Kierowanie się cudzymi gustami bywa ryzykowne, nawet jeśli tymi innymi są szacowne grona nagrody przyznające. Jednak gdy szuka się literackiego skoku w bok w science-fiction w Polsce jeszcze nie wydane, wybranie powieści nagrodzonej Locusem i nominowanej do Hugo, Nebuli i nagrody im. Arthura C. Clarke’a, wydaje się być obarczone minimalnym ryzykiem. Ninefox Gambit Yoona Ha Lee wpadł mi w oko za sprawą tych honorów i nieco żałuję, że sięgnąłem po niego dopiero teraz.
Jedna z wpajanych mi kiedyś zasad recenzowania mówiła o konieczności porzucenia personalnych oczekiwań wobec dzieła. W końcu powinno być ono oceniane samo w sobie, a nie według tak subiektywnego, zewnętrznego kryterium. W dodatku każdy czytelnik może się po danej opowieści spodziewać się czegoś innego. Pewnym wyjątkiem są tu powieściowe cykle, w których to powiązania fabularne stają się źródłem takich założeń. Dwa pierwsze tomy cyklu Meekhańskiego oceniłem bardzo pozytywnie, ale – paradoksalnie – Niebo ze stali rozpoczynałem ze znacznymi obawami. Niestety, spełniły się one w znacznej mierze.
Już miałem w tym tygodniu wpisu żadnego nie publikować, już miałem okrutnie Was porzucić przed tygodniowym wyjazdem w góry nieco niższe niż zwykle, ale to śniegiem zasypane. Wtem! W życiu mym zjawił się on… Jerzy Jarniewicz. Przybył do mnie z grodu Kraka, wstrząsnął mną i zmieszał. Przywołał wspomnienia, rozbudził pragnienia i translatorskie tęsknoty. Postanowiłem więc Was nie porzucać tak prędko, a raczej zrobić coś gorszego: zrzucić na Was ciężar swych okołotłumaczeniowych przemyśleń i epizodów.




