"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Surowe serca, czyli „Hen. Na północy Norwegii”

Cenię dorobek i dobrą literacką robotę wykonywaną przez wydawnictwo Czarne, ale z jakiegoś powodu dużo częściej ich książki (wy)pożyczam niż kupuję. Podobnie było i tym razem: skorzystałem z kolejnej wizyty z moim zdecydowaniem zbyt dużo czytającym potomkiem (nie, nie… wcale nie zazdroszczę mu czasu na czytanie, wcale) i porwałem książkę Ilony Wiśniewskiej. Nie będę ukrywał, że już od dawna intrygowała mnie okładka Hen. Na północy Norwegii, ale dużo ważniejsza była chęć skonfrontowania własnych wrażeń z pochwałami zbieranymi w sieci.

hen okładka

Finnmark to północny kraniec Norwegii, bardzo odległy od jej bardziej zaludnionych terenów – tak fizycznie (Oslo od Kjøllefjord dzieli ponad dzień nieprzerwanej jazdy samochodem), jak i metaforycznie. Zamieszkała w sporej mierze przez lud zwany niegdyś Lapończykami, lecz ze względu na pejoratywny źródłosłów preferujący od pewnego czasu rdzenną nazwę Sámi, jest to kraina surowego klimatu i surowych spojrzeń. Miejscowi albo nie mają za bardzo dokąd wyjechać, albo też starają się nie dać jej do końca opustoszeć. Nie brak tu też historycznych krzywd i tlących się sporów.

Ilona Wiśniewska nie poszła drogą Romana Husarskiego ani Karoliny Bednarz i wybrała formę nierozczłonkowaną. Nie mamy więc tu do czynienia z serią rozdziałów poświęconych poszczególnym aspektom życia, a raczej ze swobodnie płynącą narracją. Owszem, autorka zmienia miejsca i tematy, na których się skupia, ale reorientacje zachodzą nieskokowo. Jako że opowieść o miejscu jest zawsze opowieścią o ludziach, za fabularne spoiwo i swoistych przewodników służą konkretne osoby. Rybackie, niemal wyludnione Kjøllefjord (a przez nie i losy podobnych miejscowości) przedstawione jest poprzez Iberta Amundsena oraz jego rodzinę, a w wątki saamskie (np. walkę z norwegizacją) wprowadza czytelników Ellen Anne Hætta.

finnmark hen

Hen. Na północy Norwegii to także dowód na to, że nie da się oderwać danego miejsca od jego historii. Dlatego też narracja współczesna przeplatana jest odpowiednio dozowaną dawką informacji o zaszłościach Finnmarku czy też ogólniej Półwyspu Skandynawskiego z naciskiem na ludy saamskie. Dla osób o nastawieniu mizantropijnym zaskoczeniem zapewne nie będzie, że i Norwegowie mają narodowo-szowinistycznie za uszami, lecz pozostałych zadziwić może administracyjne wsparcie dla tych inicjatyw. Warto też dodać, że takie fragmenty oraz inne zrzuty informacji pojawiają w odpowiednim momencie i nie zakłócają lektury. W dodatku, o ile to jest możliwe, są one także przekazywane albo w rozmowach z postaciami, albo też poprzez ukazanie ich przeszłości.

Na koniec mych rozpisań dodam już osobiście, że dla mnie ważne była też subtelna obecność pisarki w tekście i jej empatyczne, pełne wyrozumiałości podejście do rozmówców. Może truizmami teraz sypnę, ale… W przypadku reportażu wiadomo, że jego powstanie i jakość zależna jest od pracy autora/ki. W niektórych książkach da się jednak odczuć, że od tematu ważniejsze są doznania osoby piszącej czy wręcz i sama osoba, a interlokutorzy traktowani są przedmiotowo lub też z wyższością. Tu jest jednak niemal na odwrót. Ilona Wiśniewska „ujawnia się” w narracji rzadko, a zaufanie swych rozmówców potrafi sobie zaskarbić, co jest nie lada sztuką w przypadku surowych charakterów niektórych z nich. Da się też wyczuć, że nawet gdy nie podziela ich poglądów czy też słucha o niezbyt chlubnych epizodach z ich życia, to stara się ich zrozumieć i ukazać obiektywnie źródła tych zachowań.

hen wiśniewska okładka

Hen. Na północy Norwegii to kolejne udane spotkanie z reportażem od wydawnictwa Czarne, a mam też przeczucie, że nie będzie to ostatnia wyprawa na zimną północ z Iloną Wiśniewską. Przeczucie to bierze się z faktu, że jest to książka w wyważony sposób łączy poznawczą warstwę współczesną z historyczną i faktograficzną, zachowując przy tym humanistyczny pierwiastek.


Hen. Na północy Norwegii przemierzyli też:

Jeśli szukać esencji Finnmarku, to właśnie tutaj, w mocnej kawie i absolutnej zgodzie, zarówno na upływ czasu, samotność, jak i na ten skotłowany wicher.

Wstecz

Kształtując Vimesa, czyli „Straż! Straż!” Terry’ego Pratchetta

Dalej

Rupmy sfoje, czyli wywiad z Ulą Słonecką

4 komentarzy

  1. Dość dawno już czytałam „Hen”, więc nie pamiętam szczegółów, ale na pewno książka zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Sama autorka zaś, spotkana w tym roku na Warszawskich Targowiskach 😉 Książki okazała się przesympatyczna. Na pewno sięgnę po inne jej tytuły, do czego Cię chyba również nie trzeba zachęcać 😀

    • pozeracz

      Nie trzeba, zdecydowanie. Przy następnej wizycie w bibliotece sprawdzę, czy coś jeszcze na mnie czeka.

  2. Ostatnio coś częściej zdarza mi się sięgać po reportaże, więc może i na ten kiedyś się skuszę. Tym bardziej, że okładka jest faktycznie frapującą.

    • pozeracz

      Dodam tylko by zachęcić jeszcze bardziej, że okładki objaśnienie w książce się pojawia. A z opinii powszechnych wynika, że i inne książki autorki dobre są.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Autor motywu: Anders Norén