Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Zagłada domu Levovów, czyli „Amerykańska sielanka” Philipa Rotha

Przyznam zupełnie szczerze, że przez długi czas Philip Roth pozostawał poza kręgiem moich literackich zainteresowań. Owszem, docierały do mnie przeróżne peany i głosy wskazujące Amerykanina jako kandydata do Nobla, ale jakoś nie naszedł mnie czytelniczy przymus. Nie miałem nawet pojęcia, że Ewan McGregor wziął się za ekranizację Amerykańskiej sielanki. Dopiero Wydawnictwo Literackie powiodło mnie na pokuszenie i zmusiło do zadania sobie pytania: dlaczego tak późno?

Jeszcze do niedawna rodzina Levovów była podręcznikowym przykładem spełnienia się amerykańskiego snu. Lou Levov, Amerykanin drugiej generacji, ciężką pracą doszedł do niemałego majątku. Rękawiczki produkowane w jego fabryce znane są w całych Stanach. Jego syn, Seymour, zwany „Szwedem” ze względu na blond włosy i atletyczną budowę ciała, nie tylko dorasta w czasach powojennej prosperity, ale jest też uwielbianym sportowcem, bohaterem i wzorem dla rówieśników. Przejmuje interes ojca i żeni się piękną miss, Dawn. Amerykańskość ad nauseam. Do tego sielankowego obrazu nie pasuje młodszy brat, Jerry, ale jedna czarna owca idylli nie burzy. Nieco trudniej odsunąć na bok wywrotowe poglądy i zapalczywy charakter córki Szweda, Merry. Seymourowi udaje się utrzymać siebie i familię w ryzach, dopóki wszystkiego nie rozsadza bomba podłożona przez Merry w lokalnym sklepie. Od tego momentu pozory zaczynają kruszeć, iluzje pryskać, a Szwed poczyna zapadać się w sobie.

Amerykańska sielanka dotyka tak wielu istotnych spraw, że trudno wybrać od czego zacząć. Na pierwszy plan wysuwa się odczytanie tej powieści jako próby opisania, a tym samym i zrozumienia, amerykańskich przemian z końca lat 60-tych. Doszło wtedy do zderzenia dwóch przeciwstawnych impulsów amerykańskiej historii – optymizmu oraz wiary w ciężką pracę i postęp (kłania się Emerson i jego self-reliance) z mroczną odmianą amerykańskiego indywidualizmu („[…] wyrwała go z wytęsknionej amerykańskiej sielanki i pchnęła w jej antytezę, w furię, terror i desperację antysielanki – w iście amerykański obłęd.„). To Seymour i Merry uosabiają te dwa nie znoszące się wątki i to ich konflikt stanowi oś powieści. Ostrość tego konfliktu może pozornie wydawać się przesadzona, podobnie jak cytat zamieszczony w nawiasie, ale wystarczy spojrzeć szerzej na to, co działo się wtedy w USA. Każdy chyba wie co nieco o wojnie w Wietnami, protestach przeciw niej, Czarnych Panterach i tak dalej, ale czy ktoś z Was wiedział, że od 1 stycznia 1969 roku do 15 kwietnia 1970 roku miało miejsce około 8200 zamachów bombowych i prób zamachów powiązanych z ruchami studenckimi? Ja dowiedziałem się dopiero w ramach ciekawości wokół-lekturowej i fakt ten mnie zaskoczył niezmiernie. Roth doskonale ukazuje jak ten konflikt mógł się rodzić w poszczególnych jednostkach, ale nie zaniedbuje też ukazania tła. Szwed jest więc świadkiem zamieszek w Newark, upadku przemysłu w Newark i degeneracji tego miasta wraz z przenoszeniem produkcji do krajów z coraz to tańszą siłą roboczą.

Cała ta historia i rewolucja nie byłyby tak poruszające, gdyby nie mistrzostwo Rotha w pisaniu postaci. Nie chodzi tu tyle o tworzenie od zera – Seymour wzorowany był na koledze Rotha ze szkoły, a poza tym wraz z Merry stanowią bardziej odbicie wspomnianych impulsów niż postaci z krwi i kości. Mimo tego amerykański prozaik rozpisuje tę parę (i inne postaci po części także), że jednocześnie współczuje się im i brzydzi się nimi z dużą intensywnością. Na początku historia tej tragedii przedstawiona jest z perspektywy Nathana Zuckermana (pisarz, kolega Jerry’ego z klasy, znany z innych powieści Rotha), a dopiero potem przechodzi do punktu widzenia Szweda. Ta podwójność w połączeniu z licznymi reminiscencjami, bogactwem autorefleksji protagonisty i wieloma chwytającymi za trzewia scenami dopełnia aktu kreacji postaci, które trudno zapomnieć. Żydowski przedsiębiorca żyje w przekonaniu, że ciężką pracą, odpowiedzialnością i siłą swego charakteru jest w stanie przezwyciężyć wszelkie trudności i żal czytelnika chwyta, gdy wszystkie te przekonania powoli rozsypują się w pył, a wszyscy wokół okazują się nosić maski. Sam Seymour zaś przestaje sprawiać wrażenie ucieleśnienia amerykańskiego ideału i zdaje sobie sprawę, że nie pozostało w nim nic z niego samego, pozostały same oczekiwania innych, zwłaszcza ojca. W pewnym momencie żal zaczyna się mieszać z odrazą, gdy odbiorca zdaje sobie sprawę, że Seymour sam sobie na to zapracował swą nijakością i bezwolnością. Podobnie kontrasty widać w postaci Merry – od małości musiała sobie radzić z byciem nieidealną córką idealnych rodziców. Od walki z jąkaniem poprzez szok i fascynację oglądanymi w telewizji samospaleniami wietnamskich mnichów Roth odmalowuje obraz dziecka zmierzającego w otchłań buntu. Wszelkie współczucie zostaje jednak na próbę, gdy Merry staje się morderczynią. Czytelnik musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy można współczuć takiej osobie i jak sobie z takim współczuciem poradzić. Zresztą ostatnie zdania powieści („A co jest złego w ich życiu? Cóż jest na świecie mniej nagannego niż żywot rodziny Levovów?„) zachęcają do wydania werdyktu w sprawie rodziny Levovów.

Istotne są też motywy domu, postaw rodzicielskich i kreacji artystycznej. Amerykanie mają słabość do kolokwialnego powiedzenia „You had better get your house in order„, które wyraża przekonanie o tym, że bez porządku we własnym domostwie (rozumianym szeroko) nie ma co szukać szczęścia poza domem. Świetne ukazane jest to przez Poego w Zagładzie domu Usherów, a słynne przemówienie Lincolna („A house divided…„) pokazuje, że można je odnieść i do całego USA. W Amerykańskiej sielance powraca kwestia zakupu domu, sprzedaży go po tragedii i budowy nowego w ramach poszukiwania szczęścia przez żonę Seymoura. Budowa nowego domostwa oznacza zniszczenie starego także metaforycznie, a Szwed postrzega swój stary dom jako hołd dla Ameryki w ogóle. Wszystko się tu przenika. Jeśli zaś chodzi o relacje rodzicielskie, to skomplikowane są właściwie wszystkie tego typu związki w rodzinie Levovów. Ojciec głównego bohatera nie znosi sprzeciwu i choć nie posuwa się do przemocy, to wywiera wielki wpływ na Seymoura i tłamsi jego osobowość. Z kolei Merry w pewnym momencie zaczyna postrzegać swoich rodziców jako uosobienie tego, czego ona nienawidzi. Pewien problem interpretacyjny sprawia relacja matki z córką, gdyż Merry dostrzega w matce niedościgniony wzór piękna, chłodny i bezmyślny. Jednak narracja Levov w ogóle nie ukazuje tego w ten sposób, nie wskazuje na to też histeryczny stan, w który z czasem popada Dawn.

Wszystko to jednak wiąże się z motywem ostatnim, powiązanym bezpośrednio z postacią Nathana Zuckermana, który jest narratorem początku powieści, a także… twórcą reszty opowieści. Stan faktyczny jest bowiem taki, że Zuckerman nie zna szczegółów tej tragicznej historii, więc brakujące elementy dopisuje sam. To rozwiązanie według mnie jest jedyną wadę powieści. Przeważnie takie chwyty mi nie wadzą, ale tu osłabia to nieco wydźwięk fabuły, gdyż cały czytaniu ciągle towarzyszy myśl, że to zmyślone. Jest to o tyle paradoksalne, że przecież cała powieść jest dziełem wyobraźni Rotha, ale widać przekroczony został jakiś próg fikcyjności. Roth zmyśla opowieść o swoim koledze ze szkoły, w której jego porte parole zmyśla opowieść o postaci, które została stworzona na podstawie… Przyznać jednak trzeba, że chaos ten jest zamierzony i przystaje do chaosu, do którego dąży życie Levova. Łatwo też przy tym zapomnieć, że na początku powieści Nathan spotyka po Szweda po latach jako ponownie ożenionego, dumnego ojca trzech synów. Roth nie pokazuje, jak Seymour podniósł się z dna albo czy był na tym dnie tylko w opowieści pisarza. Ameryka stłamsiła dzieci kwiaty korporacjami i innymi yuppies, więc może Szwed stłamsił chaos i odzyskał spokój swojej bezosobowości. Powiązania między tymi częściami powieści ukazują też pewne cechy stylu Rotha. Roth nie celuje w kwiecistych opisach i rozbudowanych metaforach, ale pokazuje siłę prostego języka. Dramatyczne tony osiąga jedynie, w niektórych kluczowych dialogach. Ważne są tu także pewne powtórzenia oraz wprowadzane wcześnie szczegóły, które z czasem nabierają podwójnego znaczenia.

Rozpisałem się tu niezmiernie o przeróżnych motywach i aspektach Amerykańskiej sielanki, ale najważniejsze jest to, że jest to książka o… życiu. Tak, tak – wiem, że brzmi to jak wyjęte ze słowniczka rozentuzjazmowanej pensjonarki, ale powieść Rotha momentami dotyka ludzkiego sedna. Jeszcze w 1960 roku pisarz stwierdził, że życie w Ameryce staje się tak surrealistyczne i oszałamiająca, że powieściopisarze nie potrafią go przetrawić. W moim przekonaniu mu się udało ująć nie tylko chaos tamtych lat, ale i chaos egzystencji. Znów wielkie słowa, ale na ich osłodę i poparcie zostawię Wam wbrew memu zwyczajowi nie jeden a aż cztery cytaty.

Serdeczne podziękowania dla Wydawnictwa Literackiego za udostępnienie egzemplarza do recenzji

Przecież celem życia człowieka nie jest prawidłowe zrozumienie innych ludzi. Życie polega na rozumieniu ludzi opacznie, nie raz, i nie dwa, i nie sto, aż w końcu, po głębokim namyśle, znów zrozumiemy ich opacznie. Po tym właśnie poznajemy, że żyjemy: że się mylimy.


Poznał najokrutniejszą prawdę o życiu – że ono nie ma sensu. Po takiej lekcji szczęście nie bywa już spontaniczne. Staje się sztuczne, a i takie trzeba kupować za cenę wyrzeczenia się siebie i własnej historii.


Tak, jesteśmy sami na świecie, całkiem sami, a przyszłość niesie nam kolejne pokłady samotności. Nie, samotność nie powinna nas dziwić, chociaż jest doświadczeniem tak zdumiewającym. Owszem, można próbować otworzyć się na świat, ale skutek będzie tylko taki, że zamiast być samotnikiem zamkniętym w sobie, człowiek stanie się samotnikiem otwartym.


Nareszcie ujrzał, jak to naprawdę jest; liczba cztery ukazała mu wszystko, co nie da się powiązać. Decyduje chwila. Zawsze myślał, że w życiu przeważa porządek, a tylko małą cząstkę stanowi nieporządek. Zawsze myślał na opak. Tkwił w iluzji, którą sam stworzył […]

Poprzedni

Co Marks miał na myśli, czyli o różnych na literaturę spojrzeniach (część 1)

Następny

Od rezonującego czytelnika po kulturalnego historyka, czyli o różnych na literaturę spojrzeniach (część 2)

Komentarzy: 6

  1. Philipa Rotha znam jednie z groteskowej opowiastki „Pierś”, nawiązującej chociażby do „Metamorfozy” Kafki, w której pewien pan przemienia się w kobiecą pierś. Bo czemuż by i nie. Nie sądziłam, że w najbliższym czasie wrócę do autora, gdyby nie to, że w kinie zobaczyłam zwiastun do filmu z Ewanem McGregorem. A potem zaczęłam googlować. Też nie zauważyłam, że coś takiego się kroi! Już kilka głosów na temat powieści słyszałam, Ty dokładasz bardzo, bardzo solidną cegiełkę do silnego już przekonania, że i ja muszę po „Amerykańską sielankę” sięgnąć. Dziękuję – i dzięki za wiwisekcję powieści ze wspomnieniem Emersona, znienacka przeniosło mnie myślami wprost na wykład z literatury amerykańskiej o transcendentalistach <3

    • pozeracz

      Ja miałem pozytywnie pokręconego anglistę w liceum i do tego klasę prawie dwujęzyczną, więc czytałem Emersona już w trzeciej albo czwartej klasie liceum. Pamiętam, że zrobił na mnie spore wrażenie. Na studiach chętnie czytałem do więcej.

      Szkoda, że recenzje film zbiera niezbyt pochlebne. Dyskusja na Mysz-maszu wskazuje, że wiele rzeczy z książki nie zostało dobrze oddanych.

  2. Leżę i czytam

    No dobra, przyznaję, nie przeczytałam całego wpisu, ale mam usprawiedliwienie: nie dalej jak wczoraj dorwałam swój egzemplarz „Amerykańskiej sielanki”, zachęcona trailerem ekranizacji z McGregorem. Zatem wrócę, jak przeczytam (i możliwe, że również wtedy, gdy obejrzę film – reklamowany jest jako jedyna ponoć ekranizacja, która spodobała się Rothowi) 🙂
    Dotychczas czytałam „Konające zwierzę” i, całkiem niedawno, „Wzburzenie”. I również zadawałam sobie pytanie, dlaczego tak późno wpadły mi w ręce jego książki? Cóż, lepiej późno niż później 😉

    • pozeracz

      Zawsze znajdzie się jakiś autor, którego pozna się za późno. Nie ma co się za bardzo przejmować – w końcu wszystkiego przeczytać się nie da, jak bardzo by się nie chciało. Nieco szkoda, że tak późno Rotha poznałem, ale dobrze, że w końcu. Na pewno jeszcze sięgnę po jego prozę.

  3. Ja również miałem styczność ze „Wzburzeniem” i bardzo dobrze wspominam lekturę tej książki, chociaż jak na razie jest to jedyna pozycja z dorobku Rotha, jaką przeczytałem.

    A co do pytań typu „dlaczego tak późno?” to wydaje mi się, że odpowiedź jest stosunkowo prosta – dotychczas nazwisko Rotha pojawiało się głównie w kontekście wymieniania kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. O samym dorobku Amerykanina mówiło się niewiele. Dopiero niedawno WL zaczęło wznawiać dzieła Rotha, chociaż przyznaję, że wydawane przez nich książki nie powalają – miękkie oprawki to wg mnie brak szacunku dla pisarza tego kalibru, jakim jest Roth 🙂

    • pozeracz

      Przyznam zupełnie szczerze, że okładki mam w… pompie. Ale, tak jak się niedawno zwierzałem, warstwa materialna książki nie jest dla mnie wielce ważna.

      Wydaje mi się, że Roth to autor bardzo szeroko omawiany w USA, ale poza tym znany raczej nielicznym. Ogólnie USA to taki dziwny kraj, który ma do zaoferowania wiele pod względem kulturowym, ale oceniany jest niemal wyłącznie przez pryzmat popkulturowej papki.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén