Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Surowa pani sprzed wieku, czyli „Na srebrnym globie” Jerzego Żuławskiego

Niektóre pisarki i pisarze wiodą spokojne żywoty, skupiając się na pracy artystycznej, ale biografie niektórych przyprawiają o zawrót głowy. Jednym z takich twórców był Jerzy Żuławski. Oto kilka wycinków faktograficznych: doktor filozofii Uniwersytetu w Bernie, autor pierwszego letniego wejścia na Przełączkę pod Kopą Popradzką i Smoczą Grań, współzałożyciel TOPR-u, doceniany poeta, członek Legionów, komisarz Polskiej Organizacji Narodowej. Nie byłoby tego wpisu, gdyby nie fakt ostatni: autor Trylogii księżycowej i tym samym jeden z prekursorów literatury fantastycznonaukowej w Polsce. Na srebrnym globie to pierwsza część tego cyklu i niezwykle pozytywne zaskoczenie dla mnie.

na srebrnym globie okladka

Edgar Allan Poe wysłał Hansa Pfalla na księżyc balonem, Juliusz Verne wystrzelił zaś swych bohaterów armatą. Ta druga forma transportu zainspirowała naukowców oraz grupę śmiałków, którzy mają zostać pierwszy ludźmi na Księżycu. Po miesiącach niezwykle surowych przygotowań – fizycznych treningów, hartowania ciała mrozem – oraz nagłej zmianie uczestnika wystrzelony zostaje pierwszy pocisk z pięcioma osobami na pokładzie, a krótko po nim wystrzelony ma zostać drugi, dwuosobowy. Załogantami pierwszego pocisku zostają O’Tamor (irlandzki astronom i pomysłodawca eskapady), Piotr Varadol (portugalski inżynier), Jan Korecki (Polak, sponsor wyprawy), Tomasz Woodbel (lekarz z Anglii) oraz tajemniczy uczestnik, który w ostatniej chwili pochodzącego z Niemiec Brauna. Pociskiem drugim podróżować ma zaś dwóch braci Remogner, Francuzów. Pięcioosobowy pocisk dociera na Księżyc, lecz lądowanie nie przebiega tak, jak przewidywano.

Na srebrnym globie to powieść, która potrafi zaskoczyć czytelnika niewgłębiającego się w nazbyt obfite streszczenia obecne w przeróżnych zakątkach sieci. Zestawienie tej niewiedzy z dość ogólnym oczekiwaniem względem powieści science-fiction napisanej w 1901 roku sprawia, że właściwa treść dzieła Jerzego Żuławskiego wprawia w osłupienie. Dość szybko quasi-przygodowa narracja wzbogacona zostaje o elementy psychologiczne, które na koniec wraz z socjologicznymi w zasadzie przejmują opowieść. Historia walki o przetrwanie w obcym, niegościnnym świecie zmienia się w historię walki jednostki z własnymi słabościami, tęsknotami i żądzami, a także zapisem przeobrażeń utopijnej osady. Wszystko to jednak szybko przybiera tony poważne i szarości pełne. Przeniesienie ciężaru napięcia może zaskoczyć czytelnika i ma swój ciężar emocjonalny. Przedstawione tu rozterki, dylematy oraz inne problemy powodowane przez okoliczności wyprawy oraz ograniczoną sferę międzyludzką są przedstawione z odrobiną dramatycznej stylizacji językowej, ale i tak wypadają bardzo przekonująco. Nieco tendencyjnie, ale koniec końców ciekawie wypadają też wątki socjologiczne związane z przyszłością wyprawy i jej spuścizną. Razem zaś te fragmenty dostarczają odbiorcy wartościowego materiału do rozważań nad ludzką naturą.

mapa

Nie brak tu pewnych słabości. Brakiem, który rzuca się w oczy od samego początku, jest szczątkowa charakterystyka postaci. Owszem, z czasem poznajemy dobrze autora księżycowego memuaru, Jana, za sprawą jego rozbudowanych deliberacji oraz pozostałych członków poprzez jego obserwacje, lecz na początku czytelnik nie wiem o nich nic poza tym, co stoi napisane w drugim akapicie tego tekstu. W świetle psychologicznego rozwinięcie w drugiej części powieści nie stanowi to aż tak wielkiej przeszkody, lecz początkowo ta niemalże bezosobowości utrudnia wczucie się w klimat zagrożenia i walki o przetrwanie. Utrudnia to też aż szczegółowo i obficie opisana geografia księżycowa z jej monotonią, ale to z kolei można uznać za zabieg celowy. Przyznać bowiem trzeba, że częściowa niezmienność krajobrazu Luny wpływa i na członków wyprawy, co z kolei oddane jest przekonująco. Momentami razi też egzaltacja i nadmierny dramatyzm wewnętrznych monologów narratora. Zawartość tych lamentacji jest jak najbardziej uzasadniona i zrozumiała, lecz forma nadana im przez Żuławskiego brzmi nazbyt hamletyzująco.

Kilka słów osobnej pochwały należy się wydaniu z roku 1974, które udało mi się nabyć antykwarycznie. Wydawnictwo Literackie postarało się i wydanie to opatrzone jest nie tylko wstępem Stanisława Lema, ale też posłowiem Kazimierze Kordylewskiego oraz rozkładanym przedrukiem mapy podróży bohaterów, którą namalował sam Żuławski. Lemowy wstęp doczytałem sobie dopiero po napisaniu głównej części niniejszego tekstu, by nie dać na siebie wpłynąć nadmiernie. Lem popełnił w zasadzie własną recenzję, więc dobrze, że powstrzymałem się z lekturą. Dodam tylko, że dla niego była to jedna z powieści, które oczarowały go w dzieciństwie (czytał pierwszy raz lat mając dwanaście), ale przetrwały próbę czasu. Astronomiczne posłowie Kordylewskiego to zaś pewnego rodzaju ciekawostka i dziwnostka zarazem. Z jednej strony jego autor chwali Żuławskiego za solidną pracę źródłową i wylicza nieliczne nieścisłości (nie licząc tych główno-fabularnych), ale z drugiej chwali się swoimi dokonaniami w sposób dziwnie pośredni. Pisze on mianowicie o polskim odkryciu pyłowych księżyców Ziemi bez pisania, że to on je współ-odkrył, choć podaje w tekście, że zwą się księżycami Kordylewskiego. Zadziwiło mnie to nieco. Smuci nieco zaś bijąca z tekstu nadzieja na dalszą eksplorację naszego satelity oraz pewność rychłego postawienia radioteleskopów po
niewidocznej jego stronie. Trzymając się tematów żałość wywołujących: niech ktoś mi powie, dlaczego angielska wikistrona poświęcona Żuławskiemu jest znacznie bogatsza od tej polskiej?!

wyspiański żuławski

Autor oczami Wyspiańskiego widziany

Na srebrnym globie to doskonały dowód na to, że i sto lat nie wystarczy, by nadgryźć porządne science-fiction. Umiejętnie budowane napięcie i plastycznie oddana monotonia lunografii wraz z rozbudowanymi elementami psychologicznymi oraz socjologicznymi sprawiają, że dzieło Żuławskiego można podsunąć dziś i czytelnikom dojrzałym, i tym zaczynającym przygodę z gatunkiem. Pewien nadmiar hamletyzowania i przejrzystość zamiarów autora pod koniec powieści nie wadzą wielce. Polecam gorąco i pędzę sprawdzać internetową dostępność niezłej ponoć adaptacji.

Przy okazji informuję, że całość tekstu dostępna jest na Wolnych lekturach, a ja sam pisałem we górsko-książkowym wpisie o wspomnieniach syna autora, Wawrzyńca.

O Na srebrnym globie pisali też:

Tak mi się zdaje, że cała Ziemia zamieniła się w oko rozwarte, bezlitosne i czujne i wpatruje się uporczywie a ze zdziwieniem w nas, którzyśmy od niej uciekli z ciałem — pierwsi ze wszystkich jej dzieci.

Poprzedni

Długa droga przez wstyd i wyparcie, czyli „Legenda o samobójstwie” Davida Vanna

Następny

Gwiezdna inicjacja, czyli od czego zaczynać przygodę z science-fiction

Komentarzy: 8

  1. Dziękuję za ten wpis. „Trylogię księżycową” po prostu wypada znać, a może ostrzej – każdy szanujący się fan science fiction powinien ją znać! O ile faktycznie jest fanem 😉
    Głos Lema to oczywiście pochwała z górnej półki, bo Mistrz raczył bywać krytycznym nad wyraz, między nami mówiąc do przesady.
    Drugi fakt, o którym zwykle wspominam, to oczywiste odniesienia w „Delirium w Tharsys” Wiktora Żwikiewicza. Postać Szerna (i Megaloxanthy), Księżyc i takie tam inne…

  2. Czytałam, ze taka książka była i nawet miałam ochotę ją kiedyś przeczytać. Najchętniej tę wersję ‚antykwaryczną’ z wstępem Lema.

  3. Twórczości tego jegomościa jeszcze nie znam, ale czuję się zobowiązany, by po nią sięgnąć. Autor został pochowany w moim rodzinnym mieście, w Dębicy. Kilkukrotnie gościłem na jego grobie, ale z każdą kolejną wizytą czuję się coraz gorzej, bo sumienie gryzie coraz mocniej.

    • pozeracz

      O, to ciekawe. Z ciekawości: dlaczego odwiedzałeś jego grób? Fascynujący człowiek. Ciekawie byłoby zapoznać się z jakąś szerszą biografią. Ale nawet krótka notka na Wikipedii robi wrażenie.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén