W relatywnie krótkim czasie od swojego powstania do dnia dzisiejszego cyberpunk przeszedł drogę od futurystycznego ostrzeżenia do nieco chybionego spełnienia. Jak to z przyszłości wizjami bywa, świat poszedł w nieco inną stronę, dawne wizje zdezaktualizowały się w szczegółach, ale korporacyjne koszmary zdają się spełniać. Ja sam z książkowym cyberpunkiem w wydaniu klasycznym kontakt miałem dość późny, ale za to zagrywałem się pasjami w Deus Ex i System Shock 2. Nowa Fantastyka postanowiła skorzystać z jakże znaczącej daty i zaserwować czytelnikom numer tematyczny.
Dopiero co we wpisie podsumowującym (nie) narzekałem na ilościowy spadek, a tu przychodzi mi zwierzyć się w kolejnej (nie)porażki. Rok temu pisałem żartobliwie o samodonosie, a w tym roku powinno się skończyć samościęciem. Szczegóły nadejdą za chwil parę, ale nim przyjdzie ich kolej, napiszę tak: ten rok jest doskonałym dowodem na życia nieprzewidywalność i moich (nie)postanowień swobodność. Poprzedni rok zaczynałem z pewną nadzieją po roku ciężkim, a aktualny pod pewnym względami okazał się jeszcze gorszy. Znów jednak przełom pozytywnie się prezentuje, więc i nastawienie optymistyczne.
Z roku na rok moje książkowe podsumowania coraz bardziej zbliżają się do sensownej poprawności. A innymi słowy: publikowane są coraz bliżej kalendarzowego końca roku. Co prawda znaczenie ma to głównie symboliczne, bo już ciut wcześniej można rachunek czytelniczego sumienia spokojnie poczynić, ale czyż w literaturze symbole ważne nie są? Oto więc głównie książkowe podsumowanie roku 2019.
Każdy, kto od czasu jakiegoś śledzi pożeraczowe media socjalne, zaobserwować mógł pewien podróżniczo-książkowy zwyczaj. Otóż od pewnego czasu każda wyprawa nieco dłuższa równa się zakupowi książki. Tak trafił do mnie po krakowsku Hrabal czy po wrocławsku Ballard, które przeczytałem dość prędko po zakupie. Jednak dwa lata temu w Zakopanem zakupiłem zaś Krupówki Kuby Szpilki i Piotra Mazika, które to z kolei musiały poczekać aż do dziś – nieczytane powróciły nawet w Tatry. Ich czas nadszedł dopiero teraz.
Bywam przekorny z przekąsem, więc do głowy wpadła mi myśl taka: „jakiżże może być lepszy temat na okres okołoświąteczny niż… szatan?”. Nie dość, że temat to literacko diabelsko ciekawy, to i na pewien pokrętny sposób z Bożym Narodzeniem przecież powiązany. Nie ma bowiem dobra bez zła, Jezus miał swego kusiciela, a piekło pana swego mieć musi. A tak przyziemnie i osobiście, anioł Edomu to figura wysoce atrakcyjna oraz jako archetyp często i ciekawie powracająca. Zaznaczam też, że motyw szatana potraktuję szeroko i wybiórczo zarazem.




