No i znowu dałem się zinfluensować. Catus Geekus udzielająca się książkowo na Instagramie i w podcaście Czytu Czytu od pewnego czasu i z nawrotami zachwycała się pewnym detektywistycznym fantasy. Sprawdziwszy i inne opinie oraz przypadkiem natrafiwszy na promocję w czytnikowym sklepie, postanowiłem dać Robertowi Jacksonowi Bennettowi szansę. Tak oto Zatruty kielich wychylony został.

zatruty kielich

W luksusowej posiadłości na obrzeżach Imperium w dziwacznych okolicznościach ginie imperialny oficer — jego ciało zostało rozerwane przez drzewo, które wydawało się wyrastać z jego wnętrza.  Nawet w krainie ogarniętej chorobami i wypaczonej przez niesamowity wpływ krwi Lewiatana tego rodzaju śmierć budzi niemałe zdziwienie. Do prowadzenia śledztwa zostaje wezwana Ana Dolabra, śledcza znana zarówno ze swojego bystrego umysłu, jak i ekscentrycznego — eufemistycznie mówiąc — zachowania. Towarzyszy jej nowo mianowany asystent, Dinios Kol, grawer przemieniony przez magię i obdarzony doskonałą pamięcią. Ich dochodzenie wkrótce ujawnia spisek, który może zagrozić całemu Imperium. Dla Any jest to cudownie zawiłe wyzwanie – dokładnie taka zagadka, jaką uwielbia, a dla dla Diniosa okazja, by przekonać się, ile jest w stanie przetrwać.

Zatruty kielich to doskonały dowód na to, że fantasy to bardzo obszerne płótno, na którym malować można różnymi gatunkami. Może i metafora wielce udaną nie jest, ale powieść Roberta Jacksona Bennetta to po prostu swoista wariacja na temat Sherlocka i Watsona. Rdzeń historii jest podobny, ale już szczegóły zapewniają odrębność w zupełności wystarczającą, by o wtórności żadnej mowy nie było. Fantastyczna otoczka światotwórcza (o której więcej w akapicie następnym) zapewnia te wyróżniki i smaczki, ale sama warstwa detektywistyczno-dochodzeniowa stoi na wysokim poziomie. Zaczyna się od małego trzęsienia ziemi, potem przychodzą Lewiatany i robi się jeszcze ciekawiej, ale to właśnie śledztwo stanowi satysfakcjonującą mieszankę napięcia, podrzucanych przez autora elementów układanki oraz odpowiednio paskudnych antagonistów.

cień lewiatana

Które ładniejsze?

Robert Jackson Bennett postawił na światotwórczy amalgamat, łączący w sobie różne inspiracje i stylistyki. Samo Imperium Khanum to mieszanka Cesarstwa Chin i Rzymskiego, ale znaleźć tu można też elementy Brytanii prekolonialnej. Jednak bandy Mongołów czy też innych barbarzyńców z północy zastąpiły tu Lewiatany, czyli okresowo atakujące kaiju-podobne monstra. Jako że Amerykanin jest koherentny i umiejętnie łączy elementy swych kreacji, to nie tylko całe państwo podporządkowane jest obranie przed stworami, to ich biologiczne odpady wywołują choroby i skażenie, ale też napędzają rozwój. Tu bowiem dochodzimy do biopunku, który powinien być w smak miłośnikom serii growej Dishonored. Ciekawych drobiazgów jest tu więcej, ale kluczowe jest to, że całość spina się we wiarygodną, interesującą całość.

Zatruty kielich spina też świetna kreacja postaci, a w szczególności dynamika relacji głównego duetu. Dinios „Din” Kol i Anagosa „Ana” Dolabra to umiejętne wykorzystanie znanego motywu naiwnego żółtodzioba, który musi się wykazać, oraz cynicznego i ekscentrycznego acz genialnego mentora. Nie jest to jednak tylko kolejna kopia — Bennett dorzuca od siebie odpowiednią dawkę sekretów, żółtodziób jest naiwny tylko w niektórych tematach, a i mentorka ma swoje za uszami. No i nie ma tu szans na żadne romantyczne iskrzenie między nimi. Niektórych może to rozczarować (zwłaszcza, gdy odkryją jeden z powodów), ale na pewien sposób taka jasność jest odświeżająca. Na marginesach też nie brak ciekawych postaci, ale siłą rzeczy uwaga autorska (a co za tym idzie i czytelnicza) skupia się na protagonistach.

robert jackson bennett zatruty kielich

Broni się człowiek rękami i nogami przed tą całą influencer culture, a tu taki klops. Koniec końców Zatruty kielich okazał się być bowiem całkiem miłą niespodzianką. Powieść Roberta Jacksona Bennetta to dobrze napisana, osadzona w intrygującym i konsekwentnie „używanym” świecie opowieść z dynamicznym duetem na czele. Dobrze, że MAG to

Jed­nakże to kępa ulist­nio­nych drzew pośrodku sta­no­wiła naj­nie­zwy­klej­szy ele­ment w tym pomiesz­cze­niu. Naj­nie­zwy­klej­szy, ponie­waż wyra­stała z czło­wieka. A raczej prze­ra­stała przez jego ciało.
Zwłoki tkwiły zawie­szone pośrodku kom­naty, prze­szyte smu­kłymi pniami, ale zgod­nie z zapo­wie­dzią Oti­riosa, począt­kowo trudno było dostrzec w nich ludz­kie ciało. Widoczne w gęstwi­nie frag­ment tuło­wia oraz lewa noga zda­wały się nale­żeć do męż­czy­zny w śred­nim wieku, ubra­nego w pur­pu­rowe barwy Impe­rial­nego Jaletu Inży­nie­ryj­nego. Pra­wego ramie­nia bra­ko­wało, zaś nogę pochło­nęło kłę­bo­wi­sko korzeni wgry­za­ją­cych się w posadzkę z kamien­nego drewna.