Chciałem wstęp do tego wpisu zacząć od peanów na cześć fantastycznej swobody kreacyjnej. Czynnikiem wyzwalającym była gatunkowo-klimatyczna różnorodność cyklu, którego kolejną część poniżej recenzuję. Jednak szybko doszedłem do wniosku, że nawet przy gatunkach realistycznych podobną wielorakość osiągnąć można. Dość jednak teoretyczno-literackich, ogólnikowych rozważań – pora przekonać się, czym Nghi Vo i jej The Brides of High Hill mnie tak nastroiło.

brides of high hill

Chih towarzyszy uderzająco pięknej młodej kobiecie w drodze na ślubne przyjęcie. Wybrankiem jest starszy mężczyzna, pan podupadłej posiadłości, leżącej na styku dawno upadłych imperiów. Na miejscu orszak weselny zostaje przyjęty z wielką pompą, lecz nawet wystawne uczty nie zmniejszają niepokoju służących. Złowróżbne ostrzeżenia niestabilnego psychicznie syna pana nie porawiają nastrojów. Gdy Chih i przyszła panna młoda wędrują po opuszczonych komnatach i zaniedbanych dziedzińcach, zaczynają odkrywać losy poprzednich żon lorda Guo oraz burzliwą przeszłość Doi Cao.

The Brides of High Hill to kolejny dowód na (pod)gatunkową swobodę i swadę Nghi Vo. Był już hołd złożony kinu wushu, była polityczna intryga, a teraz przyszła kolej na grozę, tudzież horror. Autorka znów zmieniła więc stylistykę, ale i tym razem wyszło to jej wzorowo. Świetnie budowana jest atmosfera niepokoju, z początku podrzucane są sugestie (że coś jest nie tak), ale dość szybko pojawiają się i oznaki już niefinezyjne. Początkowo zresztą jest nieco bardziej detektywistycznie, ale cały czas w atmosferze stopniowo rosnącej trwogi. Gdy dodać do tego immanentną nadprzyrodzoność tego świata oraz sugestywną obrazowość prozy, efekt jest wysoce zadowalający.

winans covers

Inne okładki autorstwa Alyssy Winans

Pokazuje też, że potrafi bawić się oczekiwaniami czytelniczymi, a potem wykorzystywać je do satysfakcjonujących folt fabularnych.  Biorąc bowiem pod uwagę wcześniejsze opowieści, sam początek może sugerować opowieść spod znaku „niewinna/naiwna panna młoda pchana w małżeńskie łapy wrednego typa”. Potem dochodzi element grozy wspomniany w akapicie powyższym by w końcu dokonać jeszcze jednego, kluczowego zwrotu. Wydawać by się mogło, że to dużo jak na jedną nowelę, ale mimo odpowiedniej dynamiki nie ma tu wrażenia pośpiechu (o ile autorka akurat nie wymusza go na bohaterach).

The Brides of High Hill to też dowód na to, że nie rozmiar jest najważniejszy (he he). Ta niezbyt nad Wisłą popularna forma literacka, jaką jest nowela (czy też novella – polska i anglosaska to nie do końca to samo), potrafi bowiem pomieścić w sobie zaskakującą literacką obfitość. Nghi Vo doskonale wie, na czym się skupić i co wyeksponować, aby przy słownej oszczędności wykreować odpowiednią atmosferę czy też budować bogaty świat. I ta bujność nie traci na nieznajomości poprzednich części, gdyż za sprawą wspomnianego wcześniej zróżnicowania i fabularnej odrębności można spokojnie sięgać po każdą z osobna. Owszem, dla pewnych smaczków warto czytać po kolei, ale konieczne to nie jest.

nghi vo

Jak jasno i przejrzyście z powyższego tekstu wynika, The Brides of High Hill ni trochę nie osłabiło mego prozą Nghi Vo zauroczenia. Umiejętne kreowanie nastroju grozy, satysfakcjonujące wolty i stylistyczny urok kreacji świata skutecznie podtrzymują mą admirację. Na koniec pozostaje po raz kolejny zadać pytanie: czemu The Singing Hills Cycle na polski przetłumaczony jeszcze nie został?!

The world starts with a story. So do dynasties and eras and wars. So does love, and so does revenge. Everything starts with a story.