Zapóźnienie gospodarcze wynikające z polskiej obecności w bloku sowieckim przełożyło się też, oczywiście, na sektor rozrywkowo-komputerowy. W połączeniu z faktem, że cała Europa nie załapała się konsolową rewolucję początku lat 90-tych, oznaczało to nikłą i spóźnioną obecność w Polsce konsol SNES i Sega Mega Drive. Sytuacja zaczęła się w zasadzie zmieniać dopiero z premierą Sony PlayStation. Ja zaś swą grową przygodę zaczynałem od cudnego Commodore C64, a potem przeskoczyłem prosto do świata PC. Miałem też Game Boya, ale już w czasach gdy był to sprzęt niemal zabytkowy. Gry komputerowe jednak lubię i z chęcią czytam o ich historii, dlatego też zdecydowałem się sięgnąć po Wojny Konsolowe.
Kategoria: Książki Strona 79 z 98
Czytelnikiem staram się być ambitnym, ale mam kilka popkulturowych słabości, które bez pudła sprowadzają mnie na rozrywkowe ścieżki. Gwiezdne Wojny to jedna z tych słabostek, a jednocześnie swoiste zwierciadło dla tego, co dzieje się w popkulturze jako takiej. Mimo wielu zawirowań i konsekwencji nadal pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, a wykupienie jej przez Disneya gwarantuje, że szybko to się nie zmieni. Korporacja ta jest co prawda swoistym odpowiednikiem Imperium, ale dla większości fanów jest to sprawa drugorzędna. Liczbą się kolejne filmy, liczy się kanon tworzony przez Lucasfilm Story Group, która dba o spójność i łączliwość wszystkich dodatków do gwiezdnowojennego świata. Teraz zaś pora sprawdzić, jak w to wszystko wpisuje się Kres Imperium Chucka Wendiga.
Przyznam się Wam do pewnego faktu, który mógłby być iście wstydliwy dla stereotypowego samca wychowanego w wieku XX: nigdy nie ciągnęło mnie do westernów. Podobało mi się Siedmiu wspaniałych i zachwycałem się młodzieńczo Złotem Gór Czarnych, ale kowboje i Indianie jakoś nigdy nie zawładnęli moją wyobraźnią. Dlatego też początkowe doniesienia o wznowieniu Na południe o Brazos nie wzbudziły we mnie większych emocji – chyba nawet wcześniej nie słyszałem o tej powieści. Jednak kontakt ze strony wydawnictwa Vesper i wynikające z niego opinii poszukiwanie sprawiły, że postanowiłem dołączyć do Gusa i Calla w ich wyprawie na północ.
Hanya Yanagihara przeszła przez polski świat książkowy niczym burza. Jej Małe życie zbierało wielce pochwalne recenzje w prasie, na blogach i było bardzo intensywnie promowane, zwłaszcza w pewnej znanej sieci. Z czasem pojawiły się także głosy sceptyczne, ale natężenie tej marketingowej burzy sprawiło, że postanowiłem przez jakiś czas trzymać się od tej powieści z daleka. Ta abstynencja trwała by pewnie jeszcze dość długo, gdyby nie rzut okiem na listę nowości w mej lokalnej bibliotece. Zdziwiłem się nieco, że Ludzie na drzewach są nie tylko obecni, ale i dostępni w mojej filii, a me osłupienie szybko przekształciło się w wypożyczenie. Na koniec zaś pozostawiło po sobie głównie rozczarowanie.
W zeszłym tygodniu pisałem o Czarodziejskiej górze Tomasza Manna jako o książce, która od dawna za mną „chodziła” i za którą nie mogłem się jakoś zabrać mimo postanowień. Wielkie solo Antona L. Herberta Rosendorfera należy do nieco podobnej kategorii – już od dłuższego czasu z pewną regularnością albo ktoś mi ją poleca, albo też pojawia się w ciekawych dyskusjach. Jednak zawsze jakoś w końcu uciekała z mych czytelniczych planów. Pamiętając o polecankach, postanowiłem jednak zrobić prewencyjny skok w bok i skorzystać z okazji zaoferowanej przez PIW, który wydał właśnie powieściowy debiut Austriaka, czyli Budowniczego ruin.




