"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Porażająca prostota i prosta pomyłka, czyli „Dreamland” Sama Quinonesa

Literatura faktu ma to do siebie, że odsłania przed czytelnikiem wydarzenia czy też zjawiska znane mu słabo albo i wcale. Epidemia opiatów/opioidów była przeze mnie postrzegana jako kolejna wypaczenie tej pięknej, fascynującej katastrofy zwanej Stanami Zjednoczonymi. Wiele osób zapewne zetknęło się z nią jedynie nieświadomie w osobie pewnego zgryźliwego doktora uzależnionego od Vicodinu. Dreamland Sama Quinonesa to książka, która nie tylko dogłębnie ukazuje ten fenomen, ale i po raz kolejny każe wątpić w powodzenie rodzaju ludzkiego.

dreamland okładka

W ramach króciutkiego wstępu faktograficznego: opioidy to substancje wiążące się z receptorami opioidowymi, ich głównym działaniem jest łagodzenie bólu, a długotrwałe korzystanie prowadzi do uzależnienia psychofizycznego. W ramach króciutkiego zanęcenia kwantyfikowalnego: od 1999 do 2020 r. prawie 841 000 osób zmarło z powodu przedawkowania narkotyków, opioidy na receptę i nielegalne były odpowiedzialne za 500 000 tych zgonów. Sam Quinones prezentuje początki i powody tak dramatycznego stanu, ale dodaje do niego jeszcze jeden wątek: rozpowszechnienia odmiany heroiny zwanej czarną smołą w zaskakujących zakątkach USA za sprawą przybyszów z pewnej meksykańskiej wioski.

Dreamland to jedna z tych książek, której bogactwo sprawia, że trudno zdecydować się na pierwszą potencjalną perspektywę. Niech będzie ta: jest to literatura faktu, w której narracja umiejętnie łączy czynnik ludzki z szerszą perspektywą. Sam Quinones najczęściej prezentuje dany aspekt sprawy, ukazując najpierw historię jednostki charakterystyczną dla tego elementu. Może to być drobny dealer z Meksyku, może być specjalista od reklamy albo i młody sportowiec uzależniony od środków przeciwbólowych. Nie brak tu faktów, statystyk i tym podobnych, ale przez cały czas czuć, że autorowi zależy na pokazaniu tego człowieczego aspektu. Widać to zresztą doskonale po tytule i powiązanym z nim wstępie, czyli swoistej scence rodzajowej z miejskiego basenu, wokół którego kręciło się letnie życie pewnej małego amerykańskiego miasteczka.

dreamland pocztówka

Quinones skutecznie przekazuje zaskoczenie czytelnikowi i wzbudza je w nim. Historia ukazana w Dreamland jest bowiem w pewnej mierze historią ewenementów. Od niespotykane wręcz sukcesu dealerów z meksykańskiej wioski i ich metod niemal pozbawionych przemocy, przez rozprzestrzenienie się epidemii po zakątkach USA do tamtego czasu wolnych od takich problemów aż po przerażająco przypadkowy początek zmiany podejścia amerykańskiej służby zdrowia do przepisywania opioidów. Pokazuje to też, jak wielowymiarową wiedzę posiada autor oraz ile pracy musiał włożyć w zebranie informacji i złożenie ich w koherentną całość. Niebagatelne znaczenie ma tu fakt, że dziennikarz ten specjalizuje się w kwestiach okołomeksykańskich i wychodził tam wiele ścieżek. W dodatku zebranie tego materiału trwało kilka dobrych lat, a niektóre sprawy stawały się jasne dopiero z perspektywy czasu czy też wraz z kolejnymi poznawanymi osobami.

Na koniec zaś czytelnik (a na pewno Pożeracz) pozostaje z przemożną mieszanką zwątpienia, zagubienia czy wręcz przerażenia. U podstaw całej epidemii leży bowiem jeden, składający się z pięciu zdań list wysłany do redakcji New England Journal of Medicine.  List ten został przedrukowany bez komentarza, następnie był błędnie cytowany, nadinterpretowany i w efekcie doprowadził do zmiany podejścia do opioidów. Z czasem nałożyły się na to inne czynniki (korporacyjny marketing, czarna smoła itp), ale zaczęło się właśnie od tego. Nie jest zbyt pocieszająca egzystencjalnie myśl, że przy potęga nauki czasem blednie przy zwyczajnej ludzkiej głupocie (i bezwzględności). Nie brak tu też scen wywołujących niepokój na niejako mniejszą skalę – na przykład trenerzy w amerykańskich szkołach rozdający po meczach bardzo mocne środki przeciwbólowe jak cukierki.

Sam Quinones

Dreamland to bardzo solidna, poruszająca reporterska robota. Efekty wieloletniego dziennikarskiego śledztwa przedstawione są tu w narracji szczegółowej, podpartej faktami, ale i skupionej na człowieku. Można co prawda skończyć lekturę z niemałym kacem egzystencjalnym, ale cóż… czasem tak z literaturą bywa. Razem z książkami LeDuffa czy też Kotlowitza tworzy ona pogłębiający się obraz tego, co współcześnie trapi USA.

Okazało się, że florydzcy lekarze mieli niezwykle hojną rękę, jeśli chodziło o przepisywanie tabletek. W stanie nie funkcjonował żaden system kontroli pacjentów, dzięki któremu można byłoby ewentualnie wykryć, czy przypadkiem nie odwiedzają równolegle kilku klinik, by w każdej wyłudzić dawkę farmaceutyku. Niemniej nikt na Florydzie nie dostrzegł tkwiącego w tym potencjału biznesowego. Nie uszło to jednak uwadze ekipy z Greenup, która masowo zaczęła chodzić do lekarzy, namawiając przy tym współpracujących z nimi miejscowych robotników, by zrobili to samo, a potem odsprzedali im pigułki.

Poprzedni

Surrealistyczne odloty i nieloty, czyli „Wczoraj” Juana Emara

Następne

Kuszące kurioza, czyli „Najlepsze opowiadania” R.A. Lafferty’ego

8 komentarzy

  1. Luiza

    Przerażające. Ludzie w poszukiwaniu „sztucznych rajów” dążą do autodestrukcji, czasem świadomie, czasem nie.

    • pozeracz

      Tu chyba najbardziej przerażające jest to, ile osób wpadło w uzależnienie niemal nieświadomie. Robotnicy po urazach czy też młodzi sportowcy, którym przepisywano lekką rękę te leki, wierząc w to, że nie uzależniają. Albo mając to w nosie.

  2. Straszne. Mnie kompletnie nie ciągnie do narkotyków, a wręcz od nich odrzuca, bo nie lubię tracić kontroli nad swoim zachowaniem. Mogę sobie jednak dość łatwo wyobrazić takie uzależnienie od leków uśmierzających ból.

    • pozeracz

      Ano właśnie… Gdy lekarz przepisze takie leki i pomagają na naprawdę silny ból, to mogę sobie tylko wyobrazić, jak trudno jest je odstawić i z jaką desperacją można szukać zamienników.

  3. Ciężki temat, szczególnie jeśli chodzi o opioidy używane w celach medycznych, gdzie granica między lekiem, a używką jest bardzo, bardzo cienka. Wydaje mi się, że aby sytuacja uległa poprawie, należałoby się bardzo mocno pochylić nad zapobieganiem nadużywania terapii farmakologicznych – ale łatwo się o tym pisze, znacznie trudniej jest wprowadzić ideę w życie.

    • pozeracz

      Ponoć w USA sytuacja zaczęła się powtarzać, ale pojawił się specyfik jeszcze mocniejszy od tych, fentanyl, i teraz on jest główną zmorą. A zmiany zdecydowanie muszą być systemowe, ale chyba też mentalnościowe.

  4. Ha – ja odebrałem tę książkę nieco inaczej (inne wnioski, inne przemyślenia o USA), ale też bardzo mi się spodobała. Zgadzam się w stu procentach – mocna rzecz!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén