Rozpocznę od stwierdzenia oczywistego: pochłanianie dzieł kultury zależne jest od życiowego doświadczenia. Mój tata zawsze zżymał się na przykład na różne głupoty filmowe związane z wspinaczką (wysoko)górską. Mi łatwiej wyłapywać jest tłumaczeniowe wpadki. Książki w filmach i ekranowe mole książkowe stają się zaś obiektem pożądania książkoholików.

Do niedopuszczalnych, haniebnych wręcz zaniedbań doszło. Pogodziłem się już z faktem, że MAG wespół w zespół z tłumaczem Markiem Pawelcem wyprzedzili mnie w oryginalne czytającego. Jednak teraz zawaliłem własną tradycję i harmonogram czytania Ekspansji opóźnił się o niemal dwa miesiące. To wszystko dworowanie oczywiście, służące głównie temu, by podlinkować recenzję części poprzedniej. Nie kombinuję już… oto Gorączka Ciboli.
Jak dotąd nie miałem na blogu okazji pisać o literaturze irlandzkiej czy nawet w Irlandii się dziejącej, więc i z mej słabości do kraju się nie zwierzałem. Podróżnikiem zagranicznym zbyt aktywnym nie jestem, ale Szmaragdową Wyspę nawiedziłem dwa razy i przez okres studiów miałem nie tylko lekkiego hopla na jej punkcie, ale i świetnego ćwiczeniowca. Jednak Nocny prom do Tangeru to moje pierwsze spotkanie z opowieściami z Éire od dawna.
Pożeracz ma z literaturą faktu związek, który nowocześnie i facebookowemu można by określić jako „to skomplikowane”. Nie stronię od tego gatunku z premedytacją, ale jakoś po prostu bliżej mi do fikcji. Wystarczy powiedzieć, że w zeszłym roku przeczytałem tylko cztery reportaże. Trochę to dziwne, bo stworzenie ze mnie ciekawskie. Raz na jakiś czas zdarza się jednak temat, który przyciąga mnie z miejsca. Takie magnetyczne działanie miał właśnie Król darknetu.
Znów złapałem się na czasu pędzie obserwacji blogowymi odstępami spowodowaną. Wydawało mi się, że poprzedni wpis motywowi poświęcony publikowałem niedawno, a to już ponad trzy miesiące temu. Spojrzałem też wstecz i stwierdzam, że obecnie wypracowana średnia (jeden wpis motywowy na trzy-cztery miesiące) mi odpowiada. Dziś na scenę wkracza motyw balu.



