Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Epizody łączone a odległe, czyli „Turbulencje” Davida Szalaya

Hipoteza sześciu stopni oddalenia to jedna z kulturalno-przenikliwych manifestacji tego, jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat skurczył się nam świat. Oplatająca świat sieć połączeń lotniczych stanowi nieco bardziej namacalne odbicie tego samego procesu. David Szalay stworzył serię opowieści gdzieś na pograniczu tych dwóch zjawisk. Turbulencje to zbiór krótkich historii osób mijających się w samolotach po świecie wędrujących.

turbulencje szalay

Mieszkająca z synem przechodzącym radioterapię matka wraca z Londynu do Madrytu. Turbulencje pomieszane z alkoholem wywołują nie tylko niezbyt miłe przemyślenia, ale też atak paniki i utratę przytomności. Te sam wstrząsy przenoszą colę z naczynia na spodnie współpasażera. Ten na lotnisku spotyka się z bratem i wspólnie lecą do Senegalu na ich coroczny, wspólny wypad. Zapewne czas minąłby im miło, gdy nie pół miliona rubli długu między nimi. W drodze na dakarskie lotnisko świadkiem wypadku jest z kolei Werner, pilot samolotów transportowych, śpieszący się na lot do São Paulo, gdzie…

David Szalay stworzył książkę o przemyślanej konstrukcji, w której historie są nie tylko powiązane czaso-postaciowo, ale i oparte są na tym samym motywie. Bohaterowie stykają się na różne sposoby: podróżują tym samym samolotem, mijają się na lotnisku czy wręcz uprawiają ze sobą przygodny seks. Nie łączą ich jednak żadne trwałe relacje, poznają się w przelocie i… odlatują dalej, aż w końcu opowieść zatacza koło i wraca do syna protagonistki pierwszej opowieści. Wynikowość tych relacji podkreśla wspomniane we wstępie stopnie oddalenia i zacieśniającą się sieć powiązań między ludźmi, ale jednocześnie pokazuje, że wcale nie prowadzi ona do zacieśnienia relacji między ludźmi. Znana pisarka nie potrafi pocieszyć córki, ogrodnik bije żonę i skrywa swój homoseksualizm, bracia spierają się o pieniądze i tak dalej.

szalay turbulence covers

Ależ Szalay ma szczęście do okładek

Turbulencje pojawiają się w tytule nie bez przyczyny – w pierwszym tekście potraktowane są dosłownie, ale w każdym pojawiają się też w formie życiowych zawirowań. W tych skompresowanych formach Szalay przygląda się swoim bohaterom z czułością i zrozumieniem, które to oddaje dobre tłumaczenie Dobromiły Jankowskiej. Docenić też trzeba dobór momentów ukazywanych przez autora. Teksty w oryginale publikowane w formie słuchowisk radiowych często bowiem ukazują nie sceny dramatyczne czy decydujące, a raczej te nieoczywiste. Nie pokazuje czasu, gdy matka opiekowała się synem w trakcie chemioterapii, a jej powrót do domu. Nie pokazuje ogrodnika bijącego żonę, a jego konfrontacje z jej siostrą i później spotkanie z kochankiem. Podobnie jak Yōko Ogawa, Kanadyjczyk unika tanich chwytów, taniego dramatyzmu.

Wszystkie powyższe pochwały koniec końców zdały się na nic, gdyż Turbulencje po prostu mną nie wstrząsnęły. Pozwalam sobie na skok w pierwszą osobę, gdyż żeglować będę po subiektywnych morzach. Czytanie miniatur Szalaya było dla mnie trochę niczym przeglądanie albumu rodzinnego nowopoznanej osoby. Fotografie piękne, historie za nimi stojące w teorii ciekawe, ale zabrakło więzi emocjonalnej. Możliwe, że to wina tego, że całą książkę przeczytałem w dwa posiedzenia i poszczególnym opowieściom nie udało się wybrzmieć. Po prostu gdzieś w tym pędzie między krajami, lotniskami i postaciami nie było dość czasu na odpowiednie się wczucie. Połączenie zwięzłości prozy z doborem nieoczywistych momentów zaowocowało pewną emocjonalną jałowością.

szalay foto

Jestem przekonany, że Turbulencje Davida Szalaya zadowoli wielu czytelników. i będzie miłym dodatkiem do leniwych, letnich wieczorów. Ciekawy zabieg konstrukcyjny oraz motyw, czułe podejście do bohaterów i nieoczywisty dobór momentów to zapewniają. Jednak ze mną te proza się minęła, podobnie jak w przypadku Czekaj, mrugaj mozaika okazała się nieco zbyt bogata i zabrakło wstrząsu.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję

pauza logo

W nawet łagodnych turbulencjach nienawidziła tego, że niszczą iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa i człowiek nie może już udawać, że znajduje się w jakimś spokojnym miejscu. Dzięki wódce udało jej się niemal zignorować pierwszą turbulencję.

Poprzedni

Liczby (nie)zapomniane, czyli „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawy

Następny

Ostateczny krach systemu kupieckiego, czyli „Upadające imperium” Johna Scalziego

2 Comments

  1. Ha, zaskoczyłeś mnie w podsumowaniu, bo spodziewałem się, że trafiłeś na literacką perełkę. A tymczasem pojawiło się delikatne rozczarowanie i niedosyt. Przyznaję, że sama konstrukcja utworu wydaje mi się bardzo ciekawa i szkoda, że nie do końca zdało to egzamin.

    • pozeracz

      Też spodziewałem się więcej. Zapomniałem o tym wspomnieć w recenzji – zdecydowanie lepiej w podobnych klimatach (nachodzące na siebie, powiązane postaciami opowieści) działa na mnie David Mitchell.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén