Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Skazy sławy, czyli „Sempre Susan” Sigrid Nunez

Znane przysłowie brzmi „co rok prorok”, zaś na mym blogu można je sparafrazować tak oto: „co rok Nunez”. Dwa lata temu zachwyciłem się krótką powieścią o przyjaźni i żałobie, czyli Przyjacielem. Rok później ciepłe uczucia wzbudziła zaś Pełnia miłości. Teraz zaś przyszła pora na kolejną książkę Sigrid Nunez, ale i jednocześnie na pewną odmianę, gdyż Sempre Susan to literatura non-fiction. Trochę wstyd przyznać, że twórczość Susan Sontag znana jest mi tylko z drugiej ręki, a w dodatku biografie mnie nie kręcą ni trochę, więc nieco obawiałem się rozminięcia z tematem.

sempre susan okładka

Gdy Sigrid Nunez poznała Susan Sontag, ta druga zdążyła sobie zapracować na bardzo solidną dawkę (nie)sławy. W światku artystycznym była znana ze swoich polemicznych esejów, wysokiej inteligencji i specyficznego stylu bycia. Początkowo młoda pisarka miała pomóc doświadczonej autorce w przebiciu się przez stos korespondencji, która nazbierała się w czasie leczenia. Z czasem jednak Nunez zaczęła spotykać się z synem Sontag, później zamieszkała w jej mieszkaniu, a ich starsza kobieta stała się nie tylko mentorką, ale i przyjaciółką.

Jak wspomniałem w pierwszym akapicie, tytułową bohaterkę znam wyłącznie na poziomie encyklopedycznym czy też z nawiązań do jej dzieł krytycznych w innych dziełach. W dodatku nie mam tendencji do zaglądania ludziom w biografie, więc w pewnym sensie i jak dziwnie by to nie zabrzmiało, Susan Sontag nie interesowała mnie jako osoba. Sempre Susan zaciekawiło mnie jako portret pisarki napisany przez inną pisarkę, jako obraz zetknięcia niezwykle silnego charakteru ze sławą i własnym oczekiwaniami względem sukcesu. Z czasem okazało się, że można te wspomnienia także odczytywać jako przedstawienie różnych spojrzeń na bycie twórcą, na bagaż niezdrowych relacji z rodzicami czy też rzut okiem na pewien wycinek nowojorskiego życia literackiego (patrz: cudny fragmencik z Brodskim miauczącym na powitanie).

Na styku tego wszystkiego Sempre Susan jest też ciekawym studium porównawczym różnic w perspektywach. Zasadne są tu trzy główne punkty widzenia: samej Susan, Sigrid Nunez oraz nie do końca uchwytnego ogółu. Sontag uważana jest do dziś za jedną z najważniejszych intelektualistek dwudziestego wieku, ale miała opinię wyniosłej, złośliwej i aroganckiej. Nunez nie próbuje wymazywać tego elementu jej charakteru i wspomina o męczarniach mentorki np. na spotkaniach autorskich, ale jednocześnie ukazuje pisarkę z innej strony. Dzięki temu czytelnik może zobaczyć momenty zwątpienia, poczucie osamotnienia mimo szerokiego grona bliskich przyjaciół czy też otwartość na innych. Podobne kontrasty widoczne są w ocenie własnego dorobku lub twórczości. Starsza pisarka miała poczucie, że artystycznie zmarnowała dużo czasu po studiach i cierpiała z powodu niedoceniania jej prozy, ale dla młodszej i tak stała się mentorką, przewodniczką na początku literackiej drogi.

Patrząc na całość nieco szerzej, muszę się jednocześnie zgodzić i nie zgodzić z cytowaną na okładce Magdaleną Kicińską – Sempre Susan to rzeczywiście dla mnie portret szczery, ale nie zdecydowanie nie pozbawiony ocen. Dużo tu ze strony Nunez ciepła, zrozumienia i sentymentu, ale też i wspominania o wadach i trudnych momentach. Młodsza pisarka, niczym właśnie dobry przyjaciel, nie boi się wytknąć mentorce pewnych spraw i paradoksów charakteru. W niektórych jednak momentach da się między wierszami wyczuć może nie tyle poczucie wyższości, co nie do końca zdrowe współczucie czy pretensję. Jest to jednak obserwacja wysoce subiektywna i bardzo możliwe, że wynika na przykład z przyzerowej wiedzy wejściowej o samej Sontag. Schodząc zaś na sam koniec do poziomu obserwacji niemal banalnych, można tu znaleźć kolejny z niezmierzonej liczby dowodów na to, że sława szczęścia nie daje, a sukces jest w oku patrzącego.

Koniec końców Sempre Susan okazało się lekturą ciekawą, choć niekoniecznie z tych samych powodów, co dla innych. Ten niedługi memuar jednego aktora nie wzbudził we mnie specjalnego zainteresowania samą Susan Sontag (ani też Sigrid Nunez), ale posłużył za intrygujący materiał do przemyśleń na temat postrzegania, sławy i kreowania siebie. Wszystko to sprawnie podane w tłumaczeniu Dobromiły Jankowskiej.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję…

O Sempre Susan poczytacie też tu:

Kiedy teraz o tym myślę, przypominam sobie jeszcze coś, co często robiła Susan: wspominała swoje dzieciństwo jako czas absolutnej nudy i dodawała, że nie mogła się doczekać jego końca. Zawsze miałam problem, by to zrozumieć (jak można czyjekolwiek dzieciństwo – nawet takie niekoniecznie szczęśliwe – nazywać „zupełnie niepotrzebnym”?) […] Z jakiegoś powodu nie wierzyła w dzieciństwo, czy też, by ująć to celniej, nie widziała w nim żadnej wartości.

 

Poprzedni

Perspektywy odśrodkowe, czyli „Driftwood” Marie Brennan

Następny

Droga dziwna i naznaczona przypadkiem, czyli wywiad z Robertem M. Wegnerem

4 Comments

  1. Ja do Sontag ciągle się przymierzam, tyle że jak na razie co rusz wpada mi w ręce coś innego. Ale gdy już nastąpi ta chwila, że liznę nieco twórczości pani S., to będę mieć na uwadze rzeczoną pozycję, bo bardzo lubię wiedzieć coś o autorze czy autorce, których dzieła aktualnie poznaję – utwierdza mnie to w przekonaniu, że po drugiej stronie jest człowiek z krwi i kości 🙂

    • pozeracz

      Ciekawe, jak zmienia się interpretacja zależy od kierunku poznawania: gdy najpierw przeczyta się coś o autorze, a potem dopiero coś autora.

      • Ciekawe tematy do rozważań podrzucasz, ciekawe. Generalnie wg mnie sporo zależy od samej książki – jeśli są w niej wątki biograficzne autora/autorki to siłą rzeczy część czytelników/czytelniczek będzie znacznie mocniej zainteresowana życiorysem. Ale w jakim sensie zmieni to odbiór dzieła, to już chyba zależy od odbiorców – ja dla przykładu staram się oddzielać te 2 sprawy o tyle, że zakładam, iż nic nie stoi na przeszkodzie, by ktoś niesympatyczny (eufemistycznie rzecz ujmując) napisał coś b. dobrego 😉

        • pozeracz

          U mnie to się dzieje niejako naturalnie, bo życiorysy ogólnie mnie nie interesują. Czasem jednak człowiek dowie się nieprzyjemnych faktów siłą rzeczy. Tak było na przykład z Orsonem Scottem Cardem – jednym z moich ulubionych autorów i towarzyszem początków czytelnictwa fantasty i science-fiction, a który nieraz publicznie ogłaszał swe homofobiczne poglądy. Na szczęście akurat ta część jego poglądów do literatury nie przenika (bo np. jego religijne przekonania posłużyły za kanwę całej powieści).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén