Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Cienie Republiki, czyli „Star Wars. Kres Imperium” Chucka Wendiga

Czytelnikiem staram się być ambitnym, ale mam kilka popkulturowych słabości, które bez pudła sprowadzają mnie na rozrywkowe ścieżki. Gwiezdne Wojny to jedna z tych słabostek, a jednocześnie swoiste zwierciadło dla tego, co dzieje się w popkulturze jako takiej. Mimo wielu zawirowań i konsekwencji nadal pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, a wykupienie jej przez Disneya gwarantuje, że szybko to się nie zmieni. Korporacja ta jest co prawda swoistym odpowiednikiem Imperium, ale dla większości fanów jest to sprawa drugorzędna. Liczbą się kolejne filmy, liczy się kanon tworzony przez Lucasfilm Story Group, która dba o spójność i łączliwość wszystkich dodatków do gwiezdnowojennego świata. Teraz zaś pora sprawdzić, jak w to wszystko wpisuje się Kres Imperium Chucka Wendiga.

kres imperium okładka

Wydarzenia na Chandrili wprowadziły nieco chaosu w poczynania Nowej Republiki. Trwa powolne konsolidowanie planet i sojuszników po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci, ale zbliżające się wybory generują wewnętrzne napięcia. Zresztą siły zwierają także potężne konglomeraty przestępcze, które utuczone na długiej wojnie próbują zapełnić lukę po Imperium. Same Imperium też nie można spisać na straty – odwrót pokaźnej floty na Jakku nie zwiastuje niczego dobrego, podobnie jak i dowództwo Galliusa Rexa, przebiegłego stratega i jednego z ostatnich zaufanych Imperatora. W dodatku w piaskach Jakku skryte jest dawna placówka Palpatine’a, która może odmienić losy wojny. Według Norry Wexley i jej tylko nieco wykolejona grupa ściga admirał Sloane, która w ich oczach winna jest ostatnich nieszczęść. Rzeczona admirał wie zaś, że za wszystko odpowiada Rax i stara się dopaść jego.

Recenzja Długu życia wskazywała na odejście do typowo gwiezdnowojennego podziału na dobrych i złych. Kres Imperium pogłębia ten trend po stronie Republiki i nieco spłaszcza w przypadku Imperium. Jest to jednak odpowiednio uzasadnione fabularnie – finał trylogii wymaga odpowiednio wyrazistego antagonisty, a w przypadku poprzednich części głównym głosem sprzeciwu była admirał Sloane, która teraz jest niezależną siłą. W przerywnikach i na marginesach nadal można dostrzec odcienie szarości, ale stanowią one raczej smaczek niż wyróżnik. Natomiast w pierwszej połowie książki wątki poświęcone Nowej Republice przypominają bardziej political niż science fiction. Stronnictwa, wybory, zakulisowe rozgrywki, niespodziewana strona trzecia, a po środku tego wszystkiego część bohaterów. Jest to ciekawa odmiana, która jednak mogłaby stać się problematyczna, gdyby nie to przeniesienie fabularnego środka ciężkości w stronę wojny w drugiej połowie. Ta dawka polityki wzbogaca więc obraz konfliktu bez nadmierne nadwyrężania cierpliwości czytelnika. Niektórym może nawet zrobić się nieco szkoda, że w filmach wszystkie podziały są tak jednoznaczne.

 new dawn republika plakat

Nadal obecne są rozdziały-przerywniki, które ukazują inne zakątki galaktyki. Nadal też budzą one mieszane odczucia. Część z nich rozwija historie postaci spotkanych we wcześniejszych interludiach i ukazują ciekawe wydarzenia z peryferiów. Czasem jednak sprawiają wrażenie dodanych na siłę, niepotrzebnych rozpraszaczy. Na osobną wzmiankę zasługuje powrót jednej z najbardziej znienawidzonych postaci w historii Gwiezdnych Wojen, Jar Jara Binksa. Marny los Gunganina może ucieszyć jego antyfanów, ale pozostałych może skonsternować albo nawet wprowadzić w stan współczucia dla tego tragicznego fajtłapy. W tym miejscu warto napomknąć, że za sprawą Disneya oraz Lucasfilm Story Group wszystko może być ważna. Ta niewielka grupka dba o to, by wszystkie historie w tym świecie były ze sobą powiązane i by do każdego dzieła dodać nawiązania do innych. Czasem, niestety, owocuje to sztuką dla sztuki, ale ogółem jest formą nagradzania osób śledzących wszystko co gwiezdnowojenne. Jak skutecznie udało się to poczynić w przypadku Kresu Imperium, pokaże zaś seans Ostatniego Jedi.

Mimo tych szarości, mimo brutalności historia spisana przez Chucka Wendiga pozostaje wierna duchowi Gwiezdnych Wojen. Fantastyczne uniwersum zostaje odpowiednio wykorzystane, a autor umiejętnie balansuje między twórczością własną, wytycznymi Disneya oraz mrugnięciami okiem do fanów. Pojawia się jakże niekonsekwentnie tłumaczone na polski „I have a bad feeling about this„, są emocjonujące potyczki powietrzne i epickie starcie flot, Bones jest nadal naczelnym pokręconym robotem, a AT-ATy wybuchają efektownie. Styl Amerykanina pozostaje zwięzły acz efektywny i świetnie sprawdza się przy scenach akcji. Autor zadbał też o rozwój postaci, nie zadowolił się tym, co przedstawił w poprzednich częściach. Han miotający się jako już-zaraz-ojciec, Sloane próbująca zaakceptować los swój i Imperium czy też Sinjir starający się za wszelką cenę nie zaakceptować faktu, że nie jest tak zły, jak myśli. Większość postaci szuka dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości i Wendig ukazał to może nie szalenie odkrywczo, ale na pewno sprawnie. Jest też pewien zgrzyt – w powieści znaleźć można kilka fragmentów dobitnie ukazujących bezosobową stronę wojny, jej bezimienne okrucieństwo i przypadkowość. Te fragmenty same w sobie są poruszające, ale nie do końca wpisują się w stylistykę Gwiezdnych Wojen, a w połączeniu z natężeniem zgonów (nawet tych udawanych) sprawiają wrażenie, że Wendigowi zabrakło pomysłów na wzmocnienie finału. Ten zaś jest odpowiednio efektowny, ale jednocześnie nieco rozczarowuje. Ten zawód jest jednak związany z tym, że zakończenie nie mogło zdradzić niektórych faktów i zamknąć pewnych wątków, gdyż pierwszeństwo mają filmy.

wendig twitter foto

Kres Imperium to bardzo dobre zwieńczenie dobrej trylogii. Pewna przesada we wzmacnianiu przekazu oraz delikatnie rozczarowujące zakończenie to drobne skazy, które nie psują frajdy płynącej z czytania. Grupa wykolejeńców o ciekawych charakterach, duże natężenie gwiezdnowojennych momentów oraz ukazanie ciemnych stron Nowej Republiki to najjaśniejsze strony mocy tej powieści. Na koniec pozostałem z intensywną obawą, że większości tych postaci mogę już nie spotkać, oraz z wielkimi oczekiwaniami względem zatygodniowej premiery Ostatniego Jedi.

Dziękuję wydawnictwu Uroboros za przesłanie egzemplarza do recenzji

– Wiesz, to odrobinę irytujące, że to właśnie ty mnie oceniasz – odwarkuje Norra.
Jas podnosi ręce do góry w geście kapitulacji.
– Żadnego oceniania. Zdecydowanie preferuję jako motyw zemstę. Sprawiedliwość to ruchomy cel. A zemsta jest czymś osiągalnym, jest cały czas tutaj, na wyciągnięcie ręki. – Uderza się rozpostartą dłonią w pierś. – Zemsta budzi podziw. Jest czysta.

Poprzedni

Splątane szlaki odchodzącego świata, czyli „Na południe od Brazos” Larry’ego McMurtry’ego

Następny

Książki zmieniają świat – „Milcząca wiosna” Rachel Carson

Komentarzy: 2

  1. Lekcja przed premierą „Ostatniego Jedi” została przez Ciebie odrobiona. Przede mną ciągle pierwszy tom trylogii, który swego czasu wygrałem w organizowanym przez Ciebie konkursie 🙂

    • pozeracz

      Ech, rozumiem to. Na mnie też czeka kilka wygranych książek. Jednak grudzień i styczeń zapowiadają się spokojniej recenzencko, więc łudzę się, że nadrobię.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén