Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Spodziewaj się (nie)spodziewanego, czyli „Płomień” Magdaleny Salik

W swym kilkuletnim już blogowaniu pisałem o książkach z wydawnictw przeróżnych, zdobywanych na sposoby różne. Jednak tylko dwa wydawnictwa stały się niemal stuprocentowymi pewniakami: jeśli coś wydają, to na pewno czas pewien przeczytacie o tym na blogu. Pierwsze to ubogacająca mnie międzynarodowo Pauza, a drugie to ufantastyczniający mnie lokalnie Powergraph. Co prawda ze względu na różne nadmiary odpuściłem sobie tymczasowo Anatomię pęknięcia Michała Protasiuka, to Płomień już musiał się tu znaleźć.

płomień okładka

Nareszcie nadeszła ta chwila: ludzkość ma ruszyć na podbój gwiazd. A tak w zasadzie to szykuje się do pierwszej misji kolonizacyjnej. Przedsięwzięcie to przekraczałoby możliwości jakiegokolwiek z państw, lecz wizja zbadania i zaludnienia pewnego pokrytego lodem globu wystarcza do zjednoczenia narodów. Wiadomo jednak jak to z łaską nie tylko pańską bywa, więc na kierownika wybrano jednego z najbardziej znanych naukowców, niezwykle charakterystycznego Alberta Townsenda, który to ma zadbać o globalne zaufanie i utrzymanie zainteresowania oraz zaufania mas. Będzie musiał sobie poradzić w niejednym dylematem moralnym, etycznym, ale też swoim charakterem oraz pewną zdolną psycholożką moralności, dr Evelyn Brin.

Płomień należy do tego nurtu powieści science-fiction, w których część naukowa służy za tło i wyzwalacz dla wątków okołoludzkich. Nie znaczy to wcale, że ta pierwsza warstwa została potraktowana po macoszemu, wręcz przeciwnie. Przeróżnym aspektom wyprawy – od kwestii technicznych budowy tytułowego statku, przez terraformowanie planety docelowej aż po etyczne problemy związane z przenoszeniem ludzkiego umysłu do formatu cyfrowego. To właśnie to wielowymiarowe potraktowanie zagadnienia jest jedną z zalet. W dodatku, w odróżnieniu od większości takich opowieści, nacisk jest tu kładziony na ukazanie przygotowań i zaprezentowanie wszystkich składowych, które zaowocowały takim a nie innym finałem. Ciekawym zabiegiem jest też konfrontowanie poglądów Alberta oraz Evelyn, które to niejako przymusza czytelnika do wyrobienia sobie własnego zdania.

This slideshow requires JavaScript.

W poprzednim akapicie wspomniano, że w powieści Magdaleny Salik kluczowy jest czynnik ludzki, więc wypada kilka słów napisać o kreacji postaci. Bez wahania stwierdzić można, że i pod tym kątem Płomień wypada zdecydowanie pozytywnie. Pierwsze skrzypce wiedzie tu wspomniana para: Evelyn i Albert. Ciekawe są nie tylko ich spory, ale też przemyślenia, do których czytelnik uzyskuje dostęp. Obie osoby świadome są bowiem swoich charakterów i nurtuje ich kwestia tego, czy (oraz jak) wpłyną one na ostateczny kształt misji. Przyznać też trzeba, że Townsend do końca pozostaje postacią, którą nie w pełni da się rozgryźć (np. manipuluje czy postępuje szczerze?) i co za tym idzie niełatwo go ocenić. Jest jeszcze dwójka innych bohaterów, Keri oraz Wynfred, która od samego początku ma swoje rozdziały, ale tu z kolei trudno wyjść poza ogólniki i mgliste stwierdzenia bez nadmiernego spoilerowania. Niech więc wystarczy, że i te wątki wypadają dobrze pod kątem charakterologicznym właśnie.

Mój jedyny zarzut względem Płomienia ma charakter konstrukcyjny i dotyczy po części zakończenia powieści, więc zamazany fragment tekstu klikacie na własną odpowiedzialność. Chodzi mianowicie o wspomniane powyżej wątki Keri i Wynfreda, które przez większość powieści nie łączą się w bezpośredni sposób z „teraźniejszą” linią fabularną. Dopiero w samym finale wyjaśnia się ich prawdziwy charakter i będzie on rozczarowujący dla wszystkich nie przepadających za woltami spod znaku „to był tylko sen” . Jest to tym bardziej odczuwalne, gdyż próby rozwikłania związków (chronologia, przyczyny i skutki) pomiędzy tymi opowieściami a tą główną zapewniały sporo czytelniczej frajdy. Ku jasności, są one napisane sprawnie i skutecznie (współ)budują poczucie napięcia, a zawód sprawiają jedynie z perspektywy końcowej (a i pewnie nie wszystkim).

magdalena salik

® Mikołaj Starzyński

Płomień Magdaleny Salik to powieść, która zapewni czytelnikowi sporo satysfakcji. Próby rozpracowania powiązań między wątkami, śledzenie relacji między głównymi bohaterami oraz swoisty współudział w postępach misji dają sporo czytelniczej satysfakcji. Odbiór końcowy nieco psuje wspomniane rozwiązanie fabularne, lecz nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z wysokiej jakości literaturą, taką do jakiej przyzwyczaił czytelników Powergraph.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję

powergraph logo

Ludzie dookoła spieszyli się, przypominali mrówki, które gotowe są chodzić jedne po drugich, byle dotrzeć najkrótszą drogą do celu. Evelyn poczuła dyskomfort; z wiekiem coraz bardziej rosłą w niej awersja do tłumów. W zatłoczonych miejscach, poza poczuciem epidemicznego niebezpieczeństwa, ogarniało ją nieprzyjemne wrażenie, że żadna z jej własnych spraw nie jest w istocie jej własną sprawą, bo chcąc nie chcąc, prawem statystyki, dzieli swoje problemy z tysiącami innych.

Poprzedni

Między metaalternatywami, czyli „Ziemia nieświęta” Laviego Tidhara

Następny

Koktajl (z)mieszany, czyli „Ciało” Wiktora Jerofiejewa

  1. Oj, jak ja lubię takie powieści, tzn., gdzie mowa jest o kolonizacji nowych planet oraz ich przystosowywania do tego, by ludzie mogli tam zamieszkać. Z tego względu po dzieło Salik jak najbardziej sięgnę.

    Co do fabuły to tylko jedna rzecz wzbudza moją wątpliwość – wydaje mi się, że ludzkość niekoniecznie zjednoczyłaby się pod wspólnym sztandarem, gdyby pojawiła się realna szansa na podbój obcej planety. Mój pesymizm podpowiada mi, że każdy starałby się działać na własną rękę, a gdyby okazało się, że jest to niemożliwe, to dla pewności poszczególne kraje rzucałyby sobie kłody pod nogi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén