a w dodatku rzeczony sport Pożeraczowi bliski jest. Dlatego też ucieszyłem się na wieść o wydawcy znalezieniu oraz otrzymanie od autorki egzemplarza do recenzji. W taki właśnie sposób trafiła do mnie właśnie Szkoła wyprzedzania.

szkoła wyprzedzania radosz

Dymitr Kazdrowicz zdecydowanie nie przejął się śmiercią swojego ojca nawet w połowie tak bardzo jak większość mieszkańców Wenecji Północy. Biznesmen, wieloletni kierownik największego w mieście zakładu zwany był „ojcem Petersburga”, ale młodszy syn nie mógł mu darować oschłego traktowania i faworyzowania starszego z potomków. Dlatego zabrał swojego przybranego syna młodego żużlowca Emila, i czmychnął do Togliatti, gdzie został prezesem miejscowego klubu żużlowego. Jednak pozostawiony przez rodziciela testament oraz pewna młoda pani psycholog mocno komplikują mu zapominanie o dawnych czasach.

Co prawda opis okładkowy zdecydowanie sugeruje, że Szkoła wyprzedzania główny akcent kładzie na elementy sensacyjne, ale rzeczywistość jest nieco inna. Początek zdecydowanie skręca w stronę obyczajową, a wątek kryminalny nieśmiało przemyka w tle. Z czasem ten drugi przejmuje pierwsze skrzypce, ale oba zazębiają się bardzo mocno. Rozczarować się więc może ten, kto oczekuje rasowego thrillera czy innego Reachera, ale stroniących zazwyczaj od takiej prozy gatunkowej (patrz: Pożeracz) może to być plus. Prawda jest też taka, że i początek wciąga: połączenie konfliktów osobowych i wątków żużlowych z tą nutką tajemnicy na drugim planie daje niezły efekt. Warto też zaznaczyć, że speedwayowe wstawki nie wymagają znawstwa. Owszem, jako taka znajomość realiów i środowiska smaczku dodaje, acz konieczna nie jest.

żużel speedway szkoła wyprzedzania

Wątek obyczajowy w sposób oczywisty postaciami stoi i ich kreacją. Szkoła wyprzedzania jest jak na taką powieść w teorii sportowo-sensacyjną źródłem nie tylko ciekawie zarysowanych postaci, ale i relacji. Dymitr stara się nie przenosić złych doświadczeń z rodzicami na swą relację z podopiecznym, wypierając negatywne wspomnienia. Wchodzącą z obawami i niechęcią w żużlowy świat Nataszę traktuje z rezerwą i podejrzliwością. Emil pełen niepewności debiutuje na torze, martwi się o opiekuna, a i jego przeszłość łatwa nie jest. Główna oś fabularna i obyczajowa kręci się właśnie wokół tej trójki i wychodzi to całkiem nieźle. Drobne zastrzeżenia można mieć względem wątku romansowego, który w pewnym momencie przyspiesza bez wyraźnego powodu.

Źródłem największego powieściowego zgrzytu jest zaś późno wchodzący na scenę wątek sensacyjno-kryminalny. Ogólnie rzecz ujmując, jest on przeprowadzony w sposób przemyślany i udany, ale zawiera pewien defekt probabilistyczny. Otóż, skuteczny i poważany w światku szef petersburskiej mafii, kierownik wielkiego przedsiębiorstwa wybiera na swojego następcę… nastolatka. Emil co prawda przejawia znaczne zdolności przywódcze, ale to nadal rozchwiany nastolatek. Powody są niby podane, ale nie brzmią zbyt przekonująco . Ta nielogiczność wadzi tym bardziej, że jest to jeden z centralnych elementów układanki, a pozostałe są raczej udane. Choć sam finał wypada efektownie, posiada niezłą woltę, a do tego mógłby być zaczątkiem dla potencjalnie ciekawego thrillera.

radosz foto autorka szkoła wyprzedzania

Szkoła wyprzedzania to powieść, która mimo wad pozytywnie mnie zaskoczyła. Od pewnego czasu stronię od powieści sensacyjnych, więc podchodziłem z pewnymi obawami, ale obyczajowa domieszka w połączeniu z ciekawymi postaciami zaowocowały udaną lekturą. Może to dziwnie zabrzmi, ale dawno mnie coś tak po prostu nie wciągnęło.

Podziękowania dla autorki za przesłanie egzemplarza do recenzji!

Z zaciekawieniem przyjrzał się składom, punktom, wynikom, jakby to wszystko widział pierwszy raz w życiu. Jakby go nie dotyczyło. Czuł się ogłuszony i jeszcze nie tyle szczęśliwy, co zdezorientowany. Wiedział, że euforia nadejdzie później, już to przecież ćwiczył.

Poprzedni

Bezduszna matnia, czyli „Tragedia na przełęczy Diatłowa” Alice Lugen

Następny

Podróż w inną stronę, czyli „Pokuta” Anny Kańtoch

6 Comments

  1. Joanna Krystyna

    Uradowała mnie ta recenzja niezmiernie i na wielu poziomach 🙂 Przede wszystkim: że wciągnęło. Ma wciągać, ma połykać, ma przeżuwać i wypluwać ( nie powiem, że pożerać, bo wyszłoby niefortunnie ;)). Ma przyciągać bohaterami, bo w sumie opowiadam historie o ludziach, a cała reszta sobie jest w tle i dobrze mi z nią, ale LUDZIE, ludzie są najważniejsi.
    Więc jeżeli to wyszło, jestem przeszczęśliwa!
    A teraz strona mroczniejsza, bo nie chcę się tłumaczyć (tylko winny i tak dalej), ale nie chcę też przemilczać, bo nie umiem przemilczać. „finał wypada efektownie, posiada niezłą woltę, a do tego mógłby być zaczątkiem dla potencjalnie ciekawego thrillera” – to to to. Ten finał w kontynuacji ma spektakularnie wybuchnąć w twarz bohaterom, a przy okazji czytelnikowi. Co zaś się tyczy samego głównego zastrzeżenia to tak, jest ono nieprawdopodobne z punktu widzenia logiki, ale: 1) nawet Władimir K. nie zawsze kierował się logiką oraz 2) on miał znakomity plan, tylko nie przewidział, że nie zdąży z wykonaniem. Miał gość naprawdę dobry pomysł, ale nie wziął pod uwagę, że ludzie są ludźmi oraz że nie zawsze poprawnie ocenia cudzą przebiegłość. No, już milknę, żeby za dużo nie zdradzać, bo to jeszcze zrobi bum.
    I hurra, jesteś pierwszą osobą, która zwróciła uwagę na to, że coś w tym finale jest nie halo! Po tylu latach się doczekałam. Trochę wzruszonam, przyznaję 🙂
    Dziękuję za recenzję i życzę samych dobrych lektur!

    PS: Biorąc pod uwagę tempo napisania tej recenzji, zaiste pożarłeś Szkołę. Uznam to za komplement.

    • pozeracz

      Finał zadziałał właśnie dzięki bohaterom… Bardzo chciałbym zobaczyć, jak Emil poradzi z konsekwencjami. I jak poradzi sobie Julia… No i w ogóle 😉

      A co do Władimira… OK, z takiej perspektywy wygląda to lepiej, ale i tak nie do końca to kupuję. Nawet przy uparciu się na ten wybór, a nie inny, spodziewałbym się jakiegoś zabezpieczenia czy innej klauzuli, albo też innego regenta.

      I tak jak pisałem: będę czekał i wypatrywał.

      • Joanna Krystyna

        Spokojnie, kontynuacja powinna odpowiedzieć na wszystkie pytania, nawet te, które nie padły 😉
        Chociaż prawdę powiedziawszy, piszę tę kontynuację głównie po to, żeby pokazać konsekwencje dla bohaterów. Bo co mnie szalenie irytuje w wielu książkach, to właśnie to, że bohaterowie otrząsają się z traumy i idą dalej, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. A tu właściwie każdy ma coś jeszcze do przepracowania. A ten jedyny, który w sumie nie ma, dostanie swoje problemy.

        • pozeracz

          O, tak. Podzielam to. Ogólnie z czasem coraz bardziej denerwuje mnie lekkość w mordowaniu. Może to niepotrzebne skrzywienie, ale nawet w fantastyce zaczyna mnie to irytować. Rozumiem, że żołnierz/generał nie ma czasu zastanawiać się, gdy rozchodzi się o życie lub śmierć, ale gdy nawet w teoretycznie emocjonalnie „cięższych” opowieściach wszystko to nie odciska żadnego piętna, to wypada to dziwnie.

  2. Aż sprawdziłem kto zaś ów Reacher – nie znałem wcześniej bohatera i raczej nie poznam, bo na powieści sensacyjne jakoś ostatnio nie mam ochoty 😉 A co do „Szkoły wyprzedzania” to mając w pamięci recenzję wspomnianego na początku zbioru, cieszy fakt, że autorce udało się znaleźć wydawcę.

    • pozeracz

      U mnie z sensacyjnymi podobnie, zwłaszcza w tradycyjnym wydaniu. Co ciekawe… Gdy głowa na skupienie wielkie nie pozwala, nadal lubię sobie zapodać taką głupawkę w wydaniu filmowym – ostatnio oglądałem najnowsze „Mission: Impossible” i „Londyn w ogniu”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén