Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Deus ex lacrimae, czyli „Łzy Mai” Martyny Raduchowskiej

Ależ cudowną katastrofą okazała się premiera Cyberpunka 2077, czyż nie? Ja na całe szczęście jestem graczem z czasu niedoborem, w Wiedźmina 3 zacząłem grać kilka lat po premierze, a przejście głównego wątku zajęło mi gruba ponad rok. Poczekam więc sobie spokojnie, lecz ma słabość do tych klimatów zaspokojona zostać może przez literaturę. Ja sprawą pewnej Julii udało mi się przeczytać od pewnego czasu wypatrywane Łzy Mai Martyny Raduchowskiej.

łzy mai okładka

Reinforsyna zmieniła wszystko. Tym, których nie stać na drogie implanty i wszczepy, znacznie usprawnia pracę mózgu. Jednak to dla androidów oznacza ona prawdziwą rewolucję, gdyż pozwala mimikrę emocji zmienić na ich odczuwanie. Jak na cyberpunkowy przystało, sielanka trwać długo nie może. Atak terrorystyczny na producenta reinforsyny prowadzi do rozprowadzenia ogromnych ilości specyfiku wśród populacji, a w rezultacie do Buntu, który odmienia oblicze New Horizon. W wyniku ataku zginął też cały zespół Jareda Quinna, a on sam ledwo uniknął śmierci tylko po to, by obudzić się kilka miesięcy i odkryć, że wbrew swojej woli został naszpikowany technologią, której nie ufa. Lecz to właśnie jego staroszkolne doświadczenie może mu pomóc ująć zabójcę nieuchwytnego dla policyjnych systemów.

Łzy Mai to co prawda powieść cyberpunkowa, ale w swym fantastyczno-naukowym sztafażu wiele zawdzięczająca kryminałowi, zwłaszcza temu spod znaku hardboiled. Główną osią podobieństwa jest Jared Quinn, który w prozie Raymonda Chandlera czułby się jak ryba w (mulistej) wodzie. Jest gliniarzem z zasadami, który chętnie zostałby w tyle za pędzącym światem, a w dodatku został zdradzony przez bliską mu kobietę(-androida). Obrazu dopełniają problemy rodzinne i nieco zbyt częste sięganie po alkohol. Jednak taki bohater pasuje całkiem nieźle do korporacyjnego świata przeżartego korupcją, w którym zdrada jest na porządku dziennym. Podobnie można ocenić świat przedstawiony: jest to porządna kreacja oparta na sztampowych elementach, lecz wzbogacona o odpowiednią dawkę oryginalności. Sama autorka w pełni świadomie gra tymi motywami, co pokazują komentarze głównych bohaterów ocierające się niemal o autotematyzm.

łzy mai fabryka słów

Było i takie wydanie

Główny bohater jest zresztą po prostu dobrze napisany. Zmagania Jareda ze stresem pourazowym i innymi demonami, jego ewoluująca niechęć do androidów i stopniowe odkrywanie siebie sprawiają, że czytelnik nie ma wrażenia obcowania z chodzącą kliszą, a kimś z krwi i kości. Wraz z protagonistą rozwija się zresztą i podejście czytelnika do niego – początkowo może on bowiem sprawiać wrażenie opryskliwego i uprzedzonego, ale z czasem jego motywacja staje się bliższa odbiorcy, a i on sam zaczyna ją inaczej postrzegać. Postacie drugoplanowe nie mogą może się pochwalić takim wewnętrznym bogactwem, ale Martyna Raduchowska i tu pokazała się z dobrej strony. Co prawda o tych najciekawszych dowiadujemy się mało, ale to już kwestia konstrukcji fabularnej.

To bowiem właśnie fabuły spina powyższe elementy i sprawia, że Łzy Mai są opowieścią tak wciągającą. Martyna Raduchowska postawiła na złożoność, wielowątkowość i mnogość intryg. Główną osią historii jest śledztwo prowadzone przez protagonistę, w trakcie którego stopniowo odsłaniane są powiązania pomiędzy pozornie osobnymi zdarzeniami. Jared początkowo zdaje się być zewnętrznym badaczem zbrodni, ale z czasem przekonuje się, że jest w nią wplątany dużo mocniej niż się spodziewał. Międzyrozdziałowe przerywniki pokazują zaś czytelnikowi kolejne fragmenty układanki oraz kolejnych graczy. Jak można się spodziewać, im bliżej finału tym bardziej się wszystko zagęszcza. Po drodze do dobrego (acz niedosyt pozostawiającego finału) czeka zrównoważona dawka akcji, badania tropów oraz rozkmin typowych dla powieści, w których pojawiają się samoświadome androidy.

martyna raduchowska

© Malwina Musialska

Martyna Raduchowska napisała bardzo dobrą powieść science-fiction. Łzy Mai sprawnie wykorzystują cyberpunkowy standard i wzbogacają go o odpowiednią dawkę elementów oryginalnych. Wiarygodnie rozwijający się główny bohater oraz przemyślanie poprowadzona, wielowątkowa fabuła dały mi sporo czytelniczej frajdy, a końcowe niedopowiedzenia sprawiają, że na pewno po Spektrum sięgnąć będę chciał.


Łzy Mai polały się i tu:

W ciągu kilku sekund coś się w niej zmieniło, coś pękło w srebrzystym spojrzeniu tej doskonałej imitacji człowieka, o której nigdy wcześniej nie pomyślał jako o żywej istocie.

Poprzedni

Walijskimi dróżkami, czyli „Niebieska Księga z Nebo” Manon Steffan Ros

Następny

Nienawidząc Zagłady, czyli „Dziennik upadku” Michela Lauba

4 Comments

  1. spektrum ma szansę Cię zaskoczyć, jest dojrzalsze, chociąz znam takich, co marudzili 😛

  2. Ten Cyberpunk 2077 to faktycznie taka katastrofa, czy po prostu w dobrym guście jest narzekać, bo jakiś guru zaczął, a reszcie ciężko jest podważać jego opinię 😉 ? Pytam z czystej ciekawości, bo w cokolwiek grałem w miarę regularnie jeszcze w okresie studiów.

    • pozeracz

      Sam też nie grałem, więc wyrażam się na podstawie opinii osób, którym ufam oraz obserwowania całego zamieszania w różnych miejscach.

      Gra jest ponoć dobra albo i bardzo dobra, ale ma też bardzo dużo błędów i niedoróbek, a także część niedowiezionych funkcjonalności. Problem jednak (jak to zwykle ostatnio bywa) powiązany jest z… zarządzaniem całością. Obiecywana była gra, która będzie bez problemów chodziła na konsolach starszej generacji, a mocno tam zacinała. Filmiki z rozgrywki, które były pokazywane , były spreparowane. CD-Projekt RED obiecywał, że nie będzie wdrażał crunchu, a i tak to zrobił. Ogólnie podejrzewa się, że kierownictwo wiedziało o niedoróbkach, ale i tak poganiało i naciskało na jak najszybszą premierę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén